Archiwum
11.
Moja znajoma to Meksykanka. Wraz z rodzicami i czwórką rodzeństwa, mieszkała w niewielkim domku na obrzeżach
miasta. Jej rodzice, zanim osiedlili się w Teksasie, przez jakiś czas przebywali w Chicago. Lepsze możliwości pracy
oraz perspektywy na przyszłość spowodowały, że postanowili przenieść się na południe. Kiedy u nich przebywałem,
matka zajmowała się domem, a ojciec pracował w stoczni. Nie wiem, czy miał stałą pracę. Codziennie rano,
meldował się na jakimś rogu, skąd wraz z innymi, był zabierany do pracy. Warunki, w jakich mieszkali, były więcej
niż skromne. Trzy siostry zajmowały niewielki pokoik. Z trudem można było przecisnąć się pomiędzy meblami.
Chłopcy też musieli przyzwyczaić się do swojej obecności. Cała piątka, uczęszczała do miejscowego collegu. Tylko
jeden z braci, którego nie poznałem, studiował w stolicy stanu, Austin. Jak na tak wielodzietną rodzinę, bardzo
dobrze sobie radzili. Każde z rodzeństwa miało jakąś dorywcza pracę. Spory wkład do budżetu, stanowiły opłaty za
wynajem kilku domów, których byli właścicielami. Dostałem do swojej dyspozycji osobne mieszkanie. Posiłki jadłem
jednak razem z nimi. Do dzisiaj pamiętam tacos, które przyrządziła dla mnie jej mama. Cała rodzina starała się,
abym dobrze się u nich czuł. Dzielnica, w której mieszkali, nie należała do najlepszych. Zaraz po zmroku lepiej było
nie wychodzić poza bramę. Prawie co noc budziły mnie odgłosy syren policyjnych. Mógłbym też przysiąc, że
słyszałem strzały z broni. Nie dociekałem jednak, czy była to prawda, czy też efekt mojej wyobraźni. Sylwester
spędziliśmy w wesołym miasteczku. Korzystaliśmy z fantastycznej pogody Temperatura utrzymywała się powyżej
70F, a w niektóre dni przekraczała 80F. Można było śmiało chodzić w samej koszulce. Byłem jak małe dziecko,
które nie chce zejść z huśtawki. Najbardziej spodobała mi się zjeżdżalnia, gdzie spadało się twarzą w dół pod kątem
90 stopni Dopiero na niewielkiej wysokości, tuż nad ziemią, wagonik zmieniał położenie. Od czasu do  czasu
wybieraliśmy się do kina. W dwóch lub trzech z nich bilety kosztowały $ 1. Grano tam filmy, które dopiero co zeszły
z normalnego rozpowszechniania. Jedynym mankamentem takiej wyprawy była odległość. Przez ponad 40 minut,
samochód skręcał to w prawo, to w lewo, przejeżdżając głównie przez nie zamieszkałe tereny.
Houston jest miastem nietypowym. Posiada dwa centra biznesowo-handlowe znajdujące się w dosyć sporej
odległości od siebie. Łączy je bulwar, który przecina plaski teren. Większość wieżowców stoi swobodnie. Łączą je
podziemne korytarze. W upalne dni stanowią one schronienie dla pieszych. Z tego te powodu miasto wydaje się
być wyludnione. Ciekawe bryły budowli i ich nowoczesny wygląd były wielokrotne wykorzystane w filmach. Jednym z
najbardziej znanych jest klasyk gatunku science fiction - "Robocop".

12.
Czas mijał bardzo szybko. Postanowiłem pozostać tutaj przez następne 4 tygodnie. Swój pobyt starałem się
wykorzystać na zwiedzanie miasta i najbliższych okolic. Jakieś 40 mil na południe, tuż nad zatoką meksykańską,
znajduje się niewielka miejscowość, Galveston.  W sezonie tętni życiem i stanowi sporą atrakcję turystyczną.
