Archiwum
Wszelkie prawa zastrzezone. Publikowanie bez wiedzy i zgody autora zabronie.
31.
Multum ludzi przewinęło się przez firmę, w której pracowałem. Jedni przychodzili, inni odchodzili. Tylko nieliczne
jednostki zostawały na dłużej. Ja byłem jednym z nich. Przez dłuższy okres czasu, byłem też jedyną białą osobą w
tym towarzystwie. Większość ludzi mieszkała w biedniejszych częściach miasta. Głównie na Bronksie lub Harlemie.
Tylko nieliczni mieszkali na Brooklynie. Szefem interesu był biały Amerykanin i jego żona. Lepszy cwaniak.
Opodatkował nas wszystkich na okoliczność utraconego kontraktu. Potrącał każdemu po 1-2 $ z wypłaty. Większość
pracowników nigdy nie pytała, dlaczego. Niektórzy buntowali się z różnych powodów i odgrażali się, że skierują
skargę do wydziału pracy. Nikt jednak nie zdecydował się tego zrobić. Od czasu do czasu, spotykam na mieście
jeszcze jedną osobę, która w dalszym ciągu pracuje w tej firmie. Biały Amerykanin, były student Hunter College.
Utknął chyba na dobre. Niezwykle nerwowa osoba. Nie patrzył na światła, tylko wchodził od razu na ulicę. Przeciskał
się pomiędzy samochodami, krzycząc na taksówkarzy: “I am walking here”. Większość z nas przemieszczała się po
mieście na piechotę lub metrem. Kilka osób używało jednak rowerów. Było to o tyle niebezpieczne, że kierowcy
traktowali ich, jako zło konieczne. Dwie osoby miały wypadek, jedna z nich wylądowała pod miejskim autobusem.
Ponieważ jeżdżenie na rowerze wymagało niezłej kondycji, jeden z Latynosów zaczął szprycować się sterydami. Kupił
sobie w sklepie GNC kreatynę. To świństwo było zakazane w Europie, a tutaj można je dostać prawie na każdym
rogu. Spotkałem go niedawno. Poznałem tylko glos. Schudł, wyłysiał i przestał jeździć na rowerze. Co jakiś czas
zjawiały się w naszej firmie prawdziwe perełki. Osoby jedyne w swoim rodzaju. Ponad 60-cio letnia babcia, która
pracowała już w niejednym miejscu. Nie dawała sobie w kaszę dmuchać i nie przyjmowała żadnych wskazówek od
dyspozytora. Nastolatek, który w pewnym momencie przestał myć włosy i zaczął zaplatać tłuste warkoczyki. Inny,
drobny oszust, miał zgłosić się do wiezienia. Były też osoby, które miały odsiadkę już za sobą. Jeden z sezonowych
pracowników przychodził do pracy w garniturze i lakierkach. Czyścił swoje buty używając do tego celu kawy. Moczył
chustkę w kubku i rozprowadzał płyn po całej powierzchni buta.  Kiedy prosił o zlecenie, rozbrajał nas stwierdzeniem:
„Mnie wszyscy znają, każdy mnie podrzuci”.

32.
Na samym początku mojego pobytu, zrobiłem sobie pieszą wycieczkę po Manhattanie. W przewodniku wyczytałem,
że warto przejść się wzdłuż Broadway’u. Pomyślałem, dlaczego nie, i rozpocząłem od samego dołu wyspy, miejsca
zwanego Bowling Green. Nazwa wzięła się stąd, że grywano tam kiedyś w kręgle i inne klocki. Swoją wędrówkę
zakończyłem na 72 ulicy przy Dakota House, znanego z filmy “Dziecko Rosemary” oraz tego, że został tam
zamordowany John Lennon. Kiedy później mówiłem moim kumplom kurierom, o dystansie, który pokonałem, patrzyli
na mnie jak na wariata. Na pewno robiło wrażenie. Normalnie, w pracy przechodziłem znacznie mniejsze odległości, z
reguły krążąc pomiędzy zachodnią i wschodnią strona miasta. Od 6 Avenue do Lexington Avenue. Kiedy
dostawałem przesyłki na dolny Manhattan, brałem metro. Zdarzyło się jednak kilka razy, że nie mogłem tego zrobić,
gdyż dyspozytor, co kilkanaście minut dorzucał nowe zlecenie. Musiałem się ich pozbywać, co 10 przecznic. W ten
sposób doszedłem prawie do World Trade Center. Przejście do tego punktu, zaczynając od 59 Ulicy, zajęło mi
prawie 3 godziny. Na początku, chodząc pomiędzy budynkami, miałem problem z rozpoznaniem kierunków. Nie
wiedziałem, czy idę na wschód czy zachód. Musiałem przejść kilka przecznic, aby zorientować się, czy numery ulic
rosną czy maleją. Po prostu brakowało punktu odniesienia, wszystkie budynki wyglądały jednakowo. Po kilku
miesiącach, nie potrzebowałem już mapy miasta, ani metra. Znalem na pamięć stacje, połączenia, jak i numery
domów. Patrząc na adres, byłem wstanie stwierdzić, gdzie dany budynek powinien się znajdować. W wielu miejscach
byłem wiele razy. W niektórych kilkakrotnie w ciągu tego samego dnia. W dwóch wieżach World Trade Center, kiedy
jeszcze istniały, dobrze ponad sto razy na rożnych piętrach. W Dakota House, tylko raz i to tylko w piwnicach.
