Archiwum
111.
To nie tak miało być. “Przyjaciel ministrów, tęga głowa, Oksfordczyk”. Zamiast wzlotu, ruch w odwrotnym kierunku.
Byliśmy jak źle dobrane małżeństwo. Dziewczyna, która została zatrudniona mniej więcej w tym samym czasie, co ja,
już po miesiącu napisała pożegnalny list do szefa. Słowo “dureń” było najłagodniejszym z wyzwisk. Ja postanowiłem
wytrwać na posterunku. Chciałem pokazać, że dam radę. Na próżno. Człowiek, który na rozmowie kwalifikacyjnej z
zachwytu cmokał nad moimi umiejętnościami, po roku nie był już w stanie przypomnieć sobie, po co mnie zatrudnił.
W tej sytuacji jedynym rozsądnym rozwiązaniem był rozwód. Na zajęciach w collegu, pani profesor udzieliła nam
rady: “Do celu można iść drogą prostą, lub zygzakiem. Obie metody sa dobre”. Z tym, że praca, którą wykonywałem,
nie była zygzakiem, ale prawdziwym zakrętem. Wróciłem do punktu, z którego wyszedłem kilka lat wcześniej.
Przynieś, podaj, pozamiataj przerobiłem już dawno temu. Zamiast progresji, nastąpiła regresja. Najgłupsze w tym
wszystkim jest to, że, jako świeżo upieczony absolwent, nie popełniłem żadnego błędu. Miałem dyplom,
doświadczenie i chęci do pracy. Zostałem w zespole “śrubką” z określonym zadaniem do wykonania. Przedmiotem, o
którym decyduje się, a nie pyta o zdanie.
Włoska korporacja, którą opuściłem kilka miesięcy wcześniej, nie była miejscem idealnym. Pozwalano nam jednak
wykazać sie swoimi umiejętnościami. Współpracownicy, z którymi rozmawiałem, wielokrotnie podkreślali, że z
zadowoleniem przyjmowano wszelkie objawy ich inicjatywy. Obecna firma miała brytyjskie korzenie. Struktura
bardziej sformalizowana. Zadania trzeba wykonać w ściśle określony sposób, a wszelkie przejawy niezadowolenia
najlepiej zachować dla samego siebie. W tym miejscu przypomniała mi sie angielska wersja popularnego programu
typu reality, “Apprentice”. Kolejni kandydaci do głównej posady są eliminowani z udziału w programie. W kilku
przypadkach głównym argumentem przeciw ich zatrudnieniu było pytanie. Czy dana osoba będzie stwarzać
problemy jako pracownik?
Bycie sobą było niewskazane. Firmy rekrutacyjne znają ten problem. Na moją odpowiedź: “Pracuje w” słyszę: “Oj,
niedobrze”. Ratuj sie człowieku. W tej całej historii przerażała mnie jedna rzecz. Fałszywy krok i wypadam z gry. Moja
kariera zawodowa może skończyć się, zanim na dobre sie zacznie. Wiecie, rozumiecie, macie dziury w życiorysie.
Co robiliście dwa lata temu? Dlaczego zmieniacie pracę? Coś kręcicie kolego. Nie chciałbym skończyć jak człowiek,
którego poznałem w sądzie. Powiedzcie, czym wy się właściwie zajmujecie? Mężczyzna w średnim wieku próbuje
powiedzieć wiele, nie mówiąc o sobie nic. “Mam własną firmę”. Sędzina nie daje za wygraną. “To znaczy?”. “Ludzie
do mnie dzwonią i proszą, abym coś dla nich zrobił”. Sala sądowa ożywiła się. Płatny morderca? Specjalista od
mokrej roboty w przebraniu księgowego? Wszyscy z zaciekawieniem oczekują na więcej szczegółów. “Chciałem
jeszcze dodać, że kilka osób założyło przeciwko mnie sprawy sądowe”.
Hm, ciekawe. Podejdźcie no bliżej obywatelu.
112.