Miasto to jest jednak bardziej znane z tego, że dokładnie 8 września 1900 roku, w okolicach godziny 16-tej, 5
metrowe fale huraganu uderzyły z całą siłą na w nadbrzeżne domostwa. Prawie 8 tysięcy ludzi straciło życie. Do
dzisiaj jest to jedna z największych katastrof naturalnych w historii Stanów Zjednoczonych.  Około dwie godziny
jazdy w kierunku zachodnim od Houston znajduje się San Antonio.  Dosyć niespodziewanie wyrasta na zupełnie
płaskim terenie. Rzeka, która przepływa przez miasto, stanowi sama w sobie ogromną atrakcję turystyczną. Została
całkowicie uregulowana i zabudowana. Brzegi zalano betonem. Po obu jej stronach znajdują się deptaki i
restauracje. Całość jest zacieniona drzewami i stanowi bardzo przyjemne miejsce odpoczynku. Mniej więcej pięć
minut od "boardwalk" znajduje się największa atrakcja miasta, czyli Alamo. Stara misja hiszpańska była miejscem
walki z przeważającymi siłami meksykańskimi. Ściana frontowa oraz sam budynek zachowane są w bardzo dobrym
stanie.
Po zwiedzaniu, nie mogłem sobie odmówić zjedzenia meksykańskiej „fajitas". Płaskie przestrzenie działają na
wyobraźnię kierowców. Szczególnie tych młodych. Ruch na autostradach też jest niewielki. Kiedy wreszcie spotka
się innego kierowcę, zaczyna się rywalizacja. Pojazdy wyrównują prędkość. Jeden samochód podjeżdża bliżej
drugiego. Przez kilka lub kilkanaście minut jadą na tej samej wysokości. Szybciej, jeszcze szybciej, do momentu, w
którym dalsza zabawa staje się zbyt niebezpieczna. Kilka razy wziąłem udział w takim wyścigu, zarówno poza
miastem, jak też w samym Houston. Inną atrakcją jest słuchanie muzyki na cały regulator w czasie jazdy. Wszystko
ma swoje miejsce i czas.
Jeden z braci uwielbiał Nirvane. Ja, będąc jeszcze w Polsce, słyszałem "Smells like teen spirit", ale sama piosenka
nie zrobiła na mnie wrażenia. Dopiero teraz, będąc w tym trochę futurystycznym miejscu, odkryłem Nirvane na
nowo. Chropowate, ciężkie brzmienie zespołu, idealnie uzupełniało krajobrazy za oknem.
Któregoś dnia wypożyczyłem z lokalnej biblioteki film "Popiół i Diament". Miałem nadzieję, że uda mi się przybliżyć
im trochę naszą kulturę. Niestety, pomimo napisów, film ten był dla nich zupełnie niezrozumiały. Byli zupełnie
nieprzygotowani na odbiór jego treści. Różnice kulturowe musiały być znacznie głębsze, gdyż po moim wyjeździe
nasz kontakt po pewnym czasie się urwał.

13.

Ten odcinek znajdziesz w książce

14.
Nie miałem zamiaru zostawać w Nebrasce. Uznałem, że znacznie łatwiej będzie mi się żyło w Nowym Jorku. Po
trzech tygodniach pobytu w Omaha, wykupiłem ponownie bilet na autobus.
Jak zwykle zatrzymywaliśmy się po drodze w większych miejscowościach. Pojazd zapełnił się w Des Moines.
Człowiek, który usiadł obok mnie, przywitał się pytając, skąd jestem. Kiedy usłyszał: “Nowy Jork”, skrzywił się z
niesmakiem i zapadł w długotrwałe milczenie. Już do końca podróży czytał swoją gazetę.
Pamiętam dokładnie dzień wyjazdu. Na pierwszej stronie pisma US Today, które „przeglądałem” ze swojego
siedzenia, zamieszczono zdjęcia z pierwszego zamachu na World Trade Center.