Pozwolono mi wtedy skorzystać z wejścia dla personelu. Podobnie, tylko raz, trafiłem do Banku Rezerw Federalnych
na dolnym Manhattanie. Budynek ten jest bardziej znany z filmu Die Hard 3 (Szklana pułapka), w którym terrorysta
Simon wraz z ekipą opróżnia zawartość sejfów. Ja nie musiałem się włamywać, po oddaniu przesyłki do rak
własnych, nie mogłem się jednak wydostać na świeże powietrze. Zacząłem krążyć po budynku w różnych kierunkach
i kiedy wreszcie znalazłem wyjście przez garaż, zostałem zatrzymany przez strażników i szczegółowo przepytany z
życiorysu... Co, gdzie, kiedy?

33.
Będąc jeszcze na Campie, nasz słowacki kolega, rowerzysta, wybrał się na zwiedzanie Nowego Jorku. Amator
mocnych wrażeń, o stalowych nerwach, z dużą dozą fantazji, postanowił spędzić noc na ławeczce w Central Parku.
Zapomniałem zapytać go, czy spał gdzieś na obrzeżach, czy też znalazł zaciszne miejsce, z dala od ciekawskich,
wśród konarów drzew.
Są miejsca, w których o pewnych porach, dla własnego bezpieczeństwa, przebywać nie należy. Na pewno można do
nich zaliczyć Południowy Bronks. Harlem jest bezpieczny w ciągu dnia, choć turyści wolą go zwiedzać z okien
autobusu. Będąc jednak w jego wschodniej części, tak zwanym El Bario, miałbym już jednak oczy “na słupkach”.
Zdarzyło mi się tam kiedyś wejść w sam środek młodzieżowego gangu. Trochę za późno zorientowałem się, z kim
mam do czynienia. Nie miałem wyjścia, przecież nie odwrócę się na pięcie i nie zacznę uciekać. Na szczęście
wszyscy już przeszli rytuał inicjacji i nie musieli mnie zaczepiać. Wraz ze zdobytym doświadczeniem wyrobiłem sobie
pewien mechanizm maskujaco-obronny. Za każdym razem, kiedy byłem wysyłany w tamte rejony, lub do tak
zwanych Projects, które można nazwać Blokowiskami, trzymałem w rękach dużą kopertę tak, aby była dobrze dla
wszystkich widoczna. Były już przypadki, że niektórzy mieszkańcy tych domów ćwiczyli strzelanie do ruchomych
celów. Ja, nie miałem zamiaru być kolejnym numerem w statystykach. Kiedy pracowałem w firmie ogrodniczej,
mieliśmy do obrobienia kompleks domów seniora w dzielnicy St Albans na Queensie. W dawnych czasach
zamieszkiwali ją głównie biali mieszkańcy, teraz widzi się ich tylko w przejeżdżających samochodach.
Od czasu do czasu, krążyliśmy wolno po wąskich uliczkach naszym Vanem. W pewnym momencie nasze zachowanie
wydało się podejrzane grupie “Boyz in the Hood”. Wyciskali sztangi na trawniku przed niewielkim domkiem. Jak na
komendę spięli mięśnie i wytężyli się do skoku. Dobrze, że kumpel przyśpieszył w odpowiednim momencie, bo mogło
dojść do prawdziwie hollywoodzkiej sceny. Kilka miesięcy później natknęliśmy się w tej samej dzielnicy na podobna
grupę zgromadzoną wokół czegoś, co przypominało koksownik. Jeden z nich wyraźnym gestem dłoni skierował dwa
palce w moją skroń. Oddzielała nas tylko szyba samochodu, kilka sekund, skrzyżowanie wzroku, piff paff i już mnie
nie ma. Pomagałem kiedyś przy witrażach w starym opuszczonym kościele w dzielnicy Bedford Styvesant na
Brooklynie. Przez sam jej środek przechodzi ulica o pięknej nazwie Knickerbocker. Okolica jest jednak fatalna.
Świątynia była zdewastowana, w środku masa starych desek gruz i inne śmiecie. Ostrożnie stawiałem kroki,
starałem się wyczuć podłoże W pewnym momencie poczułem jednak przeszywający ból. Zardzewiały gwoźdź przebił
podeszwę i wbił się w piętę. Świńskim truchtem pobiegłem do pobliskiego sklepiku i kupiłem alkohol do dezynfekcji.
Człowiek, który się tam znajdował, Latynos, zaproponował pomoc. Kilka minut później dźwignął klapę od piwnicy i po
stromych schodkach zaprosił mnie do pomieszczenia, które zajmował wraz z rodzina. Chciałbym w tym miejscu
powiedzieć wielkie „Muchos Gracias” za okazane serce i jodynę, która na moja stopę wylała jego mama. Mój szef w
dowód wdzięczności postanowił zatrudnić go na kilka tygodni. Zapytałem go kiedyś, czy czuje się bezpieczny tam,
gdzie mieszka. Odpowiedział serio: “Nie jest źle, ja mam broń, moja żona ma spluwę, a moja mama strzelbę,
jesteśmy uzbrojeni”.
