Archiwum
Wszelkie prawa zastrzezone. Publikowanie bez wiedzy i zgody autora zabronie.
31.
Multum ludzi przewinęło się przez firmę, w której pracowałem. Jedni przychodzili, inni odchodzili. Tylko
nieliczne jednostki zostawały na dłużej. Ja byłem jednym z nich. Przez dłuższy okres czasu, byłem też jedyną
białą osobą w tym towarzystwie. Większość ludzi mieszkała w biedniejszych częściach miasta. Głównie na
Bronksie lub Harlemie. Tylko nieliczni mieszkali na Brooklynie. Szefem interesu był biały Amerykanin i jego
żona. Lepszy cwaniak. Opodatkował nas wszystkich na okoliczność utraconego kontraktu. Potrącał każdemu
po 1-2 $ z wypłaty. Większość pracowników nigdy nie pytała, dlaczego. Niektórzy buntowali się z różnych
powodów i odgrażali się, że skierują skargę do wydziału pracy. Nikt jednak nie zdecydował się tego zrobić. Od
czasu do czasu, spotykam na mieście jeszcze jedną osobę, która w dalszym ciągu pracuje w tej firmie. Biały
Amerykanin, były student Hunter College. Utknął chyba na dobre. Niezwykle nerwowa osoba. Nie patrzył na
światła, tylko wchodził od razu na ulicę. Przeciskał się pomiędzy samochodami, krzycząc na taksówkarzy: “I am
walking here”. Większość z nas przemieszczała się po mieście na piechotę lub metrem. Kilka osób używało
jednak rowerów. Było to o tyle niebezpieczne, że kierowcy traktowali ich, jako zło konieczne. Dwie osoby miały
wypadek, jedna z nich wylądowała pod miejskim autobusem. Ponieważ jeżdżenie na rowerze wymagało niezłej
kondycji, jeden z Latynosów zaczął szprycować się sterydami. Kupił sobie w sklepie GNC kreatynę. To
świństwo było zakazane w Europie, a tutaj można je dostać prawie na każdym rogu. Spotkałem go niedawno.
Poznałem tylko glos. Schudł, wyłysiał i przestał jeździć na rowerze. Co jakiś czas zjawiały się w naszej firmie
prawdziwe perełki. Osoby jedyne w swoim rodzaju. Ponad 60-cio letnia babcia, która pracowała już w
niejednym miejscu. Nie dawała sobie w kaszę dmuchać i nie przyjmowała żadnych wskazówek od dyspozytora.
Nastolatek, który w pewnym momencie przestał myć włosy i zaczął zaplatać tłuste warkoczyki. Inny, drobny
oszust, miał zgłosić się do wiezienia. Były też osoby, które miały odsiadkę już za sobą. Jeden z sezonowych
pracowników przychodził do pracy w garniturze i lakierkach. Czyścił swoje buty używając do tego celu kawy.
Moczył chustkę w kubku i rozprowadzał płyn po całej powierzchni buta. Kiedy prosił o zlecenie, rozbrajał nas
stwierdzeniem: „Mnie wszyscy znają, każdy mnie podrzuci”.
32.
Na samym początku mojego pobytu, zrobiłem sobie pieszą wycieczkę po Manhattanie. W przewodniku
wyczytałem, że warto przejść się wzdłuż Broadway’u. Pomyślałem, dlaczego nie, i rozpocząłem od samego
dołu wyspy, miejsca zwanego Bowling Green. Nazwa wzięła się stąd, że grywano tam kiedyś w kręgle i inne
klocki. Swoją wędrówkę zakończyłem na 72 ulicy przy Dakota House, znanego z filmy “Dziecko Rosemary”
oraz tego, że został tam zamordowany John Lennon. Kiedy później mówiłem moim kumplom kurierom, o
dystansie, który pokonałem, patrzyli na mnie jak na wariata. Na pewno robiło wrażenie. Normalnie, w pracy
przechodziłem znacznie mniejsze odległości, z reguły krążąc pomiędzy zachodnią i wschodnią strona miasta.
