Archiwum
21.
Kolejny rok i znowu powrót do tej samej pracy. Do wszystkiego można się przyzwyczaić. Są zajęcia, które wymagają
pełnej koncentracji, ale są też i takie, które nie wymagają żadnego myślenia. Wystarczy chwycić kosiarkę, „wyłączyć”
mózg i chodzić, chodzić, chodzić …..
Któregoś dnia mojemu szefowi zebrało się na poważną rozmowę. “Ty jesteś za bardzo niecierpliwy, wszystko chcesz
mieć od razu. Popatrz, ludzie to świnie, ty jesteś imigrant i każdy będzie chciał to wykorzystać. Ja jestem inny”. Kiedy
jakimś cudem dowiedział się, że złożyłem podanie na studia, narzekał:, „Co on sobie wyobraża, chce się uczyć, a kto
będzie za niego robił kosiarką?”.
Zwiększone tempo życia też robi swoje. Kiedyś, na samym początku pobytu, siedziałem pod ścianą na stacji
kolejowej Grand Central. Setki ludzi poruszają się w zawrotnym tempie. Nie chodzą, ale pędzą we wszystkie strony.
Moja znajoma wywróżyła: „Też będziesz tak biegał”. Miała rację.
Muzyka, której słuchałem w Polsce, nie cieszy, raczej drażni. Jakoś nie pasuje do tego, co tu przeżywam. Na
szczęście początek lat 90-tych to okres rozwoju grunge. Muzyka ostra, o brzmieniu idealnie pasuje do tego miasta.
Pierwszy album Green Day jest jednym z moich ulubionych, ich teksty są genialne.
Poznaję nocne życie Nowego Jorku. Na 6 Avenue i 19 Ulicy mieścił się jeden z najlepszych klubów “Limelight”. Stary
kościół został przerobiony na dyskotekę. Wystrój wnętrza surowy, metalowe klatki z dziewczynami. Tańce odbywają
się nie tylko w głównym hollu, ale także w mniejszych pomieszczeniach. Można by powiedzieć, na plebani. Kilka lat
później, policja odkryła, że sprzedawano tam narkotyki i lokal zamknięto. Klub “Tunnel” znajduje się na zachodniej
stronie, w dzielnicy Chelsea. Zupełnie inny wystrój i inna muzyka. Stare pomieszczenia fabryczne zostały
zaadaptowane do rozrywki. Jak zwykle jest kilka sal z różną muzyką. Miejsce przyciąga ludzi różnych orientacji i
prawdziwych dziwaków. Widzę chłopaka, który nosi drewniaki wysokie na pół metra. Porusza się powoli, bojąc się, że
straci równowagę. W samym klubie pełno transwestytów. W toalecie mieści się barek i masa ludzi zaciekle dyskutuje.
Jest jedno pomieszczenie wypełnione po kolana kolorowymi plastikowymi piłeczkami. Pokój jest pusty, wskakuję i to
był mój błąd. Nagle, nie wiadomo skąd, spada na mnie grad piłek. Próbuję uchronić twarz i wydostać się na zewnątrz.
Któraś trafiła mnie w ucho, ogłuchłem na pół godziny.