Dostałem kiedyś zlecenie dostarczenia przesyłki do drukarni, która mieściła się gdzieś w okolicach mostu
Brooklyńskiego. Metrem dojechałem do ostatniej stacji linii „F” na Dolnym  Manhattanie. Wyszedłem na
powierzchnię i próbowałem zorientować się, w którym kierunku powinienem się udać. Zauważyłem jakiegoś
człowieka. “Przepraszam, gdzie jest.....” Nie zdążyłem dokończyć. Odwrócił się i całkiem niespodziewanie zaczął
uciekać.

34.
Dosyć często w mojej historii, używam odniesień do filmów. Robię to z prostej przyczyny. Osoby, które tu mieszkają,
łatwo skojarzą miejsce, o którym wspominam, a ludzie, którzy nigdy w Nowym Jorku nie byli, będą mieli, jako takie
pojecie, o czym mówię. Samo miasto jest szczególne. Stanowi idealne tło dla filmowców. Nie muszą się nawet
wysilać, wystarczy, że ustawią kamerę w odpowiednim miejscu i zaczną kręcić. Od czasu do czasu można się
natknąć na ekipę, która właśnie pracuje nad filmem. Na chodniku stoją wystawione stoliki z jedzeniem, a tuż obok
parkują charakterystyczne wozy, w których przebierają się aktorzy. Oglądając film, próbuję rozpoznać miejsca, które
znam.
Czasem zdarzy się, że reżyser idzie na skróty. W filmie “Man in Black”, Will Smith w pogoni za podejrzanym
zeskakuje z niewielkiego mostu na pokład otwartego dwupoziomowego autobusu. Jest to rodzaj estakady, która
łączy południową i północną część Park Avenue ponad dworcem Grand Central przy 42 ulicy. Kilka sekund później
pościg przenosi się w górne rejony 5tej Avenue i Central Parku, w miejsce gdzie znajduje się charakterystyczny
budynek muzeum Guggenheim’a.
W filmie “The Professional”, Leon Czyściciel wynajmuje kawalerkę w okolicach Park Avenue, powyżej 96 Ulicy.
Właśnie w tamtym miejscu zaczynają się charakterystyczne szyny kolejowe, które łączą wspomnianą stację Grand
Central z północnymi rejonami stanu Nowy Jork. Kiedy udaje się do kwatery policji z zamiarem odbicia dziewczynki,
znajduje się na dolnym Manhattanie, tuż obok Brooklyn Bridge. Budynek, do którego wchodzi w rzeczywistości jest
sądem.  Kwatera główna policji znajduje się trochę z tylu, w nowoczesnym budynku, bliżej samego mostu.
W filmie “Devil’s Advocate” pokazana jest ścieżka dla joggingu. Przecina ona Central Park i oddziela go od dużego
zbiornika wodnego, który znajduje się w górnej części parku. To miejsce jest tak charakterystyczne, że było
wykorzystane w wielu filmach. Używałem jej wielokrotnie, aby przedostać się z jednej strony miasta na drugą.
Tom Hanks i Meg Ryan nakręcili wspólnie dwa filmy, których akcja toczy w Wielkim Jabłku. Znana z filmu “You’ve got
Mail” kawiarnia zlokalizowana jest na Upper West Side, tuż przy Broadwayu, zresztą cały film dzieje się w tamtej
okolicy. W scenie finałowej, spotykają się w Riverside Park. W filmie “Slepless in Seatle”, ostatnia scena ma miejsce
na platformie obserwacyjnej Empire State Building. Wygląda to dosyć przestronnie, w rzeczywistości przestrzeń jest
znacznie mniejsza i trzeba przeciskać się pomiędzy ludźmi. Dodatkowo windy są trochę inaczej usytuowane.
Podobna nieścisłość dotyczy filmu “Die Hard 3” (Szklana pułapka). Na potrzeby filmu, stacja metra Wall Street
została wybudowana w Hollywood. Ta, która istnieje na dolnym Manhattanie jest tak mała, że nie ma możliwości, aby
doszło do spektakularnego wykolejenia pociągu. Istnieje za to stacja Myrtle Ave na Brooklynie, wykorzystana na
początku filmu “Ghost” (Duch), kiedy Demi Moore i Patrick Swayze wracają do swojego mieszkania.
Robin Williams, w filmie “Moskwa nad rzeką Hudson”, mieszkał na Manhattanie w dzielnicy East Village położonej na
wschód od Chinatown. W tamtych okolicach mieścił się też słynny kultowy klub CBGB, w którym pierwsze kroki
stawiały m.in. zespoły Blondie i REM. Trochę niżej, ale po zachodniej stronie, znajduje się część miasta potocznie
zwana TriBeCa. Można to przetłumaczyć, jako „miejsce poniżej ulicy Canal”, która stanowi serce Chinatown. Czasem
nazwę te widać w czołówkach filmów, jako TriBeCa films. Raz do roku odbywa się też festiwal filmowy pod podobnym
tytułem. Miejsce to upodobała sobie także inna znana wytwórnia filmowa, Miramax. Ich siedziba znajduje się jednak
trochę bliżej ulicy Canal. Jednak prawdziwą atrakcję turystyczną tego rejonu stanowi restauracja należąca do aktora
Roberta De Niro

35.