Kim będziesz? Co chcesz robić? Pępowina została przecięta. Nowe miejsce, nowi ludzie. Masz wybór. Wszystko
wydaje sie możliwe. Marzenia są w zasięgu ręki. Masz niepowtarzalną okazję “stworzyć” siebie na nowo. To jest
punkt zwrotny w Twoim życiu. Możesz pójść w lewo, lub w prawo. Możesz być ”kimś” lub “nikim”. Na początku wybór
wydawał sie prosty. Zdobyć wykształcenie. Ale z chwilą osiągnięcia celu, przychodzą wątpliwości. Może popełniłem
błąd. Może nie należało studiować księgowości. Może trzeba było zmienić kierunek. Komputery, nowe technologie,
wydają sie być bardziej interesujące. Rozwiązywanie problemów, tworzenie nowych rzeczy, przychodzi bardzo łatwo,
prawie naturalnie. W każdym nowym miejscu pracy potrafię stworzyć rzeczy, które ułatwiają wykonywanie zadań.
Niestety, obecny pracodawca nie chce wykorzystać moich umiejętności. Co ja tutaj robię? Prawie zmuszam sie do
codziennego wstawania do pracy. Wykonuję swoje obowiązki, ale bez przekonania, bez specjalnego
zainteresowania. Kontrolowanie każdej mojej czynności doprowadza mnie do frustracji i szewskiej pasji. W takich
sytuacjach człowiek jest przekonany, że jest sam sobie winien, że sam jest przyczyną wszystkich niepowodzeń.
Obwiniam siebie za popełnione błędy. Prawda jak zwykle leży gdzieś po środku. Inni współpracownicy płaczą po
kontach, przeklinają swój los. Nie robią jednak nic, żeby coś zmienić.
Muszę przemyśleć swoją przeszłość. “Czym zajmowaliście się w swoim ostatnim miejscu pracy?” W tym miejscu
powinna nastać długa i wymowna cisza. Być może mój błąd polegał na tym, że za bardzo chciałem mieć tą pierwszą
wymarzoną pracę. Takie miejsce, w którym człowiek wie, że spędzi kilka produktywnych lat. Miejsce, które zdefiniuje
moje profesjonalne umiejętności. Jedno wiem na pewno. Powinienem być ostrożniejszy w swoich przyszłych
wyborach. Dosyć często rozmawialiśmy o naszej sytuacji. Niektórzy narzekali, większość robiła jednak dobra minę do
złej gry. Najlepszy kontakt miałem z dwójką chłopaków z Jamajki. Jeden z nich, po kilku miesiącach pracy, przeniósł
sie na południe Stanów. Przekazał jednak moje dane firmie, w której wcześniej pracował. Z drugim chłopakiem
toczyłem dosyć ciekawe rozmowy. Potrafił wysłuchać moich narzekań. Jednak któregoś dnia powiedział coś, co
spowodowało, że nigdy więcej nie zamęczałem go swoimi problemami. “Wiesz, ludzie w naszej firmie nawet
rozumieją, o czym mówisz, ale musisz wiedzieć, że nikt sie za Tobą nie ujmie, bo tak naprawdę, to jesteś z tym
problemem zupełnie sam”.
113.
Przez kilka minut obserwowałem okolicę. Plecak, na którym siedziałem, nie był zbyt wygodny, ale świadomość, że za
kilka minut będę leżał wygodnie na przydzielonym łóżku, zupełnie przesłoniła wszelkie niedogodności. Zaraz po
przyjeździe do obozu podzielono nas na mniejsze grupy i rozprowadzono po terenie. Zostałem, ja, dziewczyna i
chłopak, którego wygląd wydawał sie dziwnie znajomy. Już pierwsze wypowiedziane słowa utwierdziły mnie w
przekonaniu, że mam do czynienia z rodakiem. Gładko przeszliśmy na język ojczysty. Dziewczyna, która do tej pory
przysłuchiwała się naszej rozmowie, ożywiła się. "Znacie sie? Rozmawiacie tak, jakbyście byli starymi kumplami". Nie,
nie znaliśmy się, ale wystarczyło kilka zdań, żeby opadły wszelkie bariery.