22.
Gdzieś w połowie roku, znajomi ze studiów postanowili wrócić do kraju. Był to początek wzmożonych powrotów do
Polski. Z kraju napływały pomyślne wieści, a oni mieli już dość życia na obczyźnie. Oboje przebywali w Ameryce
trochę ponad trzy lata. Ona pracowała jako opiekunka do dzieci u bogatego małżeństwa na Upper West Side przy
Riverside Drive. On zajmował się robieniem witraży. Oczywiście, kiedy przyjechał do Stanów, nie miał żadnego
pojęcia o tym zawodzie. Jego angielski był na całkiem dobrym poziomie, ona zaś dopiero tutaj zaczęła się uczyć tego
języka. Po dwóch latach była wstanie czytać książki w języku Szekspira. Nie wszystko układało się tak, jak sobie
planowali. Amerykanin, u którego pracował, zalegał z zapłatami. W pewnym momencie dług urósł do kilku tysięcy
dolarów. Jedynym rozwiązaniem była zmiana pracy. Przez ostatnie kilka miesięcy pracował na azbestach.  Ona miała
już dość zajmowania się cudzymi dziećmi. Oboje planowali poszerzenie rodziny, nie widzieli jednak możliwości
wychowania potomstwa w Stanach. Powrót do kraju wydawał się najlepszym rozwiązaniem. Spędziliśmy wspólnie
wiele fajnych chwil. Właściwie prawie każdą niedzielę przebywałem u nich. Kilka razy wybraliśmy się na wycieczkę do
Bostonu, Newport i Waszyngtonu. Musiałem przyzwyczaić się do braku ich obecności. Życie płata figle. Kilka lat
temu, mój kumpel otrzymał ponownie wizę do Stanów. Jakby tego było mało, wygrał także zieloną kartę. Na kilka
miesięcy zjawił się w Nowym Jorku celem zarobienia  pieniędzy. Na święta wyjechał do Kanady odwiedzić swoich
znajomych. Nie został jednak wpuszczony ponownie do Stanów. Urzędnik na granicy po wysłuchaniu jego historii, z
uśmiechem stwierdził: “Zapraszamy ponownie, tym razem z zieloną kartą”. Dwa lata temu, oboje, tym razem z dwójką
dzieci, osiedlili się na Ridgewood. On ponownie pracuje przy witrażach, ona zajmuje się swoimi dziećmi i dorabia w
agencji wynajmującej nieruchomości.

23.
Rok 1994 to Mistrzostwa Świata w piłce nożnej. Mecze odbywają się tuż za miedzą, w New Jersey, na stadionie
Giants. Byłem tak zajęty pracą, że obejrzałem w telewizji tylko dwa mecze: 4 Lipca, w dniu święta narodowego, Stany
Zjednoczone - Brazylia oraz finał pomiędzy Brazylią i Włochami. Ten pierwszy, pobił rekordy oglądalności.  
Pozostałych transmisji nie widziałem.  Słuchanie relacji w radiu nie miało sensu, hiszpańskiego nie znam, a pracująca
kosiarka zagłuszy każdy dźwięk. Nie mogę jednak odżałować, że nie widziałem chociaż jednego meczu na żywo. Już
chyba nigdy nie będę tak blisko takiej wielkiej imprezy. Od czasu do czasu kupuję tygodnik Piłka Nożna.
Przypadkowo dowiaduję się, że nasi piłkarze zdobyli srebrny medal na igrzyskach w Barcelonie. Mistrzostwa Świata
1998. Finał Brazylia - Francja oglądam tym razem na pikniku w gronie kilkudziesięciu osób. Jestem jedyną osobą,
która kibicuje Francji. Przez całe mistrzostwa spieram się ze znajomym z Karaibów, na temat, kto zdobędzie złotą
Nike. Dla niego Brazylia to ucieleśnienie zwycięstwa nad białym człowiekiem. Mina mu trochę rzednie, kiedy informuję
go, że zespól, który przegrywa w turnieju choćby jeden mecz, ma niewielkie szanse na końcowe zwycięstwo. Brazylia
ma już jedną porażkę na koncie. Będąc na Campie, miałem możliwość pogrania w piłkę. Rozegraliśmy nawet miecz:
Anglia – Reszta Świata. Nasi przeciwnicy grali fatalnie. Trochę więcej spodziewałem się po ich umiejętnościach.
Tylko jeden z nich miał jako takie pojecie o grze. Na co dzień trenował w juniorach zespołu z Southampton. Udało mi
się nawet strzelić gola. Zyskałem ich szacunek, sympatię i przydomek “Fuckin Polish”.

24.