Drugi, przystanek mieliśmy w Chicago. Po raz pierwszy od dłuższego czasu słyszałem polską mowę. Wreszcie
jestem na miejscu. Zatoczyłem wielkie koło jadąc tymi autobusami. Nie wiem dokładnie, ile przejechałem mil, ale
wiem jedno, pozostał mi uraz do podróżowania tym środkiem lokomocji. Zatoczyłem koło też w innym sensie,
wróciłem do punktu wyjścia. Znalazłem się ponownie w Nowym Jorku z przekonaniem, że pomimo posiadania
znajomości w Stanach, to tak właściwie mogę liczyć tylko na siebie, że nikt nic mi nie załatwi i nie rozwiąże moich
problemów.
Zatrzymałem się ponownie u moich znajomych i po kilku dniach poszukiwań znalazłem swój własny kąt. Ponieważ
nie mogłem zbyt długo siedzieć im na głowie, zdecydowałem się na wynajęcie czegokolwiek. Pomieszczenie
znajdowało się w piwnicy domu należącego do Polaka. Kiedy dostałem klucze, właściciel przestrzegł mnie: "Tylko
cicho sza, niech nikt się nie dowie". Miałem wreszcie swój pokój. Zamek można było otworzyć nożem kuchennym.
Niewielkie okno otwierało się na dwa palce. Wychodziło na tzw. studnie, gdzie światło docierało tylko symbolicznie.
Przez kilka miesięcy chodziłem spać, kiedy było ciemno i wstawałem też w zupełnych ciemnościach. Razem z
kumplem odmalowaliśmy ściany, wstawiłem mój materac i kupiłem jednorazowy dywan za 20 dolarów. Nie byłem
sam, kuchnię i łazienkę dzieliłem z małżeństwem, które poprzez obóz uchodźców dostało się do Stanów w latach
80tych. On był po wypadku i większość czasu spędzał oglądając telewizję. Oboje jednak z rozżaleniem wspominali
stare dobre czasy, kiedy mieszkali w Niemczech.
Pracę miałem rozpocząć na początku marca. Już szykowałem buty na nowy sezon, kiedy całkiem niespodziewanie
nad Nowym Jorkiem przeszła burza śnieżna. Przymusowe wakacje zostały przedłużone o następne 2-3 tygodnie.
Pieniądze, które zarobiłem w zeszłym roku, stopniowo topniały. Musiałem liczyć się z każdym groszem. Dla rozrywki
układałem puzzle i słuchałem radia. Dostałem je w spadku będąc jeszcze na Campie. Oprócz możliwości słuchania
muzyki, spełniało także funkcje budzika. Obecnie jest to chyba jedyna rzecz jaka mi pozostała z tego okresu i,
która w dalszym ciągu jeszcze mi służy.

15.
Zima wreszcie minęła i mogłem wrócić do pracy. Ten rok był niezwykle gorący. Przeskok miedzy zimą a latem był
bardzo szybki. W ciągu niespełna miesiąca zaczęło nieźle przygrzewać. Można było pracować w szortach i
koszulce. Prawdziwe upały miały jednak dopiero nadejść. Zostałem przekwalifikowany z kosiarki na maszynę, która
przycina krawędzie. Nosi się to w rękach i chodzi tyłem. Praca ta wymagała pewnej wytrwałości. Pracowaliśmy
głownie we trzech. Właściciele firmy jeździli z nami bardzo rzadko, właściwie tylko wtedy, kiedy wymagały tego
interesy. Spełniali wtedy funkcje reprezentacyjne. Maszyny pakowało się do Van'a. Z przodu było jedno wolne
siedzenie, pozostałe dwie osoby musiały siedzieć na dostawkach. Szef czasem jeździł jak szalony i to niesamowite,
że nie mieliśmy żadnego wypadku. W bardziej kryzysowych sytuacjach wyciągał prawie ramię, aby zabezpieczyć
mnie przed uderzeniem w przednią szybę. Niedobrze mi się robi, kiedy sobie pomyślę, że mógłbym wylecieć na
jezdnie z kosiarką na plecach.