Od 6 Avenue do Lexington Avenue. Kiedy dostawałem przesyłki na dolny Manhattan, brałem metro. Zdarzyło
się jednak kilka razy, że nie mogłem tego zrobić, gdyż dyspozytor, co kilkanaście minut dorzucał nowe
zlecenie. Musiałem się ich pozbywać, co 10 przecznic. W ten sposób doszedłem prawie do World Trade
Center. Przejście do tego punktu, zaczynając od 59 Ulicy, zajęło mi prawie 3 godziny. Na początku, chodząc
pomiędzy budynkami, miałem problem z rozpoznaniem kierunków. Nie wiedziałem, czy idę na wschód czy
zachód. Musiałem przejść kilka przecznic, aby zorientować się, czy numery ulic rosną czy maleją. Po prostu
brakowało punktu odniesienia, wszystkie budynki wyglądały jednakowo. Po kilku miesiącach, nie
potrzebowałem już mapy miasta, ani metra. Znalem na pamięć stacje, połączenia, jak i numery domów.
Patrząc na adres, byłem wstanie stwierdzić, gdzie dany budynek powinien się znajdować. W wielu miejscach
byłem wiele razy. W niektórych kilkakrotnie w ciągu tego samego dnia. W dwóch wieżach World Trade Center,
kiedy jeszcze istniały, dobrze ponad sto razy na rożnych piętrach. W Dakota House, tylko raz i to tylko w
piwnicach. Pozwolono mi wtedy skorzystać z wejścia dla personelu. Podobnie, tylko raz, trafiłem do Banku
Rezerw Federalnych na dolnym Manhattanie. Budynek ten jest bardziej znany z filmu Die Hard 3 (Szklana
pułapka), w którym terrorysta Simon wraz z ekipą opróżnia zawartość sejfów. Ja nie musiałem się włamywać,
po oddaniu przesyłki do rak własnych, nie mogłem się jednak wydostać na świeże powietrze. Zacząłem krążyć
po budynku w różnych kierunkach i kiedy wreszcie znalazłem wyjście przez garaż, zostałem zatrzymany przez
strażników i szczegółowo przepytany z życiorysu... Co, gdzie, kiedy?
33.
Ten odcinek znajdziesz w książce
34.
Dosyć często w mojej historii, używam odniesień do filmów. Robię to z prostej przyczyny. Osoby, które tu
mieszkają, łatwo skojarzą miejsce, o którym wspominam, a ludzie, którzy nigdy w Nowym Jorku nie byli, będą
mieli, jako takie pojecie, o czym mówię. Samo miasto jest szczególne. Stanowi idealne tło dla filmowców. Nie
muszą się nawet wysilać, wystarczy, że ustawią kamerę w odpowiednim miejscu i zaczną kręcić. Od czasu do
czasu można się natknąć na ekipę, która właśnie pracuje nad filmem. Na chodniku stoją wystawione stoliki z
jedzeniem, a tuż obok parkują charakterystyczne wozy, w których przebierają się aktorzy. Oglądając film,
próbuję rozpoznać miejsca, które znam.
Czasem zdarzy się, że reżyser idzie na skróty. W filmie “Man in Black”, Will Smith w pogoni za podejrzanym
zeskakuje z niewielkiego mostu na pokład otwartego dwupoziomowego autobusu. Jest to rodzaj estakady,
która łączy południową i północną część Park Avenue ponad dworcem Grand Central przy 42 ulicy. Kilka
sekund później pościg przenosi się w górne rejony 5tej Avenue i Central Parku, w miejsce gdzie znajduje się
charakterystyczny budynek muzeum Guggenheim’a.
W filmie “The Professional”, Leon Czyściciel wynajmuje kawalerkę w okolicach Park Avenue, powyżej 96 Ulicy.