Pracował kiedyś z nami upadły aktor. Swoją karierę, jak prawie każdy, zaczął w Hollywood, a skończył, trochę
wyjątkowo, jako kurier w Nowym Jorku. Przez krotką chwilę napawał się sukcesem. I jak zwykle to bywa, “sex, drugs
& rock’n’roll” przemieniły go w zwykłego zjadacza chleba. Teraz próbował odbudować dawną przeszłość. W przerwie
miedzy kolejnymi przesyłkami siedział w kącie i przygotowywał się do przesłuchań. Po kilku miesiącach odszedł z
naszej firmy. Zagrał dosłownie w jednym filmie wojennym, pt. “Hamburger Hill”. Sprawdziłem, jego zdjęcie z
artystycznym pseudo O’Shea jest widoczne w końcowych napisach.
Od czasu do czasu dostawaliśmy zlecenia od firmy, która prowadziła księgowość artystów. Któregoś dnia w moje
ręce trafiła koperta, dla Macaulay Culkin’a. Gwiazda “Home Alone” mieszkał wtedy z mamą. Przywitała mnie w
drzwiach wraz z całą gromadką młodszych braci i sióstr. Niestety “Kevin’a” nie było w domu. Miał być, przecież nie
tak się umawialiśmy. Osobiście wręczyłem przesyłki zwyciężczyniom Oskarów, Merisie Tomei, za film “My Cousin
Vinny”, oraz Mirze Sorvino, która dostała nagrodę za “Mighty Aphrodite”. Obie aktorki robią bardzo dobre wrażenie
na srebrnym ekranie, na żywo jest już znacznie gorzej. Szczególnie tą ostatnią trudno byłoby rozpoznać w tłumie.
Lista osób, które spotkałem na ulicy obejmuje także: Bridget Fonda, Kathleen Turner, Mathew Broderick, Stinga,
zespół Bon Jovi, Gari Kasparowa, i naszego Andrzeja Gołotę. W hotelu Millenium zatrzymali się kiedyś chłopcy z
Backstreet Boys. Dopiero zaczynali wdzierać się na czołówki list przebojów. Byli jednak na tyle popularni, żeby
wzbudzić zainteresowanie nastolatek. Kilka z nich z dorwało któregoś z nich na ulicy. Przyparły go do muru i
dosłownie zawisły na jego szyi. Kiedy przechodziłem obok nich, zamarli w bezruchu, spojrzeli na mnie. Było w tym
trochę zmieszania całą sytuacją, ale trwało to tylko sekundy. Uśmiechnąłem się porozumiewawczo i poszedłem w
swoja stronę. Chłopaki z NSYNC, których spotkałem w chwili, kiedy zbierali się na koncert w Madison Square
Garden, nie mieli już takich zmartwień. Obstawa dosyć szczelnie odizolowała ich od fanów. Czasem jednak nie
wiadomo, z kim mamy do czynienia w danym momencie. Trzy dziewczyny w jednakowych kurtkach, które spotkałem
zjeżdżając winda w Trump Tower, wydały mi się ładne i sympatyczne. Jedna z nich nawet uśmiechnęła się do mnie.
Dopiero przy kolacji o mało się nie zadławiłem oglądając telewizje. „Trzy supermodelki…Wonder Bra”. Tak to były
one, taka szansa, i nic. Zgodnie z tą samą zasadą, szef jednej z agencji reklamowych był przekonany, że
przyjechałem do Nowego Jorku celem zrobienia kariery aktorskiej. Ściskał moja dłoń tak długo, że zacząłem tracić
czucie w palcach. Nie miałem jednak zamiaru zaprzeczać. Zgadzałem się ze wszystkim, co mówił. Dzisiaj kurier, jutro
gwiazda światowej sławy. Prawie mi się udało. Przez roztargnienie wszedłem na plan filmu w momencie, kiedy
reżyser krzyknął: „Akcja!” Widzę, Wesley Snipes idzie w moim kierunku. Mimowolnie wpatruję się w niego, “Sie ma,
jak leci”. Ten sam głos, tym razem trochę głośniej, znowu krzyczy: “Ty z plecakiem, nie rozglądaj się, idź prosto!”
Film nazywał się “One night stand”. Cały czas czekałem na ten moment, kiedy pojawię się na ekranie. Niestety, moją
scenę wycięli. Tak oto po raz pierwszy i chyba ostatni zagrałem w filmie. Hollywood się na mnie nie poznał.

36.
W przerwach pomiędzy kolejnymi przesyłkami, siedziałem z reguły gdzieś w kącie i przeglądałem swoje notatki.