W ciągu dnia robiliśmy około 10 domów. Każdy z nas miał wtedy swoje określone obowiązki. Raz w tygodniu
byliśmy wysyłani na Long Island, aby obsłużyć kilka posesji. Był to dla nas okres odpoczynku, dłuższa jazda
pozwalała na regenerację sil. Po kilku miesiącach nastąpiło jednak „zmęczenie materiału”. Brak uśmiechu na
twarzy, stał się przyczynkiem do większej dyskusji. „Dlaczego tak wolno?, Jak chodzisz?, Co robisz?,... Odpoczywać
będziesz w zimie,... Witaminy bracie, witaminy...”. Nie mogli jednak zestawić ze sobą dwóch rzeczy: że pomimo
naszej ogólnej apatii, wszystko było wykonane prawidłowo i na czas. Wolne, niezależne związki zawodowe,
założyliśmy w momencie, kiedy nie mogliśmy doliczyć się zapłaty za jeden dzień pracy. Postulat numer jeden -
Przejmujemy kontrolę nad płacami. Kierownictwo, po naradzie aktywu, przyjęło żądania załogi. Od tej pory, co
tydzień, dostawali od nas kartkę z wykazem godzin. Pomyłek więcej nie było. Telewizja podała, że w okolicach
Nowego Jorku doszło do desantu nielegalnych chińskich imigrantów. Nic nikomu nie mówiąc, zeszli ze statku i
rozpierzchli się po okolicy. Chyba zostawili jednak jakieś ślady na piasku, bo zaledwie kilka dni później ich kryjówka
została otoczona przez funkcjonariuszy FBI. Natknęliśmy się na nich w drodze do pracy, zaledwie kilka domów od
naszej „bazy”. Cała sytuacja wywołała zrozumiale podniecenie u mieszkańców ulicy. "Wiecie, znaleźli nielegalnych
imigrantów", usłyszeliśmy na dzień dobry. Skinęliśmy tylko głowami, "No popatrz, popatrz".

16.
Po kilku pierwszych tygodniach pracy, postanowiłem, że już czas kupić sobie telewizor. Wybrałem się w tym celu do
najbliższego domu towarowego. Chwyciłem pierwszy lepszy, 13 calowy odbiornik firmy Goldstar. Nie wytrzymał
jednak próby czasu. W ciągu roku zepsuł się chyba ze 3 razy. W końcu wyrzuciłem go na śmieci. Swój następny
telewizor znalazłem na ulicznej wystawce. W całej tej historii najważniejszy był fakt, że sam zakup sprawił mi sporo
satysfakcji. Nie musiałem martwić się, czy wystarczy mi pieniędzy na przeżycie. Po prostu poszedłem do sklepu i
kupiłem to, co chciałem.
Lato 1993 było niezwykle gorące. Spanie w piwnicy miało swoje zalety. Normalnie, przy takich upałach trudno jest
wytrzymać bez klimatyzacji. Ja nie musiałem się o to martwić.
Kiedy zbliżała się już jesień, doszedłem do wniosku, że najwyższy czas znaleźć sobie nowe miejsce. Miałem już
dosyć codziennego dojeżdżania z Ridgewood. Swoje kroki skierowałem na Greenpoint. Pierwszy pokój, jaki
znalazłem, okazał się być wnęką w kuchni. Jakaś pozostałość po spiżarni, którą zamykały rozsuwane drzwi.
Mieszkając w takich warunkach mogłem być pewny, że będę budzony codziennym porannym mlaskaniem. Kolejne
mieszkanie miało typowy podłużny układ, w którym przechodzi się z jednego pokoju do drugiego. Zero prywatności.