Ten odcinek znajdziesz w książce

25.
Rozpocząłem naukę i już w pierwszym dniu musiałem wysupłać moje oszczędności. Według stawki, miałem zapłacić
około 800$ za semestr. Suma niezbyt duża, ale uzbieranie takich pieniędzy zajmuje czasami kilka tygodni. Znałem
chłopaka, który pracował intensywnie przez dwa lata z zamiarem zaoszczędzenia na czesne. Później chciał tylko i
wyłącznie poświęcić się nauce. Dla mnie taka opcja była nie do zaakceptowania. Po pierwsze, ja już zostałem
przyjęty na uczelnię, a po drugie, znalezienie pracy, która zabezpieczyłaby mnie finansowo na kilka lat, wydawało mi
się utopią. Nie wymagano ode mnie całej należności. Mogłem płacić w ratach. Pierwsza wynosiła 50%, dwie następne
w wysokości 25% rozłożono na 2 miesiące. Całe szczęście, że miałem kartę kredytową. Mogłem wybierać pieniądze z
konta i spłacać dług, kiedy to było możliwe. Później kilkukrotnie korzystałem z usług firmy, która nazywa się AMS.
Gwarantowali moje czesne, a ja, co miesiąc wysyłałem im czek na kilkaset dolarów. W ciągu kilku lat nauki na
LaGuardii opłaty wzrastały wielokrotnie. Kiedy opuszczałem uczelnię, czesne wynosiło ponad 1300$ za semestr.
Potrzebowałem pracy. Musiałem się jakoś utrzymać. Naukę rozpocząłem w semestrze jesiennym. Mój szef zgodził się,
abym pracował w soboty. Do końca roku nie musiałem się martwic, jak zarobić na jedzenie. Sezon się jednak
skończył i to był koniec mojej przygody w ogrodnictwie. Nie odnowiono też “kontraktów” z pozostałymi Polakami. Mieli
już nas chyba serdecznie dość, być może wyczerpaliśmy ich możliwości finansowe. Postanowili zatrudnić nowa ekipę
i płacić im minimalną stawkę. Zawsze powtarzałem, że polscy pracownicy to była ich najlepsza inwestycja.
Zacząłem pracować w firmie wytwarzającej witraże na bardzo odpowiedzialnej pozycji “przynieś, podaj pozamiataj”.
Praca czasami była, a czasami mogłem sobie swobodnie podłubać w nosie czekając na telefon od szefa. Trochę
zdesperowany i pełen obaw, skierowałem swoje kroki do biura pośrednictwa pracy, które znajdowało się na mojej
uczelni. Przyjął mnie sympatyczny młody człowiek.
- Czy masz jakieś doświadczenie?
- Mam, pracowałem ostatnio w ogrodnictwie.
- Coś jeszcze?
- Pomagałem kiedyś dziadkowi na podwórku, w wakacje pracowałem na kurzej fermie w Austrii.
Przestał patrzeć w swoje notatki, z zainteresowaniem podniósł głowę.
- Kurzej fermie?
- Tak, macałem kury, oglądałem jajka, tego typu rzeczy.
Uśmiechnął  się.
- Hm, ciekawe.