Właśnie w tamtym miejscu zaczynają się charakterystyczne szyny kolejowe, które łączą wspomnianą stację
Grand Central z północnymi rejonami stanu Nowy Jork. Kiedy udaje się do kwatery policji z zamiarem odbicia
dziewczynki, znajduje się na dolnym Manhattanie, tuż obok Brooklyn Bridge. Budynek, do którego wchodzi w
rzeczywistości jest sądem. Kwatera główna policji znajduje się trochę z tylu, w nowoczesnym budynku, bliżej
samego mostu.
W filmie “Devil’s Advocate” pokazana jest ścieżka dla joggingu. Przecina ona Central Park i oddziela go od
dużego zbiornika wodnego, który znajduje się w górnej części parku. To miejsce jest tak charakterystyczne,
że było wykorzystane w wielu filmach. Używałem jej wielokrotnie, aby przedostać się z jednej strony miasta na
drugą.
Tom Hanks i Meg Ryan nakręcili wspólnie dwa filmy, których akcja toczy w Wielkim Jabłku. Znana z filmu “You’
ve got Mail” kawiarnia zlokalizowana jest na Upper West Side, tuż przy Broadwayu, zresztą cały film dzieje się
w tamtej okolicy. W scenie finałowej, spotykają się w Riverside Park. W filmie “Slepless in Seatle”, ostatnia
scena ma miejsce na platformie obserwacyjnej Empire State Building. Wygląda to dosyć przestronnie, w
rzeczywistości przestrzeń jest znacznie mniejsza i trzeba przeciskać się pomiędzy ludźmi. Dodatkowo windy są
trochę inaczej usytuowane.
Podobna nieścisłość dotyczy filmu “Die Hard 3” (Szklana pułapka). Na potrzeby filmu, stacja metra Wall Street
została wybudowana w Hollywood. Ta, która istnieje na dolnym Manhattanie jest tak mała, że nie ma
możliwości, aby doszło do spektakularnego wykolejenia pociągu. Istnieje za to stacja Myrtle Ave na
Brooklynie, wykorzystana na początku filmu “Ghost” (Duch), kiedy Demi Moore i Patrick Swayze wracają do
swojego mieszkania.
Robin Williams, w filmie “Moskwa nad rzeką Hudson”, mieszkał na Manhattanie w dzielnicy East Village
położonej na wschód od Chinatown. W tamtych okolicach mieścił się też słynny kultowy klub CBGB, w którym
pierwsze kroki stawiały m.in. zespoły Blondie i REM. Trochę niżej, ale po zachodniej stronie, znajduje się
część miasta potocznie zwana TriBeCa. Można to przetłumaczyć, jako „miejsce poniżej ulicy Canal”, która
stanowi serce Chinatown. Czasem nazwę te widać w czołówkach filmów, jako TriBeCa films. Raz do roku
odbywa się też festiwal filmowy pod podobnym tytułem. Miejsce to upodobała sobie także inna znana
wytwórnia filmowa, Miramax. Ich siedziba znajduje się jednak trochę bliżej ulicy Canal. Jednak prawdziwą
atrakcję turystyczną tego rejonu stanowi restauracja należąca do aktora Roberta De Niro
35.
Pracował kiedyś z nami upadły aktor. Swoją karierę, jak prawie każdy, zaczął w Hollywood, a skończył, trochę
wyjątkowo, jako kurier w Nowym Jorku. Przez krotką chwilę napawał się sukcesem. I jak zwykle to bywa, “sex,
drugs & rock’n’roll” przemieniły go w zwykłego zjadacza chleba. Teraz próbował odbudować dawną
przeszłość. W przerwie miedzy kolejnymi przesyłkami siedział w kącie i przygotowywał się do przesłuchań. Po
kilku miesiącach odszedł z naszej firmy. Zagrał dosłownie w jednym filmie wojennym, pt. “Hamburger Hill”.
Sprawdziłem, jego zdjęcie z artystycznym pseudo O’Shea jest widoczne w końcowych napisach.