Jest pewien niepisany kod postępowania za granicą kraju. Na dźwięk znajomej mowy przejawiamy wzmożone
zainteresowanie. Zostajemy wyłuskani z tłumu i, z potrzeby choćby zwykłej ciekawości, próbujemy nawiązać
rozmowę. Podczas moich podroży po Europie, kilka razy dochodziło do takich sytuacji. Polski lekarz w klinice w
Aachen, który poświęcił swój czas i oprowadził nas po szpitalu. Młoda dziewczyna, która od kilku lat przebywała, w
Einsiedeln, w Szwajcarii. Na wiadomość, że "nasi tu byli", odszukała nas i spędziła z nami przy piwie kilka fajnych dni.
Starszy Pan, poznany na plaży w Cannes, od lat mieszkający we Francji, z zaciekawieniem wypytywał się o
szczegóły naszej wędrówki. Podobne zachowania występują także w innych kulturach. Anglicy, których określa się
jako powściągliwych w kontaktach, wykazują niezwykłą solidarność wewnątrz własnej grupy. Porozrzucani na po
całym świecie, szukają i nawiązują kontakty z innymi Brytyjczykami. Poprzez fora internetowe umawiają się z
nieznajomymi na spotkania przy piwie. Z pobytu na Campie utkwił mi jeszcze jeden szczegół. Kiedy jeden z nich
skręcił nogę w czasie gry w piłkę nożną, dosłownie wszyscy pospieszyli z pomocą. Chwycili go, podnieśli w górę i, jak
jakieś trofeum, obnosili po całym obozie w poszukiwaniu lekarza.
Coś się zmieniło. Od pewnego czasu obiecuję sobie, że nie będę reagował na znajomą mowę. Jednak w sytuacji,
kiedy siedzę tuż obok, czuję się jak nieproszony gość. Z reguły nie jestem wstanie się powstrzymać i zbyt często
żałuję swojej decyzji.. Na moje pytanie: "Może pomóc, zrobię zdjęcie". Młodzi turyści z Polski reagują agresją.
Podobnie młoda para przebywająca na wakacjach: "Pomocy nie trzeba, poradzimy sobie, mamy to już w
Warszawie". Może tym razem, życzę smacznego i cisza. Krótkie: "Dziękuję" i nic więcej, żadnego zainteresowania.
Jeszcze raz postanawiam, że nie będę odzywać się w miejscach publicznych i zapewne wytrzymam…, ale tylko do
następnego spotkania.
114.
“Co robisz?” Przez kilka sekund nie wiem, co odpowiedzieć. Zastanawiam sie, kim Ona jest. “ Idę do najbliższej stacji
kolejowej”, odpowiedziałem zgodnie z prawdą. To już kolejny raz burza spowodowała zalanie metra. Jedynie pociągi
łączące Long Island z Manhattanem umożliwiały dotarcie do pracy. Jeszcze raz próbuję sobie przypomnieć, czy ją
znam. Twarzy nie kojarzę, ale w mojej firmie pracuje wiele osób, wiec może ja nie jestem jej obcy. “Przejdę się z
Tobą”. Przez następne kilkanaście minut maszerujemy energicznie. Próbuję wyjaśnić zagadkę naszej znajomości.
“Nie dosłyszałem jak sie nazywasz.” Jej imię nic mi nie mówi. “Pracuję w Bloomingdales, kilka dni temu
awansowałam, więc nie ma przeproś, muszę być w pracy”. Uspokoiłem sie, więc jednak nieznajoma.
Miałem kiedyś kumpla, który dojeżdżał do pracy samochodem. Każdego dnia to samo. Kilkanaście minut jazdy,
potem limitowany kontakt z innymi pracownikami i powrót do domu tą samą drogą. “Wiesz”, mówi, “brakuje mi ludzi”.