26.
Wyciągnął dwie oferty. Pierwsza dla firmy przesyłkowej UPS, polegała na ładowaniu paczek do ciężarówek. Druga też
miała związek z przesyłkami, tylko należało je roznosić po mieście. W obu przypadkach stawka godzinowa była taka
sama, 7$ na godzinę. Dla mnie kalkulacja była prosta. Zarobek ten sam, a w ciągu godziny można załadować ze dwa
wozy dostawcze. Wybrałem firmę kurierską. Znajdowała się w budynku położonym pomiędzy 6 Avenue i Times
Square, tuż obok hotelu Millenium. Niewielki pokój wypełniony ludźmi znajdował się w garażu i wchodziło się do niego
prosto z ulicy, czasami trzeba było tylko ominąć zaparkowane samochody. Z kartką w ręku odszukałem osobę, z
którą miałem się skontaktować. On, po krótkiej rozmowie z dyspozytorem rzucił: “Chodź, idziemy na trening”. Później
poznałem jego historię. Pochodził z Wybrzeża Kości Słoniowej. Wiek dobrze po pięćdziesiątce. Ojciec dzieciom,
głowa rodziny, zostawił resztę ciała na Czarnym Lądzie. Miał na utrzymaniu nie tylko swoje dziatki, ale dosłownie całą
wioskę. W Stanach ubiegał się o legalizację pobytu poprzez azyl polityczny. Prawdziwy człowiek - instytucja.
Najstarszy, najszybszy i najwięcej zarabiał z nas wszystkich. Kilka lat temu odszedł z firmy. Znalazł zajęcie w liniach
lotniczych dostarczając ludziom zagubione walizki. Kiedy ostatnio z nim rozmawiałem, mieszkał już w New Jersey i był
właścicielem kilku domów.
Trening trwał kilka minut. Wjechaliśmy, do jakiegoś budynku przy 7 Avenue, odebraliśmy przesyłkę i dostarczyliśmy
dwie ulice dalej. “Teraz już wiesz, co masz robić, bujaj się”, aha “I nie zapomnij zadzwonić do dyspozytora”.
Podniosłem słuchawkę automatu. Bałem się, że mogę mieć problemy ze zrozumieniem, co będzie do mnie mówił.
Wykręciłem numer i wytężyłem wszystkie moce umysłowe. “Podajmy numery totolotka …” Głos po drugiej stronie
słuchawki powtórzył informację i upewnił się “Zapisałeś?”. Dostałem jedną przesyłkę i dostarczyłem ją pod wskazany
adres. Potem dostałem następne dwie, z tym, że rozrzut pomiędzy nimi był znacznie większy. Przeszedłem na
wschodnią część miasta. Coś za długo to trwało. Minęło ponad pół godziny, a ja wciąż miałem w ręku jeszcze jedną
kopertę. Odległości pomiędzy budynkami wydają się nagle zbyt duże. Jak tak dalej pójdzie to 7 dolarów na godzinę
będę znał tylko z ogłoszenia. Trzeba coś zmienić. Zszedłem do metra, kupiłem kilka żetonów na przejazd. W ciągu
pięciu minut dotarłem pod wskazany adres i pozbyłem się przesyłki. Następnego dnia postanowiłem korzystać
głownie z metra. Pod koniec dnia, kiedy odmeldowywałem się z pracy usłyszałem od dyspozytora: “Dobry jesteś,
będziesz dostawał więcej zleceń”.

27.
Za wcześnie sobie pogratulowałem. Los przypomniał mi, że jest coś takiego, jak prawo Murphiego. Dostałem zlecenie
odebrania przesyłki w okolicach 28 Ulicy i 7 Avenue i dostarczenie jej do naszego biura. Biegiem dotarłem pod
wskazany adres. Odebrałem kopertę, a ponieważ była dosyć duża, umieściłem ją w firmowej plastikowej siatce
sklepu GAP. Usiadłem spokojnie na ławce, w oczekiwaniu na metro wyciągnąłem mapę miasta i zacząłem studiować
rozkład sieci. Nadjechał pociąg i wsiadłem do wagonu. Usiadłem i w dalszym ciągu przeglądałem mapę. Wysiadłem
na 42 ulicy, schowałem mapę, ale chwileczkę, gdzie jest ta cholerna siatka? Wpadłem w panikę. Pewnie została w
wagonie. Złapałem najbliższy ekspresowy pociąg, który porusza się po tej samej linii, tylko omija kilka stacji.
Dopadłem mój pociąg na 72 Ulicy. Dalej akcja przebiegała jak w filmie. Wpadłem do pierwszego wagonu i jak Bruce
Willis w Die Hard 3 (Szklana pułapka) przeszukiwałem metodycznie wagon po wagonie, budząc powszechne
zdziwienie oraz pewne objawy strachu. Po siatce ani śladu. Wróciłem następnym pociągiem na 28 ulicę, ale i tam nie
znalazłem mojej zguby. Z bijącym sercem zadzwoniłem do dyspozytora. “Skradziono mi przesyłkę’. Głos po drugiej
stronie spokojnie wysłuchał mojej relacji i powiedział: “ Możesz iść do domu”. Nie, nie zwolniono mnie. Dano mi
szansę i kilka razy udowodniłem, że potrafię bardzo szybko przemieszczać się po mieście. Dostałem zlecenie
dostarczenia wypłat dla pracowników budowlanych. Pracowali w jakimś budynku na Park Avenue na wysokości 85
Ulicy. Przesyłkę dostałem u nas w biurze, które znajdowało się na 6 Avenue, czterdzieści przecznic niżej. Na
dostarczenie przesyłki miałem około 10 minut. Normalnie przejście 10 przecznic zajmuje około 10 minut. Ci, którzy
maja wprawę manewrowania w tłumie, mogą to zrobić w około 7. Musiałem podjąć szybkie decyzje. Złapałem
ekspresowy pociąg z 6 Avenue i dotarłem do 63 Ulicy i Lexington na Wschodniej stronie. Zostało 4 minuty i 20
przecznic. Nie dam rady tam dojść. Pobiegłem szybko na Park Avenue i złapałem taksówkę. “Noga do gazu” lub
inaczej “Step on it”. Kilka minut później byłem już na miejscu. Kiedy zadzwoniłem do dyspozytora, nie mógł uwierzyć,
że się tak szybko uwinąłem. Później wielokrotnie pytał się mnie, gdzie “zaparkowałem swój helikopter”.
W firmie kurierskiej spędziłem w sumie sześć lat. Dla mnie praca była idealna, bo mogłem się uczyć i pracować, kiedy
miałem na to ochotę. Na zajęcia uczęszczałem od ósmej rano do trzynastej. Potem biegiem na Manhattan i
roznoszenie przesyłek. Pracę kończyłem o 19tej. Do domu wracałem po 20tej, a czasami nawet później. Potem
kolacja i do nauki. Pracowałem też w soboty u Amerykanina od witraży. W niedzielę nadrabiałem zaległości z nauki.
Gdybym miał dzisiaj przerobić ten sam scenariusz, to nie wiem czy dałbym radę. W pracy bywało rożnie.
Były okresy, kiedy wyrabiałem 10–15 przesyłek w kilka godzin i wtedy zarabiałem ponad 200$ na tydzień, ale były i
też takie dni, kiedy robiłem 4 prace w ciągu całego dnia i po tygodniu latania miałem mniej niż 90$ na rękę.
Dokładnie tyle, żeby wystarczyło na jedzenie.