Łóżko było ustawione tuż przy wyjściu. Jestem pewien, że lokatorzy zahaczaliby o mnie każdego ranka. Za
drzwiami, jedynego zamykanego pomieszczenia, jechał już “wesoły autobus”. Na tablicy ogłoszeń w Polskiej Unii
Kredytowej znalazłem notkę o miejscu do wynajęcia na Ridgewood. Zadzwoniłem pod wskazany numer i umówiłem
się na wizytę. To, co zobaczyłem wywołało u mnie entuzjazm. Dwa duże okna. Światło, wszędzie światło. Osobne
zamykane wejście. W pełni samodzielny pokój. Muszę tu mieszkać. Dziewczyna, która wynajmuje  mieszkanie, waha
się. Nie jest zdecydowana. Chce trochę więcej czasu do namysłu.  Trzeba było kuć żelazo póki gorące.  „Tu jest
depozyt”, wyłożyłem pieniądze na stół. Jeszcze chwilka niepewności i dostaję zgodę na przeprowadzkę. Tak się
złożyło, że mój nowy pokój był oddalony od starego o jakieś 10 minut piechotą. Nie miałem zbyt wiele rzeczy,
wszystko zmieściło się do plecaka. Tylko materac musiałem przenieść razem z kumplem. Stare meble, które
zastałem, rozebraliśmy młotkami na części pierwsze. Została tylko szafa, jakaś komoda oraz stalowa konstrukcja,
która służyła za półkę. Wyposażenie uzupełniłem o niewielką sofę, którą dostałem kilka tygodni później od jednej
Amerykanki. Ściany odmalowałem w jeden dzień. Wymieniłem dywanik i z zadowoleniem stwierdziłem, że można
mieszkać.

17.
Moje wyobrażenie o Stanach w 1992 roku było cokolwiek ograniczone. To, co działo się za oceanem, było zwykłą
migawką w Dzienniku Telewizyjnym. Z reguły informacja dotyczyła jakiejś tragedii lub ciekawego zdarzenia. Inną
Amerykę znaliśmy z filmów. Wszystko było jakieś sterylne i czasami egzotyczne. Kto nie pamięta filmu “Powrót do
przyszłości”? To jest niedościgniony wzór amerykańskich przedmieść. To oni tak żyją? Naprawdę?  I ten
nieszczęsny serial Dynastia, z życia pięknych i bogatych. Wyidealizował obraz tego kraju. Ktoś, kto właśnie
przyjechał do Stanów, zderzy sie z inna rzeczywistością. Z dużym prawdopodobieństwem zaczepi się gdzieś w
jednej z etnicznych dzielnic, takich jak Greenpoint lub Jackowo, o istnieniu których wyższe sfery mogą nawet nie
wiedzieć.
Nowy Jork był i jest bramą do Ameryki dla milionów imigrantów. Jest częścią Nowego Świata, ale jednocześnie
można usłyszeć, że jest inny niż reszta kraju. Sam w sobie stanowi odrębny twór. Odmienny od innych miast.