Nowy Jork w porównaniu z innymi miastami to miejsce wyjątkowe. Jest aglomeracją, w której trudno odizolować sie
od społeczeństwa. Kilka ulic, znajome twarze, sklepy, w których robimy zakupy. Pomimo tego, że się nie znamy
tworzymy wspólnotę. Kiedy chcę zjeść śniadanie, zaglądam do sklepiku. Sprzedawca, już na wstępie rzuca: “Co
słychać, dawno u nas nie byłeś”. Ma dobrą pamięć. Przez chwilę bawi się w “zgaduj zgadulę”. “Nie mów nic, wiem, co
zamówisz” i jak zwykle ma rację. Życie poza Nowym Jorkiem, w innym stanie, przeraża mnie. Zawsze zastanawiam
sie, co ja miałbym tam robić. Poczucie samotności zostałoby wzmocnione. Ilość osób, z którymi miałbym kontakt,
zdecydowanie uległaby zmniejszeniu. Będąc tutaj, mogę zawsze wyjść z domu i po kilku minutach znaleźć jakieś
miejsce, gdzie pomimo otaczającego gwaru zachowałbym swoja autonomię. Prawdziwa samotność w tłumie. Różnimy
sie, specyfika miasta, miejsca, w którym żyjemy. “Wy ludzie z Nowego Jorku jesteście bardzo nieufni”. Próbował
przekonać mnie młody naciągacz, jakich wielu, w jednym z kurortów karaibskich. Ja bym to nazwał ograniczonym
zaufaniem. Takim samym, które każe wstawiać kraty w oknach właścicielom domów w bliskim sąsiedztwie metra.
Trochę z niedowierzaniem słuchałem opowieści mojego znajomego, który zapewniał mnie o kompletnym luzie
mieszkańców Florydy. Potwierdziła to pracownica agencji turystycznej, u której wykupiłem wakacje w Orlando i
ostatecznie przekonałem się o tym sam. “Co zamawiacie?” “To ja popro..” Nie zdążyłem dokończyć. Młody chłopak,
który przyjmował nasze zamówienie, wyraźnie znudzony, odszedł na bok. Odwrócił sie, postał trochę w kącie,
zakończył dumanie ziewnięciem i wrócił do nas. “To, co chcieliście?”
115.
Wprawnym okiem sprawdziłem menu. Mój wzrok zatrzymał sie na jednym z dań. “Chciałbym zamówić…tylko zamiast
słoniny mógłbym dostać masło?”. Pani w białym fartuchu, trochę zdezorientowana, przekazała informację swojej
koleżance skrytej po drugiej stronie okienka. W tym samym momencie donośny głos postawił większość klientów na
baczność. „Który to?” Chciałoby sie też dodać tak dobrze znane “Panie, coś pan kręci”. Ta scena wydarzyła się sie
w zamierzchłych czasach PRL-u. Myliłby sie jednak ten, kto sądzi, że podobne zachowania przeszły już do historii.
Jeżeli miałbym wyróżnić jakąś naszą cechę narodowa, to byłaby to pewna bezpośredniość, wywołująca uśmiech na
ustach. Połączenie Dyzmy, Karwowskiego i Franka Dolasa oraz całej plejady innych postaci. Jest jakaś siła w
polskim języku, dwa trzy słowa, krótkie “przecież widzę” czy “po jednym dawać” i powstaje sytuacja komiczna.
Mieszkańcy kraju nad Wisłą bezbłędnie reagują na takie sceny. Kiedy oglądałem w amerykańskim kinie film
Krzysztofa Kieślowskiego “Biały”, musiałem powstrzymywać śmiech, gdyż sala wybuchała w zupełnie innych
momentach niż ja. Przez pierwsze kilka lat pobytu w Stanach, męczyłem się. Poczucie humoru jest nie
przetłumaczalne. To, co wydaje sie fantastyczne, może wywołać tylko wzruszenie ramion i cierpki grymas twarzy.
Wiele form kabaretu i satyry nie istnieje w tutejszej kulturze. Wydaje się, że ogranicza się ona do czegoś, co
potocznie jest zwane “stand-up comedy”. Czy jest odpowiednik Kabaretu Starszych Panów, słuchowisk Marcina
Wolskiego, niezapomnianych dialogów Laskowika i Smolenia? Pytanie pozostawiam bez odpowiedzi, ale
zastanawiam się nad inną kwestią. Być może poczucie humoru jest powiązane także z miejscem, w którym żyjemy.