Od czasu do czasu dostawaliśmy zlecenia od firmy, która prowadziła księgowość artystów. Któregoś dnia w
moje ręce trafiła koperta, dla Macaulay Culkin’a. Gwiazda “Home Alone” mieszkał wtedy z mamą. Przywitała
mnie w drzwiach wraz z całą gromadką młodszych braci i sióstr. Niestety “Kevin’a” nie było w domu. Miał być,
przecież nie tak się umawialiśmy. Osobiście wręczyłem przesyłki zwyciężczyniom Oskarów, Merisie Tomei, za
film “My Cousin Vinny”, oraz Mirze Sorvino, która dostała nagrodę za “Mighty Aphrodite”. Obie aktorki robią
bardzo dobre wrażenie na srebrnym ekranie, na żywo jest już znacznie gorzej. Szczególnie tą ostatnią trudno
byłoby rozpoznać w tłumie. Lista osób, które spotkałem na ulicy obejmuje także: Bridget Fonda, Kathleen
Turner, Mathew Broderick, Stinga, zespół Bon Jovi, Gari Kasparowa, i naszego Andrzeja Gołotę. W hotelu
Millenium zatrzymali się kiedyś chłopcy z Backstreet Boys. Dopiero zaczynali wdzierać się na czołówki list
przebojów. Byli jednak na tyle popularni, żeby wzbudzić zainteresowanie nastolatek. Kilka z nich z dorwało
któregoś z nich na ulicy. Przyparły go do muru i dosłownie zawisły na jego szyi. Kiedy przechodziłem obok
nich, zamarli w bezruchu, spojrzeli na mnie. Było w tym trochę zmieszania całą sytuacją, ale trwało to tylko
sekundy. Uśmiechnąłem się porozumiewawczo i poszedłem w swoja stronę. Chłopaki z NSYNC, których
spotkałem w chwili, kiedy zbierali się na koncert w Madison Square Garden, nie mieli już takich zmartwień.
Obstawa dosyć szczelnie odizolowała ich od fanów. Czasem jednak nie wiadomo, z kim mamy do czynienia w
danym momencie. Trzy dziewczyny w jednakowych kurtkach, które spotkałem zjeżdżając winda w Trump
Tower, wydały mi się ładne i sympatyczne. Jedna z nich nawet uśmiechnęła się do mnie. Dopiero przy kolacji
o mało się nie zadławiłem oglądając telewizje. „Trzy supermodelki…Wonder Bra”. Tak to były one, taka
szansa, i nic. Zgodnie z tą samą zasadą, szef jednej z agencji reklamowych był przekonany, że przyjechałem
do Nowego Jorku celem zrobienia kariery aktorskiej. Ściskał moja dłoń tak długo, że zacząłem tracić czucie w
palcach. Nie miałem jednak zamiaru zaprzeczać. Zgadzałem się ze wszystkim, co mówił. Dzisiaj kurier, jutro
gwiazda światowej sławy. Prawie mi się udało. Przez roztargnienie wszedłem na plan filmu w momencie, kiedy
reżyser krzyknął: „Akcja!” Widzę, Wesley Snipes idzie w moim kierunku. Mimowolnie wpatruję się w niego, “Sie
ma, jak leci”. Ten sam głos, tym razem trochę głośniej, znowu krzyczy: “Ty z plecakiem, nie rozglądaj się, idź
prosto!” Film nazywał się “One night stand”. Cały czas czekałem na ten moment, kiedy pojawię się na ekranie.
Niestety, moją scenę wycięli. Tak oto po raz pierwszy i chyba ostatni zagrałem w filmie. Hollywood się na mnie
nie poznał.
36.
Ten odcinek znajdziesz w książce
37.
Człowiek już ma coś takiego w sobie, że chce się wyróżnić w tłumie niezależnie od tego, gdzie mieszka.
Pamiętam, że w Polsce znałem dziewczynę która, kiedy paliła papierosa, trzymała go pomiędzy nie tymi
palcami, co trzeba. Efekt był komiczny i za każdym razem wzbudzał moje zainteresowanie. Chodząc pomiędzy
jednym, a drugim budynkiem collegu, natykałem się na chłopaka, który postanowił zaprzeczyć wszelkim
prawom grawitacji. W naturalny sposób, chodząc, poruszamy naszymi ramionami na przemian. Najpierw lewe
ramię, potem prawe. On zdecydował się poruszać obie ręce w tym samym kierunku w tym samym czasie.