Sama nauka nie była zbyt trudna. Pięć lat studiów w Polsce wreszcie się opłaciło. Umiejętność sporządzania notatek
jest niezwykle przydatna, kiedy ma się niewiele czasu na naukę. Starałem się jak najwięcej skorzystać z samych
zajęć i zapamiętać tyle, ile można. Na samym początku musiałem zaliczyć zajęcia przygotowawcze, czyli standardowy
ESL (English as Second Language). Nie znam nikogo, kto by się od nich wywinął. Dla uczelni był to sposób na
zarobienie ekstra pieniędzy, a dla mnie okazja, żeby się czegoś nowego nauczyć. Ku mojemu zaskoczeniu, zajęcia
te nie były tylko dla imigrantów. W grupie mieliśmy osoby, które wychowały się w Stanach, ale miały problem z
napisaniem kilku sensownych zdań po angielsku. Nigdy nie zapomnę tych pierwszych dni, gdyż profesor, który je
prowadził, był łudząco podobny do znanego komika Steve’a Martina. Miał tylko jedną wadę, nie był śmieszny. W
ciągu wielu lat studiów, spotkałem cala plejadę profesorskich osobowości.
Każdy, kto studiował w Polsce, przeżył na własnej skórze lub znał ze słyszenia opowieści o wyjątkowych
pedagogach. W okresie zaliczeń działy się naprawdę dziwne rzeczy. Człowiek prowadzący zajęcia z filozofii, wyszedł
kuchennymi drzwiami i zniknął nam wszystkim z oczu na dłuższy czas. Dorwałem go na dwa dni przed terminem,
całkiem przypadkowo, na jakimś skrzyżowaniu dróg. Wpis w indeksie otrzymałem z chwilą zmiany świateł.
Na szczęście w Stanach nie musiałem nikogo ścigać, ale kadra profesorska ma także w swoich szeregach wybitne
indywidualności. I, jak wszędzie, na każdej uczelni, były osoby, które budziły strach jak i uwielbienie.
Profesor od ekonomii. Latynos z Puerto Rico, był niezwykle wymagający wobec studentów. Można powiedzieć, że
nie miał o nich zbyt dobrego zdania. Cynicznie przypominał wszystkim, że pieniądze są tym, co motywuje nas do
pracy. Jego prywatne poglądy zagwarantowałyby mu miejsce szeregach PZPR. Kontrola cen, gospodarka ręcznie
sterowana, ulotki marksistowskie, które chciał mi wcisnąć na demonstracji przeciw podwyżkom czesnego. Trzeba
jednak przyznać, że był bardzo dobrym fachowcem. Kolejne zajęcia, tym razem z używkami w tytule. Prowadzący,
twierdzi, że wypróbował każdy narkotyk. Fachowo opisuje, jak organizm reaguje w takich sytuacjach. W klasie jest
kilka osób, które ze znawstwem dyskutują na zadane tematy. Ja siedzę cicho. Nie będę zmyślał. Profesorka od
finansów ma niezwykle łagodną naturę i cierpliwość. Mówi tak cicho, że ledwie ją słychać. Mam problemy z
zapisywaniem, bo nie odbieram na falach, na których komunikują się nietoperze. Od czasu do czasu ucisza klasę i
zwraca się do tych, którzy cierpią na “ustne rozwolnienie”. Klasyka literatury angielskiej. Profesor, starszy jegomość,
potrafi błyskawicznie zmieniać swoją wymowę. Fragmenty książek czyta na głos dziwnym udawanym brytyjskim
akcentem. Potem błyskawicznie przeskakuje na rodzimy dialekt.  Już na pierwszych zajęciach kazał wyciągnąć
karteczki i zrobił nam dyktando z prozy Edgar Allan Poe. Większości wyrazów nie znam, niektóre słowa zgaduję.
Rezultat mógł być tylko jeden. Kompletna klapa. Wezwał mnie na rozmowę razem z grupą kilkunastu osób. Po kilku
minutach dyskusji przyznał, że gdyby znalazł się w podobnej sytuacji i miał napisać kilka zdań w języku polskim, to
rezultat byłby podobny. Rozstajemy się w zgodzie. Na koniec jeszcze zadaje pytanie, czy mam słownik angielski.
Mówię: “Tak”, zgodnie z prawdą, “Elektroniczny”.

37.
Człowiek już ma coś takiego w sobie, że chce się wyróżnić w tłumie niezależnie od tego, gdzie mieszka. Pamiętam, że
w Polsce znałem dziewczynę która, kiedy paliła papierosa, trzymała go pomiędzy nie tymi palcami, co trzeba. Efekt
był komiczny i za każdym razem wzbudzał moje zainteresowanie. Chodząc pomiędzy jednym, a drugim budynkiem
collegu, natykałem się na chłopaka, który postanowił zaprzeczyć wszelkim prawom grawitacji. W naturalny sposób,
chodząc, poruszamy naszymi ramionami na przemian. Najpierw lewe ramię, potem prawe. On zdecydował się
poruszać obie ręce w tym samym kierunku w tym samym czasie. Najpierw do przodu, i potem do tylu. Polecam to
ćwiczenie tym, którzy mają problem z koordynacją ruchową. Na zajęciach z finansów mieliśmy chłopaka, który
bezwstydnie bawił się sam ze sobą. Wsadzał rękę pod koszulę, a ponieważ jego igraszki nie uszły uwadze
pozostałych studentów, żartom i śmiechom nie było końca. Nasz ekshibicjonista w nagrodę dostał przydomek
“sutek”. Takie zachowania nie były czymś odosobnionym. Piękny słoneczny dzień. Plac przed World Trade Center.