Jeżeli odpowiedniki felietonów Jacka Fedorowicza nie mogły powstać poza granicami kraju, to czy człowiek urodzony
poza Polską może przyswoić sobie nasz rodzimy humor?
Na lotnisku Okęcie w Warszawie jest restauracja typu bar, w której ceny znane są tylko obsłudze, a ludzie bez
sporych oszczędności, nie maja, po co tam zaglądać. Mając 100 zloty w kieszeni sądziłem jednak, że najem się do
syta. Nałożyłem dwa talerze, dla siebie i dla żony. Następnie skierowałem się do kasy. Młoda dziewczyna postukała
w klawiaturę i rzuciła od niechcenia: “118 zloty proszę”. Rozejrzałem się po sali. Zorganizowane towarzystwo
korzystające z kuponowej zniżki, z ciekawością przyglądało się całemu zdarzeniu. “To ja rezygnuje”, rzuciłem.
Dziewczyna próbowała przez chwile walczyć. “Zawołam szefa”. Z kuchni wybiegł przysadzisty jegomość o wyglądzie
południowca. Z niesmakiem obejrzał talerze i już całkiem swojsko, tak jakby zapoznał się z całym dorobkiem
komediowym Barei, wykrztusił z siebie: “No i po co nakładał, po co?” Chciałem go wyściskać, był taki swojski, taki
nasz. Tak sie ładnie zasymilował. Odrzucił wszelkie konwenanse i tak prosto z mostu, z grubej rury wypalił.
Wyobraźmy sobie, że prowadzi swoją restaurację w rodzinnym kraju, gdzieś na południu Włoch. Czy podobnie, z
kwaśną mina, zadałby klientowi pytanie “ Perché?”
116.
W przerwie na zajęcia zajrzałem na stołówkę konkurencyjnego uniwersytetu. W drodze powrotnej zerknąłem jeszcze
na tablicę ogłoszeń. Mój wzrok przykuł duży napis: “wycieczki do Lwowa”. Cena przystępna. Jak pomysłowy
Dobromir, podskoczyłem do góry. Następnego dnia ogłosiłem nabór wśród ludzi z mojego roku. Przez następne
kilka dni przyjmowałem wszystkich chętnych. Kiedy wypełniłem wolne miejsca, zaniosłem gotowa listę do głównego
organizatora. Pierwszy wyjazd turystyczny okazał sie sukcesem. Po nim poszły następne dwa. W pewnym momencie
zabrakło zainteresowanych i musiałem zrezygnować z działalności. Dzięki niewielkiej prowizji kupiłem swój pierwszy
odtwarzacz CD. Po tej całej historii odczuwałem jednak pewien psychiczny dyskomfort. Gdzie jest granica pomiędzy
uczciwie zarobionymi pieniędzmi a zwykłym przekrętem?
Na początku lat 90tych ogarnęła Stany Zjednoczone gorączka internetowa. Pionierskie czasy wymagały pionierskich
pomysłów. Kto żyw, chciał zaistnieć w sieci. “Zakładasz własną firmę?” Pytała sie kobieta, która pracowała w firmie
kurierskiej. Ona od jakiegoś czasu próbowała na boku rozwinąć swój własny pomysł. Dorabiała rysując lub malując
kartki okolicznościowe. Dopingowałem jej staraniom. Takich jak ona jest wielu. Wierzą we własne siły i pomysły.
Tania Cowher, z Austin w Teksasie, założyła firmę pod nazwa Celebs 4 A Day, która za niewielką opłatą $1,500
uczyni z każdego śmiertelnika osobę wyjątkową. Tak jest, Twoi prywatni fotograficy i reporterzy zrobią wokół Ciebie
tyle szumu i zamieszania, że zwykli zdezorientowani przechodnie wezmą cię za gwiazdę pierwszej wielkości.