Najpierw do przodu, i potem do tylu. Polecam to ćwiczenie tym, którzy mają problem z koordynacją ruchową.
Na zajęciach z finansów mieliśmy chłopaka, który bezwstydnie bawił się sam ze sobą. Wsadzał rękę pod
koszulę, a ponieważ jego igraszki nie uszły uwadze pozostałych studentów, żartom i śmiechom nie było końca.
Nasz ekshibicjonista w nagrodę dostał przydomek “sutek”. Takie zachowania nie były czymś odosobnionym.
Piękny słoneczny dzień. Plac przed World Trade Center. Kilka betonowych ławeczek. Na jednej z nich leży
zmęczony człowiek. Początkowo nie zwracam na niego uwagi. Słyszę tylko jakieś odgłosy. Jeszcze raz
spoglądam na niego. Jego twarz w jakimś grymasie, ręka głęboko w spodniach. Co on tam szuka? O, kurde,
chyba znalazł. Znajomy opowiadał mi o podobnym przypadku, kiedy zauważył gościa wykonującego
energiczne ruchy i jednocześnie opierającego się pomnik imigrantów znajdujący się na dolnym Manhattanie,
w Battery Park. Jego zachowanie mogło wzbudzić wzruszenie ramion, krótkie zaciekawienie. Większość
przechodniów uśmiecha się na widok takich ludzi. „Kobieta” z brodą w kolorach tęczy, z kogutem na
kapeluszu, powoduje tylko kilkuminutowe zamieszanie na ulicy. Dosyć często takie zjawiska są kwitowane
słowami: „Tylko w Nowym Jorku”. Jednak osoby, które spotkałem w Muzeum Guggenheim’a, były jedyne w
swoim rodzaju. Na kilka minut zapominam o obrazach, artystach i całym świecie. Para, on i ona. Oboje łysi.
On kolczyk w jednym uchu, ona w drugim. Oboje jednakowo ubrani. Wykonane z czerwonej skóry kostiumy,
oboje w spódnicach miniówkach i w szpilkach. W kreatywnym zamyśle mieli stanowić jedną całość. On ma
wypustkę na lewym ramieniu, ona na prawym. Tak, to był widok, którego się nie zapomina, godny muzeum
sztuki nowoczesnej. Widziałem też człowieka, który gdzieś szedł, biegł raczej. Rano ludzie spieszą się do
pracy. Było zimno, nasunąłem głębiej czapkę i poprawiłem szalik. Wiatr przeszywał moją kurtkę. Jeszcze raz
spoglądam na niego. Mam problem z określeniem, dlaczego zwrócił moją uwagę. Przecież jest tylko kolejną
osobą w tłumie. Dopiero po kilku sekundach zauważyłem jego nagi tors i kolorowe slipy.
38.
Wielokrotnie zastanawiałem się, co ja tutaj robię. Rozpocząłem studia, których końca nie było widać. Za każde
zajęcia otrzymuje się, pewną ilość kredytów, 3 maksymalnie 4. Żeby ukończyć Community College, trzeba ich
uzbierać ponad 60. Byłem bardziej zajęty myśleniem o tu i teraz, niż wypatrywaniem szczęśliwego
zakończenia. Miałem pracę, z której mogłem się jako tako utrzymać. Zresztą, nie była ona najważniejsza.