28.

Ten odcinek znajdziesz w książce.

29.
Od kiedy pamiętam, zawsze istniał pewien podział na my imigranci, i oni Amerykanie. Miałem już okazję poznać dosyć
reprezentatywną grupę. W początkowym okresie spędziłem trochę czasu z rodziną Meksykanów w Houston.
Wprawdzie rodzice mówili głównie po hiszpańsku, dzieci jednak urodziły się i wychowały już tutaj.
Mój szef od zieleni był pełną gębą Amerykaninem włoskiego pochodzenia. Sam uważał siebie za stworzonego do
większych i lepszych rzeczy. Kiedyś podobno wykładał na jakimś Collegu. Wściekał się na matkę, że chce głosować
na Clintona. W ogóle, kiedy rozmowa schodziła na tematy polityczne, niesamowicie się podniecał i w czasie jazdy
robiło się niebezpiecznie. Na widok policji wyciągał dłoń z dwoma wyprostowanymi palcami wskazującym oraz
najmniejszym i klął na cale gardło po włosku.
Właściciel domu, w którym obecnie mieszkałem, też był Amerykaninem tylko, że Chorwackiego pochodzenia.
Sympatyczny, młody człowiek, który wszelkie prace remontowe wykonywał samodzielnie. Rozmontował nam łazienkę
na miesiąc. W połowie lat 90tych pojechał, jako wolontariusz, do kraju swoich rodziców wspierać młodą demokrację.
Fryzjer, do którego uczęszczałem, też był Amerykaninem. Włoch z pochodzenia, miłośnik futbolu, miał w swoim
zakładziku podłączoną telewizję satelitarną. Zapatrzyłem się pewnego razu w ekran i ten mistrz grzebienia nie tylko
mnie ostrzygł, ale także znienacka wsadził nożyczki do nosa. Co jest?
Cukiernia za rogiem była prowadzona przez grupę starszych Niemek. Zawsze, kiedy tam wchodziłem, witałem się jak
należy: “Guten Morgen”. Robiły pyszne ciasta. Niemka była też sekretarką w agencji, gdzie rozliczałem się z
podatków. Miała fenomenalną pamięć. Po kilku latach była wstanie powiedzieć, kim jestem, jak się nazywam i gdzie
pracuję. Jej szef, Włoch, jednym palcem, powoli wpisywał moje dane do przedpotopowego komputera.
Strażnik w budynku, w którym pracowałem, miał polskie korzenie. Przyznawał się do swego pochodzenia. Nie potrafił
już mówić po polsku, znał tylko kilka słów, których nauczyła go babcia. Z upodobaniem powtarzał jedno z nich,
“piniendze”. Wreszcie mój bardzo dobry kumpel. Urodził się już tutaj. Jego ojciec pochodził z dawnej Jugosławii, a
mama z Grecji. Z dumą mówił: “my Europejczycy”. Zawsze miał słabość do Polek. Oszukany przez jedną, poznał
wreszcie miłość swego życia. Od kilku lat już żonaty i dzieciaty, dosyć dobrze posługuje się naszym językiem.