Zapytajcie się Struan Vaz i Paige Hill, których napadła zgraja paparazzi po wyjściu z przedstawienia „Dziadek do
orzechów”. Innym pomysłem zabłysnął młody chłopak, który odwiedził nasze biuro. W rękach ściskał kilka
reprodukcji. Był wyraźnie ożywiony. Przeprosił za najście, jednoczenie wyjaśnił powód swojej wizyty. “Mój szef
zamówił kilka obrazów. Dostaliśmy ich jednak za dużo. Chcemy pozbyć się ich, najszybciej jak tylko można, cena
niewielka, jest godzina 16: 20, tylko $20. Kto da więcej?" Zamieszanie, jakie wywołał spowodowało, że kilka osób
przystało na jego propozycje. Recepty na szybki biznes są jak diety cud. Bez wysiłku, bez ćwiczeń stracisz zbędne
kilogramy. Wystarczy podłączyć kilka kabelków i rozpocząć stymulowanie mięsni. Zobaczysz będzie działać,
normalnie schudniesz w oczach.
Skusiłem sie kiedyś na ofertę zamieszczoną w lokalnej gazecie. Nagłówek krzyczał: “Pracuj w domu, będziesz
bogaty”. Wpłaciłem niewielka sumę i w krótkim czasie otrzymałem pakiet z instrukcjami. Nie znalazłem tam żadnych
konkretnych informacji, żadnego wspaniałego przepisu na mój pierwszy milion. Zamiast tego wśród rożnych
papierów zauważyłem niewielką ręcznie napisaną notatkę: “Każdy może robić to co ja, to wcale nie jest nielegalne”.
117.
Frank Capra, Anthony Quinn, Johnny Weissmuller. To tylko kilka nazwisk z długiej listy osób znanych i zasłużonych.
Pierwszy z nich był wybitnym reżyserem. Za film “Ich noce” w 1934 roku otrzymał 5 Oskarów. Takie same
wyróżnienie dostał Anthony Quinn za niezapomnianą rolę Alexisa Zorby w ekranizacji powieści Nikosa Kazantsakisa
“Grek Zorba”. Johnny Weissmuller to zdobywca 5 złotych olimpijskich medali w pływaniu. Po zakończeniu kariery
sportowej wcielił się w rolę aktora. I do dziś pozostaje najbardziej rozpoznawalnym z “Tarzanów”. Wszyscy trzej
kojarzą sie z ogólnie pojmowaną kulturą amerykańską. Kiedy poszperamy w ich życiorysach okaże się, że całą trójkę
łączy jedna wspólna cecha. Urodzili sie poza terytorium Stanów Zjednoczonych. W kolejności: Włochy, Meksyk i
Rumunia.
Kim jest “Amerykanin”? Czy istnieje jakiś wzorzec, do którego można porównywać wszystkich innych obywateli tego
kraju? Czy jest bardziej biały niż kolorowy? Czy bardziej bogaty niż biedny? Dlaczego nowoprzybyły imigrant słowo,
“Amerykanin”, rezerwuje dla nielicznej grupy wybranych, pozostałych określając mianem mieszkańców tego kraju? A
może jest to długotrwały proces “stawania” się, czy też nabywania cech, których kulminacja nastąpi dopiero w 3
pokoleniu? Idąc tym tropem rozumowania trudno powiedzieć, kim są Zbigniew Brzeziński czy Madelaine Albright.
Polak? Czeszka? Urodzili się bowiem poza granicami tego kraju. Każdy, kto interesuje się polityką, bezbłędnie
skojarzy te dwie osoby z administracją rządu amerykańskiego. Dla Polaków, profesor Zbigniew Brzeziński jest
Amerykaninem polskiego pochodzenia, dla pozostałych mieszkańców naszej planety jest już tylko Amerykaninem.