Kiedy mieszkałem w piwnicy, sąsiad dał mi dobrą radę: „Skoncentruj się na jednej rzeczy, albo praca, albo
nauka”. Miał rację, wielokrotnie musiałem zrezygnować z roznoszenia przesyłek, bo właśnie wyskoczył jakiś
projekt. Dlatego też nie szukałem na siłę innego zajęcia. Dostałem wprawdzie propozycję pracy w jednym z
budynków. Zamiast latać po ulicy, miałem roznosić listy z piętra na piętro. Przeszedłem nawet rozmowę
kwalifikacyjną. Sprawa jednak stanęła w miejscu, kiedy trzeba było przedstawić zezwolenie na pracę. Dałem
im do zrozumienia, że jestem w stanie coś skombinować. Odmówiono jednak. Nikt nie chciał brać
odpowiedzialności przed urzędem imigracyjnym. Trochę sfrustrowany wróciłem do tego, co już tak dobrze
znalem.
Emigranckie sny powtórzyły się jeszcze kilkakrotnie i wreszcie przestały mnie męczyć. Uwolniłem się od nich
chyba na zawsze. W ciężkich chwilach pocieszałem się, że w każdym momencie mogę wrócić do kraju, do
cywilizacji. Przecież to ja mam prawo wyboru. Wystarczyło porównać się do Latynosa, który rozstawia owoce w
narożnym sklepiku. Czy on ma możliwość wyboru? Co trzyma w Stanach człowieka, który pracuje cały dzień w
ciemnej piwnicznej windzie w budynku na Central Park West? Czy on też ma do czego wracać? Różnica
kultur. Już na pierwszym kursie z angielskiego podział na my i oni był widoczny. My, imigranci, zgodziliśmy się,
że rock’n’roll najlepiej brzmi w wersji angielskiej. Kiedy jeden z Koreańczyków opowiada dowcip, wszyscy
pokładamy się ze śmiechu, z wyjątkiem prowadzącego zajęcia. Teraz, dla odmiany, on nam coś przedstawia i
nic. Na widowni cisza i konsternacja.
Będąc w Omaha, w czasie Walentynek, razem z mamą mego kumpla i jej znajomą, wybraliśmy się do
restauracji. Przypominam sobie, że w czasie rozmowy powiedziałem Bogu ducha winnej kobiecie, że: “Stany
nie powinny narzucać swej kultury innym krajom”. Nie bardzo wiedziała, o czym mówię. Innej Amerykance
próbowałem udowodnić, jaki to światły i wykształcony element wystaje w Polsce pod budkami z piwem. Krótko
stwierdziła, że wygaduję głupoty. Na zajęciach z literatury, kiedy rozsadzała mnie energia, profesor zaprosił
mnie na stronę i całkiem poważnie zapytał, dlaczego uważam, że Szekspir jest ważniejszy niż mało znany
lokalny poeta z Afryki. Potrafiłem tylko powiedzieć, że Anglik wielkim poetą był. Więcej nie byłem wstanie z
siebie wydusić. Zabrakło argumentów.
39.
Stereotypy to groźna rzecz. Niby odpowiadają prawdzie, a jak się bliżej przyjrzeć, to niewiadomo, co o nich
myśleć. W Chinatown, w sklepikach z tandetą dla turystów, trudno się zorientować, ile płaci się za
poszczególne rzeczy. Trzeba zdać się na łaskę sprzedawcy. Cena wzrasta lub spada w zależności od
kupującego. Kiedy biorę taksówkę bez taksometru, to wiem, że zostanę naciągnięty. W przypływie szantażu,
kierowca nawet wyciągnie ze schowka rachunki, które ma do zapłacenia. „Patrz!” Mówi, „światło, gaz, rodzina,
dzieci”. Japonka, z którą się kiedyś spotykałem, okazała się być osobą niezbyt zainteresowaną edukacją i
budowaniem pierwszej Japonii. Jej rówieśnicy z kraju kwitnącej wiśni, też czasem szli na skróty dopisując sobie
stopnie w dzienniku nauczyciela.