Kilka betonowych ławeczek. Na jednej z nich leży zmęczony człowiek. Początkowo nie zwracam na niego uwagi.
Słyszę tylko jakieś odgłosy. Jeszcze raz spoglądam na niego. Jego twarz w jakimś grymasie, ręka głęboko w
spodniach. Co on tam szuka? O, kurde, chyba znalazł. Znajomy opowiadał mi o podobnym przypadku, kiedy
zauważył gościa wykonującego energiczne ruchy i jednocześnie opierającego się pomnik imigrantów znajdujący się
na dolnym Manhattanie, w Battery Park. Jego zachowanie mogło wzbudzić wzruszenie ramion, krótkie zaciekawienie.
Większość przechodniów uśmiecha się na widok takich ludzi. „Kobieta” z brodą w kolorach tęczy, z kogutem na
kapeluszu, powoduje tylko kilkuminutowe zamieszanie na ulicy. Dosyć często takie zjawiska są kwitowane słowami:
„Tylko w Nowym Jorku”. Jednak osoby, które spotkałem w Muzeum Guggenheim’a, były jedyne w swoim rodzaju. Na
kilka minut zapominam o obrazach, artystach i całym świecie. Para, on i ona. Oboje łysi. On kolczyk w jednym uchu,
ona w drugim. Oboje jednakowo ubrani. Wykonane z czerwonej skóry kostiumy, oboje w spódnicach miniówkach i w
szpilkach. W kreatywnym zamyśle mieli stanowić jedną całość. On ma wypustkę na lewym ramieniu, ona na prawym.
Tak, to był widok, którego się nie zapomina, godny muzeum sztuki nowoczesnej. Widziałem też człowieka, który
gdzieś szedł, biegł raczej. Rano ludzie spieszą się do pracy. Było zimno, nasunąłem głębiej czapkę i poprawiłem
szalik. Wiatr przeszywał moją kurtkę. Jeszcze raz spoglądam na niego. Mam problem z określeniem, dlaczego zwrócił
moją uwagę. Przecież jest tylko kolejną osobą w tłumie. Dopiero po kilku sekundach zauważyłem jego nagi tors i
kolorowe slipy.

38.
Wielokrotnie zastanawiałem się, co ja tutaj robię. Rozpocząłem studia, których końca nie było widać. Za każde
zajęcia otrzymuje się, pewną ilość kredytów, 3 maksymalnie 4. Żeby ukończyć Community College, trzeba ich
uzbierać ponad 60. Byłem bardziej zajęty myśleniem o tu i teraz, niż wypatrywaniem szczęśliwego zakończenia.
Miałem pracę, z której mogłem się jako tako utrzymać. Zresztą, nie była ona najważniejsza. Kiedy mieszkałem w
piwnicy, sąsiad dał mi dobrą radę: „Skoncentruj się na jednej rzeczy, albo praca, albo nauka”. Miał rację,
wielokrotnie musiałem zrezygnować z roznoszenia przesyłek, bo właśnie wyskoczył jakiś projekt. Dlatego też nie
szukałem na siłę innego zajęcia. Dostałem wprawdzie propozycję pracy w jednym z budynków. Zamiast latać po
ulicy, miałem roznosić listy z piętra na piętro. Przeszedłem nawet rozmowę kwalifikacyjną. Sprawa jednak stanęła w
miejscu, kiedy trzeba było przedstawić zezwolenie na pracę. Dałem im do zrozumienia, że jestem w stanie coś
skombinować. Odmówiono jednak. Nikt nie chciał brać odpowiedzialności przed urzędem imigracyjnym. Trochę
sfrustrowany wróciłem do tego, co już tak dobrze znalem.
Emigranckie sny powtórzyły się jeszcze kilkakrotnie i wreszcie przestały mnie męczyć. Uwolniłem się od nich chyba
na zawsze. W ciężkich chwilach pocieszałem się, że w każdym momencie mogę wrócić do kraju, do cywilizacji.
Przecież to ja mam prawo wyboru. Wystarczyło porównać się do Latynosa, który rozstawia owoce w narożnym
sklepiku. Czy on ma możliwość wyboru? Co trzyma w Stanach człowieka, który pracuje cały dzień w ciemnej
piwnicznej windzie w budynku na Central Park West? Czy on też ma do czego wracać? Różnica kultur. Już na
pierwszym kursie z angielskiego podział na my i oni był widoczny. My, imigranci, zgodziliśmy się, że rock’n’roll
najlepiej brzmi w wersji angielskiej. Kiedy jeden z Koreańczyków opowiada dowcip, wszyscy pokładamy się ze
śmiechu, z wyjątkiem prowadzącego zajęcia. Teraz, dla odmiany, on nam coś przedstawia i nic. Na widowni cisza i
konsternacja.