Tysiące imigrantów każdego dnia przybywa do Stanów Zjednoczonych z zamiarem osiedlenia się, znalezienia
własnego miejsca. W którym momencie będzie można o nich powiedzieć, że stali sie Amerykanami, nabrali cech,
przeszli metamorfozę, wyzbyli się tego całego balastu kulturowego, nawyków, sposobu myślenia, które nie
pozwalają im na pełną asymilację ze społeczeństwem? Jeżeli w dalszym ciągu będą uparcie trwać przy swoim
ojczystym języku i obyczajach, to czy w jakiś sposób pomniejszy to ich wartość, jako obywateli Stanów
Zjednoczonych?
21 Sierpnia 1959 roku Hawaje stały sie 50 stanem, który dołączył do Unii. Prawie 16 % populacji stanowi rdzenna
ludność pochodzenia polinezyjskiego. Oprócz nich, wyspy zamieszkują potomkowie przybyszów z Japonii, wysp
Pacyfiku oraz Europy. Od chwili, kiedy Hawaje stały się częścią Stanów Zjednoczonych, minęło mniej niż 50 lat. To
dużo i mało jednocześnie. Dużo, jak dla kraju, którego historia liczy nieco ponad 200 lat, mało, jak na wymóg
“stawania sie” Amerykaninem w 3 pokoleniu.
Frank Capra - Frank Rosario Capra, miejsce urodzenia Bisacquino, Włochy.
Anthony Quinn – prawdziwe nazwisko Antonio Rudolfo Oaxaca Quinn, miejsce urodzenia Chihuahua, Meksyk.
Johnny Weissmuller – prawdziwe nazwisko Janos Weissmüller, miejsce urodzenia Freidorf, Banat, Austro-Węgry
(obecnie Rumunia).
118.
Chciałbym wierzyć, że się nie zmieniłem. Że wszystko to, co wydarzyło się, ludzie, których spotkałem, wybory,
których dokonałem, nie miały wpływu na to, kim jestem. Chciałbym przekonać siebie, że postrzegam świat tak samo,
jak kilkanaście lat temu. W pewien elementarny sposób w dalszym ciągu odwołuję się do wartości, które wyniosłem z
domu. Cząstek, które splatają sie w kulturowy gen. Jednak po tak długim pobycie dochodzę do wniosku, że
elementy, które tworzą strukturę mojego jestestwa, uległy wymieszaniu. W długim procesie poznawania, powstało
coś nowego. Mutacja przebiegła prawidłowo, pacjent przeżył. Wspomnienia dawnych miejsc, nie ludzi, ale właśnie
miejsc pobudzały moją wyobraźnię. Irracjonalne, mało konkretne. Widok zapamiętany z dzieciństwa. Tory kolejowe,
semafor, ciepło letniego poranka.
Szczególnie w pierwszych miesiącach mojego pobytu w Stanach odczuwałem łączność z tym, co zostawiłem po
drugiej stronie oceanu. Z biegiem czasu intensywność wspomnień uległa jednak stępieniu. Nowe otoczenie i
ciekawość świata wzięły górę. Zadziwiające jest, jak łatwo wtopić sie w nowe środowisko. Jakieś niewymuszone
poczucie swojskości pozwala imigrantom odnaleźć własne miejsce pośród wielu. Kubańczycy, którzy dotychczas
mieszkali w różnych krajach europejskich, po przyjeździe do Stanów twierdzą, że nareszcie znaleźli się “w domu”. To
uczucie jest znane wielu osobom. Przy jednoczesnym braku zewnętrznego przymusu, czy nakazie upodobnienia sie
do “wzorowego” Amerykanina, latami można trwać w stanie zawieszenia. Można pójść jednak trochę dalej.
Dowiedzieć się, co ‘w trawie piszczy”. Sprawdzić, kto powiedział “Baseball to w 90% gra mentalna – a w połowie
fizyczna” lub, który z polityków ma przezwisko “Bubba”. Pamiętam dobrze moje pierwsze Święto Dziękczynienia,
które spędziłem samotnie. Nie pamiętam jednak, w którym momencie nabrało ono dla mnie znaczenia. Początkowa
sztuczność została wyparta przez autentyczne wyczekiwanie. Teraz, za każdym razem, kiedy zbliżają sie Święta
Bożego Narodzenia czy Wielkiej Nocy uświadamiam sobie, że jedyną nitką, która łączy mnie z polską tradycja jest
moja pamięć. Coraz częściej i intensywniej dociera do mnie fakt, że jedyną osobą, która może ją przekazać jestem ja
sam.