Prawie każdy imigrant w podobny sposób oceniany jest przez tuziemców. Pierwszą rzeczą, jaka dyskwalifikuje,
jest słaba znajomość miejscowego narzecza. Tak na dobrą sprawę, jeżeli znajomość języka jest bardzo dobra,
to niewielki akcent w wymowie dodaje nawet uroku. Do momentu, aż nie otworzy się ust, większość ludzi nie
będzie nawet podejrzewać, że ma do czynienia z osobą urodzoną w innym kraju. Jeżeli ktoś ledwo duka i
ledwo składa zdania, to może być uznany za osobę niezbyt silną intelektualnie. Brak znajomości języka jest
wyznacznikiem zdolności umysłowych. Zdarzyło mi się kiedyś wysłuchać narzekań na głupotę imigrantów. W
takiej sytuacji mam zawsze jedną odpowiedź: “Widziałem jak Amerykanin zakręcał szesnastokołowym trakiem
na Queens Blvd”.
W przerwie na lunch kieruję swoje kroki do najbliższego sklepiku. Mam zamiar kupić herbatę. Widzę
Meksykanina, który wystawia na krawężnik worek pełen odpadków i śmieci. Za chwilę pojawia się za ladą i
przystępuje do nalewania wody do mojego kubka. Prawie krzyczę: “Stop!, Umyj ręce”. Z pewnym ociąganiem
spełnia moje życzenie. Na odchodnym, właściciel sklepiku, Koreańczyk, bardzo łamanym angielskim
przeprasza: „Wybacz, oni są głupi. Ledwie mówią po angielsku”. Po tej historii, za każdym razem, kiedy
zjawiałem się w sklepiku, irytowałem pracowników swoją obecnością. Szeptali pomiędzy sobą: “Diablo, diablo”
i z uśmiechem podawali herbatę.
Nasi rodacy, którzy przybyli do Stanów w XIX i na początku XX wieku, na ogół posługiwali się tylko językiem
polskim, trzymali się też razem w obrębie parafii. Negatywny stereotyp i dowcipy na nasz temat odnoszą się
głownie do tamtego okresu. Jest jednak jeden pozytyw. W porównaniu z innymi nacjami, nikt nie słyszał o
polskiej mafii. Była mafia włoska, irlandzka, żydowska, rosyjska. Tylko naszej zabrakło. Pewnie, dlatego inni
uznali nas za “myślących inaczej”. Nie wykorzystaliśmy w pewnym sensie naszej szansy. Pracuję z dwójką
Amerykanów, tutaj urodzeni i tutaj wykształceni. Jeden z nich postanawia w pewnym momencie opowiedzieć mi
jeden z “polskich dowcipów”. Dosyć śmieszny kawał wywołał u mnie naturalny odruch uśmiechu. "Popatrz”
mówi do drugiego, „jaki głupi, śmieje się z dowcipu o sobie”. Powiedziałem mu, żeby się tak nie ekscytował, bo
my mamy dokładnie takie same kawały tylko, że o...Amerykanach. Jego kolega potwierdził: “Tak tak, zgadza
się, czytałem gdzieś, że te dowcipy są uniwersalne”.
40.
W ciągu kilku lat studiów na LaGuardii poznałem tylko pięć osób, które były z Polski. Wszystkie w podobnej
sytuacji tak jak ja. Kilka lat temu wyjechały z kraju i po pewnym czasie rozpoczęły studia. Na większości zajęć
byłem jednak sam. Ludzie, z którym pracowałem, zamieszkiwali głównie Bronks lub Harlem. Z niewielkimi
wyjątkami byli to albo Murzyni, albo Latynosi. Dzięki temu miałem okazję poznać inne kultury. Było to
towarzystwo w rożnym wieku, od nastolatków, po ludzi już dojrzałych. Każdy miał inną motywację do pracy. Ci
młodsi robili to głownie dla zabawy. Zaspakajali własne potrzeby. Jeden z nich, prawie co tydzień wydawał to,
co zarobił na zakup nowych sportowych butów. Starsi robili wszystko, żeby utrzymać rodzinę. Nigdy nie
słyszałem, aby ktokolwiek powiedział, że roznoszenie przesyłek jest jego pasją. Część była już po przejściach,
a niektórzy musieli stawić się na odsiadywanie wyroku. Nigdy nie miałem z nikim żadnego zatargu i wszyscy
traktowali mnie jak “swojaka”. Godzinami potrafili rozmawiać na tematy sportowe. Zaciekle dyskutowali, kto
jest lepszy, Michael Jordan czy Shaq. W tamtym okresie NY Knicks grali w finale NBA, ale większość osób nie
wierzyła w ostateczną wygraną. Rzeczywiście, w decydującym momencie Patrick Ewing spartolił najlepszą
okazję i Knicks mogli zapomnieć o tytule. Od czasu do czasu poruszali też życiowe, egzystencjalne lub
polityczne kwestie. Gazeta Daily News dostarczała codziennych tematów do dyskusji. Kiedy coś ich
szczególnie zafrapowało, kończyli rozmowę przeciągłym “woooord” (słowo) lub “it’s deep” (to jest głębokie).