Potocznie nazywany jest Wielkim Jabłkiem, niewiele osób potrafi jednak wytłumaczyć, dlaczego. Przeciętny
nowojorczyk kojarzy nazwę miasta tylko z Manhattanem. Małżeństwo, które kiedyś mnie podwiozło z Campu do
najbliższej stacji metra, nie chciało słyszeć o przebijaniu się do centrum. Ja uparcie powtarzałem, że chcę do
Nowego Jorku, a oni zirytowani stanowczo odmawiali. „Tam nie jedziemy, tylko Bronks”. O co im chodzi? Czyżby
Bronks nie był częścią Nowego Jorku? Okazuje się, że nie. Jest ono osobnym miastem, podobnie jak Queens,
Brooklyn i Staten Island. Wszystkie pięć części tworzy New York City. Nie bądźcie jednak zaskoczeni, kiedy jakiś
Amerykanin z centrum Stanów, na wiadomość, że mieszkacie w New York City z zachwytem powie: “To ty mieszkasz
na Manhattanie”. Każda z pięciu części dzieli się na mniejsze jednostki. Jedną z takich dzielnic jest Greenpoint. Z
zieleni pozostała tylko nazwa. Większość budynków jest stara. Z jednej strony dzielnica jest wciśnięta pomiędzy
nabrzeże, gdzie znajdowały się kiedyś fabryki, a z drugiej strony znajduje się nowa, śmierdząca oczyszczalnia
ścieków. Początkowo Greenpoint był zamieszkały głownie przez Niemców oraz Włochów. Osiedlali się tutaj ze
względu na bliskość pracy. Nasi rodacy zamieszkiwali okolice 14 ulicy i 1Avenue na Manhattanie. Do tej pory
zachowała się polska parafia i ze dwie restauracje. Jedna z nich ma całkiem przyjemny ogród.  Z biegiem czasu
Polacy zostali wyparci przez inne nacje. Obecnie w tamtym rejonie mieszkają głownie Ukraińcy. Greenpoint stał się
centrum życia polonijnego. Z czasem przenoszono się też  w inne rejony. Drugim większym skupiskiem jest
Maspeth na Queensie. A od początku lat 90-tych coraz więcej Polaków osiedla się też na Ridgewood graniczący z
Brooklynem.  
Kiedy więc już trafimy do Nowego Jorku (nie będę używał terminu NYC), to zobaczymy, że trafiliśmy do, no
właśnie…śmietnika. Pierwsze wrażenie może być nieprzyjemne. Stare domy, masa starych używanych
samochodów, ulice, na których trzęsie jak w Polsce,  w wielu miejscach śmiecie. Na Bronksie można wybrać sobie
na ulicy wyrzucone dekle. Jeżeli tego samego dnia trafimy jeszcze na Manhattan i przejdziemy się szykowną Piątą
Avenue lub bogatą Park Avenue, to już nic z tego nie będziemy rozumieć  Jak oni tu mieszkają?
Oglądając dzieła Niderlandzkich mistrzów, wpadam zawsze w zachwyt nad detalami. Stając kilka metrów od obrazu,
widzimy jakiś budynek. Podchodzimy bliżej i zauważamy więcej szczegółów. Pojawiają się poszczególne belki.
Wysilamy wzrok, jeszcze bliżej, i co to jest? Muchy narobiły na obraz.

18.
Mieszkanie, do którego trafiłem, było wynajmowane przez dziewczynę, która mieszkała już tam od dobrych kilku lat.
Miała samodzielny pokój, od czasu do czasu odwiedzał ją jej chłopak. Ja miałem swoje zamykane pomieszczenie na
końcu, po drugiej stronie korytarza. Był też jeszcze jeden osobny pokój, przez który w okresie czterech lat
przewinęło się wielu ludzi. W sumie wszystkie osoby były raczej młode, jeżeli nie ciałem, to przynajmniej duchem.
Jedna z nich napisała nawet książkę na temat swojego pobytu w Stanach. Właścicielka mieszkania stała się
przyczyną nie lada zamieszania, za sprawą samochodu, który kiedyś kupiła. Stary Volkswagen kosztował ją niecałe
50 dolarów. W dalszym ciągu jeździł, tylko miał problem ze wspomaganiem kierownicy. Chłopak to wszystko ładnie
opisał i w nagrodę dostał „szlaban” na odwiedzanie Ameryki.
Od czasu do czasu mięliśmy też gości. Przez jakiś czas mieszkała z nami młoda para. Oboje pracowali dla jakiejś
firmy zajmującej się sprzedażą zabawek, czy czymś w tym rodzaju. Przypominało to raczej strukturę firmy Amway.