119.
Za każdym razem, kiedy jestem w Polsce, zadaję sobie pytanie, jak wyglądałoby moje życie, gdybym nie wyjechał.
Czy byłbym w stanie odnaleźć się ponownie w tym miejscu? Czy mógłbym ponownie zamieszkać w kraju nad Wisłą?
To była moja 4 wizyta od czasu, kiedy opuściłem rodzinne strony. Każda inna z odmiennym ładunkiem emocji. Od
niechęci, poprzez akceptację, do życzliwego zainteresowania. Widzę zmiany, które zaszły w ciągu ostatnich kilku lat.
Szczególnie te w psychice naszych rodaków, wydają mi się wartościowe. Większe zadowolenie z życia, pogodniejszy
nastrój i większą ogólną mobilność społeczeństwa. Ludzie z zaciekawieniem zwiedzają swój kraj. Spędzam kilka
chwil przy piwie pośród znajomych mojego młodszego brata. Każdy z piątki młodych ludzi ma już emigracyjny epizod
za sobą. Czterech z nich było w Anglii, a jeden przez kilka lat przebywał na Florydzie i w Chicago. Moją uwagę
zwróciło jego ożywienie, kiedy opowiadał o swoich zajęciach za oceanem. Dorywcze prace, zaliczone kilka rożnych
miejsc. Nie stabilizacja, ale pewna niepewność, nieprzewidywalność, wydawały się według niego najciekawszym
doświadczeniem.
Przekleństwem małych miast, oraz tych trochę większych jest ograniczony rynek pracy. Czy jest to miejscowość na
polskiej prowincji, czy też była osada górnicza gdzieś w Pensylwanii, problem jest ten sam. W wielu takich miejscach
przemysł już nie istnieje. Zastanawia mnie jednak fakt, że większość ludzi, mimo to, gdzieś pracuje. Prawie każdy ma
jakieś zajęcie. Obserwuję moich znajomych, ludzi, z którymi chodziłem do liceum i na studia. Zadaję sobie pytanie,
czy mógłbym wytrzymać w jednej i tej samej pracy przez następne kilkanaście lat? Jak mój organizm zareagowałby
na tego typu stabilizację? I tu nie chodzi o sam fakt akceptacji nowej pracy i środowiska, ale o fundamentalne
pytanie, jak widzę swój profesjonalny rozwój w najbliższej przyszłości. Dwa lata temu zmieniłem zajęcie i wiem, że
będę to robił jeszcze kilkukrotnie. Jestem przekonany, że zmiana jest permanentną cechą amerykańskiego rynku
pracy. Ciągłe poszukiwanie i transformacja stały się częścią naszego życia. W drodze powrotnej do Nowego Jorku
moim sąsiadem jest młody Amerykanin, który od siedmiu lat mieszka w Krakowie. Uczy języka, dokonuje jakichś
dorywczych tłumaczeń tekstów. W naszej rozmowie zaskoczyła mnie łatwość, z jaka łatwością udało mi się nawiązać
z nim kontakt. Żadnego ślizgania się po temacie. Uderza bezpośredniość tak charakterystyczna dla Polaków.
Pytania wykraczają poza zdawkowe: „Jak leci?”. Przedłużony pobyt w Krakowie był jego świadomym wyborem.
Odnalazł się w nowej rzeczywistości, poznał swoją żonę, boryka się z problemami finansowymi i tęskni za
amerykańską pizzą. Podobnie jak ja, wraca w rodzinne strony na okres wakacji. Jest jakiś symbolizm w tym naszym
spotkaniu. Z jednej strony ja, Polak żyjący w Stanach. Z drugiej, Amerykanin, który związał swoją przyszłość z
Polską. Migracja, przemieszczanie się ludności i szukanie swojego miejsca na ziemi, czyli znak naszych czasów.
KONIEC