Najważniejszym jednak tematem było to, co tak trafnie ujął Cuba Gooding Junior: "Show me the money"
(pokaż pieniądze).
Jednym z dyżurnych tematów, była sprawa białego człowieka. Rasizm to zjawisko, które działa w dwie strony.
Niechęć białych w stosunku do czarnych, to tylko jedna strona medalu. Podobne uprzedzenia występują ze
strony kolorowych w stosunku do ludzi o białym kolorze skóry. Na ulicach Nowego Jorku widuje się czasami
grupę Murzynów, tzw. Izraelitów, nawołujących do nienawiści. Pracował kiedyś z nami człowiek, który miał
podobne poglądy. W życiu nie spotkałem większego rasisty. Biali uosabiali dla niego największe zło. Z chwilą
wypowiadania swoich opinii, wpadał w formę pewnego uniesienia. W tym momencie wszystko stawało się dla
niego „boskie” i nadprzyrodzone. Starałem się siedzieć cicho i nie zabierać głosu w tak drażliwych sprawach.
Po kilku miesiącach odszedł z naszej firmy.
Muzyka również jest jednym z ważnych tematów. Poznaję rożne trendy. Hip-Hop wtedy dopiero powstaje.
Zaciekle dyskutują o swoich idolach. Dowiaduję się, kto to jest NAS czy Wu Tang. Wśród nich był jeden
wyjątek, który lubił słuchać “białej” muzyki, szczególnie ostrej alternatywy i klasyki rocka. Prawdziwy odmieniec
w grupie. Chciał wyrwać się z marazmu i zmienić swoje życie. Środkiem do celu było zapisanie się do Marines.
Odwiedził nas po kilku miesiącach zadowolony ze swojego wyboru.
Rasizm i uprzedzenia były też jednym z dyżurnych tematów na zajęciach z literatury. Polka, która jest razem ze
mną w grupie, nie przebiera w słowach. Nazywa wszystko po imieniu, czarne to czarne, a białe to białe.
Żadnych odcieni szarości. Profesorka prowadząca zajęcia, po oddaniu jej pisemnej pracy, zwraca uwagę, aby
nieco stonowała swoje opinie.
Jestem na niewielkiej imprezie w gronie samych rodaków. W pewnym momencie dyskusja schodzi na ten sam
temat. Większość wypowiedzi jest negatywnych. Próbuję protestować i przemówić do rozsądku, aby nie
wkładali wszystkich do jednego worka. Ostatecznie jedna z dyskutantek stwierdza: “A mnie jedna Murzynka
nawet pomogła”. Pozostali okrakiem wycofują się na z góry upatrzone pozycje.
Jak zwykle roznoszę przesyłki. Przemierzam kolejne kilometry. Ze słuchawkami na uszach, zasłuchany w
muzykę, nie zwracam uwagi na otocznie. Z tego stanu wyrywa mnie krzyk. Słyszę moje imię, nie widzę jednak
osoby. Glos wydaje się wyraźny. W tym samym momencie, silne uderzenie w ramie zatrzymuje mnie w
miejscu. Przede mną stoi nasz rasista. Wpadamy sobie w ramiona i przez kilka minut gadamy jak starzy
kumple.