Będąc w Omaha, w czasie Walentynek, razem z mamą mego kumpla i jej znajomą, wybraliśmy się do restauracji.
Przypominam sobie, że w czasie rozmowy powiedziałem Bogu ducha winnej kobiecie, że: “Stany nie powinny
narzucać swej kultury innym krajom”. Nie bardzo wiedziała, o czym mówię. Innej Amerykance próbowałem
udowodnić, jaki to światły i wykształcony element wystaje w Polsce pod budkami z piwem. Krótko stwierdziła, że
wygaduję głupoty. Na zajęciach z literatury, kiedy rozsadzała mnie energia, profesor zaprosił mnie na stronę i
całkiem poważnie zapytał, dlaczego uważam, że Szekspir jest ważniejszy niż mało znany lokalny poeta z Afryki.
Potrafiłem tylko powiedzieć, że Anglik wielkim poetą był. Więcej nie byłem wstanie z siebie wydusić. Zabrakło
argumentów.

39.
Stereotypy to groźna rzecz. Niby odpowiadają prawdzie, a jak się bliżej przyjrzeć, to niewiadomo, co o nich myśleć.
W  Chinatown, w sklepikach z tandetą dla turystów, trudno się zorientować, ile płaci się za poszczególne rzeczy.
Trzeba zdać się na łaskę sprzedawcy. Cena wzrasta lub spada w zależności od kupującego. Kiedy biorę taksówkę
bez taksometru, to wiem, że zostanę naciągnięty. W przypływie szantażu, kierowca nawet wyciągnie ze schowka
rachunki, które ma do zapłacenia. „Patrz!” Mówi, „światło, gaz, rodzina, dzieci”. Japonka, z którą się kiedyś
spotykałem, okazała się być osobą niezbyt zainteresowaną edukacją i budowaniem pierwszej Japonii. Jej rówieśnicy
z kraju kwitnącej wiśni, też czasem szli na skróty dopisując sobie stopnie w dzienniku nauczyciela.
Prawie każdy imigrant w podobny sposób oceniany jest przez tuziemców. Pierwszą rzeczą, jaka dyskwalifikuje, jest
słaba znajomość miejscowego narzecza. Tak na dobrą sprawę, jeżeli znajomość języka jest bardzo dobra, to
niewielki akcent w wymowie dodaje nawet uroku. Do momentu, aż nie otworzy się ust, większość ludzi nie będzie
nawet podejrzewać, że ma do czynienia z osobą urodzoną w innym kraju. Jeżeli ktoś ledwo duka i ledwo składa
zdania, to może być uznany za osobę niezbyt silną intelektualnie. Brak znajomości języka jest wyznacznikiem
zdolności umysłowych. Zdarzyło mi się kiedyś wysłuchać narzekań na głupotę imigrantów. W takiej sytuacji mam
zawsze jedną odpowiedź: “Widziałem jak Amerykanin zakręcał szesnastokołowym trakiem na Queens Blvd”.
W przerwie na lunch kieruję swoje kroki do najbliższego sklepiku. Mam zamiar kupić herbatę. Widzę Meksykanina,
który wystawia na krawężnik worek pełen odpadków i śmieci. Za chwilę pojawia się za ladą i przystępuje do
nalewania wody do mojego kubka. Prawie krzyczę: “Stop!, Umyj ręce”. Z pewnym ociąganiem spełnia moje życzenie.
Na odchodnym, właściciel sklepiku, Koreańczyk, bardzo łamanym angielskim przeprasza: „Wybacz, oni są głupi.
Ledwie mówią po angielsku”. Po tej historii, za każdym razem, kiedy zjawiałem się w sklepiku, irytowałem
pracowników swoją obecnością. Szeptali pomiędzy sobą: “Diablo, diablo” i z uśmiechem podawali herbatę.
Nasi rodacy, którzy przybyli do Stanów w XIX i na początku XX wieku, na ogół posługiwali się tylko językiem polskim,
trzymali się też razem w obrębie parafii. Negatywny stereotyp i dowcipy na nasz temat odnoszą się głownie do
tamtego okresu. Jest jednak jeden pozytyw. W porównaniu z innymi nacjami, nikt nie słyszał o polskiej mafii. Była
mafia włoska, irlandzka, żydowska, rosyjska. Tylko naszej zabrakło. Pewnie, dlatego inni uznali nas za “myślących
inaczej”. Nie wykorzystaliśmy w pewnym sensie naszej szansy. Pracuję z dwójką Amerykanów, tutaj urodzeni i tutaj
wykształceni. Jeden z nich postanawia w pewnym momencie opowiedzieć mi jeden z “polskich dowcipów”. Dosyć
śmieszny kawał wywołał u mnie naturalny odruch uśmiechu. "Popatrz” mówi do drugiego, „jaki głupi, śmieje się z
dowcipu o sobie”. Powiedziałem mu, żeby się tak nie ekscytował, bo my mamy dokładnie takie same kawały tylko, że
o...Amerykanach. Jego kolega potwierdził: “Tak tak, zgadza się, czytałem gdzieś, że te dowcipy są uniwersalne”.

40.