30.
Przez kilka lat pracy jako kurier, nauczyłem się dwóch rzeczy. W porze szczytu nigdy nie należy wsiadać do prawie
pustego wagonu metra oraz, że nie mam szans na wygranie wyścigu o siedzące miejsce w starciu ze starszą Chinką.
Nie wiem, jak one to robią, ale zawsze dostają takiego przyspieszenia, że kiedy stawiam pierwszy krok, one już
okupują miejsce. Pusty wagon to sygnał, że w środku siedzi ktoś, kto nie widział mydła od kilku miesięcy. Smród jest
porównywalny do odoru, który wydobywa się z klatki ze lwami w lokalnym zoo. O dziwo, znajdą się też tacy
kamikadze, którym ten zapach nie przeszkadza.
Kiedy byłem kilka lat temu w Amsterdamie, miałem możliwość skorzystania z publicznej toalety. Spodobała mi się
pewna intymność tego miejsca, z drugiej strony zamkniecie w niewielkiej przestrzeni wywoływało pewną
klaustrofobię.  Toalety publiczne w Stanach są naprawdę publiczne. Następuje swobodna wymiana dźwięków i
spostrzeżeń. Od czasu do czasu można usłyszeć głos po drugiej stronie: “Kurde człowieku, coś ty zjadł?”. Kiedy już
się zejdzie z tronu, należy być przygotowanym na uśmieszki, wyciągnięte szyje i wodzenie wzrokiem z pewnym
zainteresowaniem. “A, to ty, wydajesz z siebie takie dźwięki”. Na pięć osób, które korzystają z toalety, co najmniej
dwie z nich nie myją rak. Nie ma znaczenia, jak są ubrani i czym się zajmują. W hotelu Millenium, człowiek w
garniturze wypada do hallu. Dalej widzę go z wyciągniętym ramieniem w stronę znajomego. Mam zamiar krzyknąć
“Ostrożnie z tą ręką!”. Za, późno. W ciągu kilku lat pracy stworzyłem własną mapę toalet publicznych. Zadanie o tyle
trudne, że coś takiego z niewielkimi wyjątkami, właściwie nie istnieje. Zawsze można skorzystać z McDonaldsa, ale co
zrobić, kiedy rozwolnienie złapie nas nagle na środku Park Avenue? W moim ulubionym serialu, „Seinfeld”, jeden z
bohaterów mówi: “Podaj mi adres, a powiem ci gdzie jest toaleta”, potem dodaje: “Udasz się pod wskazany adres,
wjedziesz na któreś piętro, pójdziesz do takiego biura, powołasz się na mnie i Pani Basia da ci klucze”. W
momentach desperacji można zawsze udać się do hotelu. Waldorf Astoria, Plaza Hotel, nie ma znaczenia. W tym
ostatnim, jak i w restauracji Tavern On the Green, pracują specyficzni “dziadkowie” klozetowi. Ubrani w garnitur, pod
krawatem lub muchą. Obserwują swego klienta. W chwilach zwątpienia służą radą, “Może pomóc?”. Jestem na
Forest Hills, Queens. Udaję się do restauracji Wendy’s. Jest tam niewielka toaleta z jednym stanowiskiem pracy.
Wchodzę do środka. W tym samym momencie widzę, że spod pół - drzwi wylatuje i rozwija się rolka papieru
toaletowego. Toczy się powoli po podłodze. Nagle, otwierają się z hukiem niewielkie drzwi i jakaś osoba z gołym
tyłkiem i spodniami na wysokości kostek, kicając próbuje złapać oddalającą się zgubę. Przestał się poruszać,
spojrzał na mnie i na krótką chwilę nasz wzrok się skrzyżował. “Jak leci?”