Ona całkiem sympatyczna, on za to miał wysokie mniemanie o sobie. Kategorycznie twierdził, że powinien zarabiać
40 tys. dolarów rocznie i jeździć BMW. Ku naszemu zaskoczeniu, któregoś dnia zdecydowali się wyjechać do
Urugwaju, celem rozkręcenia interesu. Będąc już na lotnisku, mieliśmy pewne mieszane uczucia związane z
widokiem biznesmenów wracających do swych rodzinnych stron. Z tego, co wiem, Ameryki Południowej nie podbili.
Oboje mieszkają już dawno w Polsce.
Jest coś niesamowitego w tym, że zupełnie obcy ludzie potrafią stworzyć sobie zastępczą rodzinę. Kiedy
nadchodzą  Święta, ludzie chcą spędzać te chwile wspólnie. Dzielić się opłatkiem czy cieszyć się kolejnym
kawałkiem indyka. Od czasu do czasu zjawiała się u nas na weekendy Pani w średnim wieku. Nosiła niewielki
plecaczek i była pełna energii. Niezwykle sympatyczna, mieliśmy wspólne tematy ze względu na to, że ukończyła tą
samą uczelnię, tylko dawno temu. Teraz pracowała gdzieś na domku opiekując się starszą osobą. Odwiedzała nas
regularnie w okresie Świąt Bożego Narodzenia lub Dziękczynienia. Kiedy myślę o niej, zawsze przychodzi mi do
głowy jedna rzecz związana z wymową pewnych słówek. Z trudem musiałem utrzymywać kamienną twarz, kiedy
bardzo poważnym głosem mówiła, że dzisiaj będziemy obchodzić “Seksgiving”.

19.
Minął rok mojej pracy, czas podsumowań i refleksji. Co dalej ósma klaso? Byłem zadowolony, że pracuję, ale nie za
bardzo zadowolony z zarobków. Szef dawał nam podwyżkę, co kwartał, 25 centów na godzinę. Wkurzało nas
jednak, że kiedy razem z nami gdzieś wyjeżdżał,  to więcej wydawał na jedzenie dla siebie i swojego psa.  Zmiana
pracy w czasie sezonu nie wchodziła w grę. Kiedy pracuje się sześć dni w tygodniu i ma się jeden dzień wolny, w
czasie, którego trzeba zrobić pranie i zakupy, to nie za bardzo jest czas na szukanie innego zajęcia. Musiałbym
zrezygnować z jednej pracy, aby znaleźć drugą. Oszczędzanie też nie wychodziło mi najlepiej. Człowiek nie jest w
stanie wyżyć samym ryżem. Podobno najwięcej oszczędza się w pierwszym roku pobytu, później ubywa motywacji i
jest zbyt dużo pokus.
Polak, który ze mną pracował, człowiek już po czterdziestce, przyjechał do Stanów, aby zarobić trochę pieniędzy.
Zamieszkał ze swoją mamą. Za mieszkanie nie płacił. Od czasu do czasu wysyłał jakieś pieniądze do domu. Żona
wdrażała projekty w kraju. Najpierw była łazienka, potem kuchnia, potem inne kafelki. Nie wiem, jak długo siedział w
Stanach. Codziennie żywił się tym samym, jajkami. Radziłem mu, aby dał sobie już z nimi spokój. Kilka razy
próbował udzielać mi rad o życiu. Umówiliśmy się na kolejną rozmowę, kiedy już się usamodzielni.
Jak długo mógłbym jeszcze wytrzymać pracując w ogrodnictwie? Może rok. Może odłożyłbym jeszcze kilka tysięcy i
wrócił do kraju. Nie widziałem siebie w roli pracownika fizycznego w wieku 60 lat. To nie dla mnie, ja się po prostu
nie nadaję. Lepiej wrócić do kraju i dokończyć studia. Trzeba jednak coś mieć z tego pobytu w Stanach. Najwyższy
czas podszlifować język.


20.

Ten odcinek znajdziesz w książce