W ciągu kilku lat studiów na LaGuardii poznałem tylko pięć osób, które były z Polski. Wszystkie w podobnej sytuacji
tak jak ja. Kilka lat temu wyjechały z kraju i po pewnym czasie rozpoczęły studia. Na większości zajęć byłem jednak
sam. Ludzie, z którym pracowałem, zamieszkiwali głównie Bronks lub Harlem. Z niewielkimi wyjątkami byli to albo
Murzyni, albo Latynosi. Dzięki temu miałem okazję poznać inne kultury. Było to towarzystwo w rożnym wieku, od
nastolatków, po ludzi już dojrzałych. Każdy miał inną motywację do pracy. Ci młodsi robili to głownie dla zabawy.
Zaspakajali własne potrzeby. Jeden z nich, prawie co tydzień wydawał to, co zarobił na zakup nowych sportowych
butów. Starsi robili wszystko, żeby utrzymać rodzinę. Nigdy nie słyszałem, aby ktokolwiek powiedział, że roznoszenie
przesyłek jest jego pasją. Część była już po przejściach, a niektórzy musieli stawić się na odsiadywanie wyroku.
Nigdy nie miałem z nikim żadnego zatargu i wszyscy traktowali mnie jak “swojaka”. Godzinami potrafili rozmawiać na
tematy sportowe. Zaciekle dyskutowali, kto jest lepszy, Michael Jordan czy Shaq. W tamtym okresie NY Knicks grali
w finale NBA, ale większość osób nie wierzyła w ostateczną wygraną. Rzeczywiście, w decydującym momencie
Patrick Ewing spartolił najlepszą okazję i Knicks mogli zapomnieć o tytule. Od czasu do czasu poruszali też życiowe,
egzystencjalne lub polityczne kwestie. Gazeta Daily News dostarczała codziennych tematów do dyskusji. Kiedy coś
ich szczególnie zafrapowało, kończyli rozmowę przeciągłym “woooord” (słowo) lub “it’s deep” (to jest głębokie).
Najważniejszym jednak tematem było to, co tak trafnie ujął Cuba Gooding Junior: "Show me the money" (pokaż
pieniądze).
Jednym z dyżurnych tematów, była sprawa białego człowieka. Rasizm to zjawisko, które działa w dwie strony.
Niechęć białych w stosunku do czarnych, to tylko jedna strona medalu. Podobne uprzedzenia występują ze strony
kolorowych w stosunku do ludzi o białym kolorze skóry. Na ulicach Nowego Jorku widuje się czasami grupę
Murzynów, tzw. Izraelitów, nawołujących do nienawiści. Pracował kiedyś z nami człowiek, który miał podobne
poglądy. W życiu nie spotkałem większego rasisty. Biali uosabiali dla niego największe zło. Z chwilą wypowiadania
swoich opinii, wpadał w formę pewnego uniesienia. W tym momencie wszystko stawało się dla niego „boskie” i
nadprzyrodzone. Starałem się siedzieć cicho i nie zabierać głosu w tak drażliwych sprawach. Po kilku miesiącach
odszedł z naszej firmy.
Muzyka również jest jednym z ważnych tematów. Poznaję rożne trendy. Hip-Hop wtedy dopiero powstaje. Zaciekle
dyskutują o swoich idolach. Dowiaduję się, kto to jest NAS czy Wu Tang. Wśród nich był jeden wyjątek, który lubił
słuchać “białej” muzyki, szczególnie ostrej alternatywy i klasyki rocka. Prawdziwy odmieniec w grupie. Chciał wyrwać
się z marazmu i zmienić swoje życie. Środkiem do celu było zapisanie się do Marines. Odwiedził nas po kilku
miesiącach zadowolony ze swojego wyboru.
Rasizm i uprzedzenia były też jednym z dyżurnych tematów na zajęciach z literatury. Polka, która jest razem ze mną
w grupie, nie przebiera w słowach. Nazywa wszystko po imieniu, czarne to czarne, a białe to białe. Żadnych odcieni
szarości. Profesorka prowadząca zajęcia, po oddaniu jej pisemnej pracy, zwraca uwagę, aby nieco stonowała swoje
opinie.
Jestem na niewielkiej imprezie w gronie samych rodaków. W pewnym momencie dyskusja schodzi na ten sam temat.
Większość wypowiedzi jest negatywnych. Próbuję protestować i przemówić do rozsądku, aby nie wkładali wszystkich
do jednego worka. Ostatecznie jedna z dyskutantek stwierdza: “A mnie jedna Murzynka nawet pomogła”. Pozostali
okrakiem wycofują się na z góry upatrzone pozycje.
Jak zwykle roznoszę przesyłki. Przemierzam kolejne kilometry. Ze słuchawkami na uszach, zasłuchany w muzykę, nie
zwracam uwagi na otocznie. Z tego stanu wyrywa mnie krzyk. Słyszę moje imię, nie widzę jednak osoby. Glos wydaje
się wyraźny. W tym samym momencie, silne uderzenie w ramie zatrzymuje mnie w miejscu. Przede mną stoi nasz
rasista. Wpadamy sobie w ramiona i przez kilka minut gadamy jak starzy kumple.