Archiwum
Wszelkie prawa zastrzezone. Publikowanie bez wiedzy i zgody autora zabronie.
41.
W naszym mieszkaniu jest wolny pokój. Człowiek, który w nim mieszkał, postanowił ożenić się i wyprowadził się na
Greenpoint. Szukamy osoby zdolnej do zamieszkania razem z nami. Aplikant musi spełniać pewne warunki, tak
abyśmy się mogli nawzajem tolerować. Ja także uczestniczę w przepytywaniu chętnych. Wprowadziła się do nas
Francuzka, która pracowała razem ze mną. Była idealnym lokatorem. Większość wolnych chwil spędzała poza
domem. Niestety, po kilku miesiącach zdecydowała się wrócić do swojego rodzinnego kraju. Kolejna dziewczyna,
przekonała nas swoim wiekiem oraz tym, że studiowała. Pasowała do naszego towarzystwa. Wydawało się, że
wszystko jest na swoim miejscu. Byliśmy zadowoleni. Stan upojenia nie trwał jednak wiecznie. Zachowanie higieny w
mieszkaniu nie było jej najmocniejszą stroną. Nie wiem, czy robiła to z premedytacją. Nie to jednak przeważyło o jej
negatywnej ocenie. Największym problemem był fakt, że zataiła przed nami “rozdwojenie jaźni”. Okazała się być
zupełnie inną osobą od tej, z którą rozmawialiśmy na samym początku. Wszystko zaczęło jej przeszkadzać, każdy
dźwięk w mieszkaniu powodował napady złości. W końcu daliśmy jej wymówienie. Kiedy myślę o niej, przychodzi mi
do głowy tylko jedno skojarzenie: “A mówiła tak rozsądnie”. Do pokoju wprowadził się krępy kontraktor o urodzie
południowca. Kolejny gość i kolejna pomyłka. Okazał się być duszą towarzystwa, a ponieważ miał dar przyciągania,
więc wraz nim przyjęliśmy sporą grupę jego znajomych. Drzwi się nie zamykały. Nie było rady, musieliśmy je zamknąć
za nim. Żegnaj, żegnaj, „rozstania nadszedł czas”. Ryzykujemy z kolejną osobą. Człowiek w średnim wieku, dopiero
co przybył do Stanów. Wahamy się. Brak pieniędzy na wynajem może spowodować,
że właściciel mieszkania będzie musiał pokryć koszty. Jeszcze nie ma pracy. Dopiero się rozgląda. Szuka, dzwoni,
przegląda gazety, bez rezultatu. Po dwóch miesiącach bezowocnych poszukiwań, wyprowadza się do New Jersey,
do nowo poznanych znajomych. Podobno coś mu załatwili.
Nasze mieszkanie zostaje obrabowane. Włamanie odbyło się po chamsku, na śrubokręt. Wystarczyło tylko pchnąć
drzwi. Nikt w budynku nie słyszał żadnego hałasu, nikt nie zwrócił uwagi na podejrzaną osobę. Zginęło kilka
wartościowych rzeczy. Na szczęście mój pokój został nienaruszony. Żelazna sztaba na framudze zabezpieczyła przed
kradzieżą. Zresztą, co on tam mógł u mnie ukraść? Stary telewizor i kilka płyt CD. Złodziej, który dokonał włamania,
miał dobre rozeznanie w rozkładzie mieszkania i wiedział, gdzie szukać wartościowych rzeczy. Sprawa nie została
nigdy wyjaśniona.
Wreszcie pojawia się chłopak, który zamieszka z nami na dłużej. Postanowił przeprowadzić się z New Jersey do
Nowego Jorku z zamiarem podjęcia nauki. Początkowo myślał o studiowaniu w szkole, która nazywa się TCI. W tym
celu miał zamiar skorzystać z pomocy finansowej. Za moją namową zmienił uczelnię i kierunek zainteresowań. Złożył
podanie na LaGuardie. Ponieważ pojawiły się pewne komplikacje, musiałem zwrócić się o pomoc do kobiety, która
już raz mi pomogła. Podobnie jak ja, został przyjęty w ekspresowym tempie. Potem, przeniósł się na Baruch College
i uzyskał tytuł Bachelors. Dopiero niedawno ożenił się i wyprowadził z tego mieszkania na Greenpoint.
42.
Zaraz po przekroczeniu granicy Polski, zmieniają się reguły gry. Żegnaj pomocy społeczna, witaj “wolna
amerykanko”. A może powinienem także powiedzieć “wolna europejko”.
W czasie podróżowania po południowej Francji w 1991 roku, szukamy kempingu z zamiarem przenocowania.
Znaleźliśmy jedno, raczej obskurne miejsce. Cena za tę przyjemność wydała nam się zbyt wygórowana. Próbuję
negocjować z właścicielem. Bez skutku. Nie przejawia żadnych dobrych intencji. Na odchodnym jeszcze dorzuca
przez zęby: “tu jest kapitalizm”.
Austria, niewielkie miasteczko. Oprócz mnie była tu także grupa trzech Polaków. Zamieszkali w niewielkim hoteliku.
Ich obecności nie dało się ukryć. Odwiedziłem ich kiedyś. Pokój, który zamieszkiwali, raził smrodem przepoconych
skarpet zmieszanym z zapachem jedzenia. Wszyscy pracowali w firmie zajmującej się obróbką kamieni. Zarobili już
jakieś pieniądze. Jeden z nich postanowił wydać je na samochód. Wywołało to furię jego kompana. Miał mu za złe,
że tak lekkomyślnie wydaje swoje pieniądze, w końcu obaj jechali na tym
samym wózku. Skoro on nie wydaje swoich oszczędności, to dlaczego robi to jego kumpel.
Jesteśmy w Monaco. Właśnie wyszliśmy z dworca kolejowego i szukamy jakiegoś miejsca, gdzie można by usiąść i
spokojnie zjeść śniadanie. Znajdujemy ławkę. Tuż obok siedzi starszy Włoch, mieszkaniec księstewka. Okazał się
być zwolennikiem komunizmu. Po pól godzinie zjawiła się tuż obok nas dwójka Polaków. Ponieważ też byli głodni,
wybrali się do pobliskiego supermarketu i wynieśli kilka rzeczy. Trochę bułek, coś do picia i duży kawał sera. Dzień
wcześniej obrobili jakiś klub sportowy. Chcieli zdobyć nasze zaufanie. W tym
celu w prezencie dali nam kąpielówki. Pól godziny później czterech facetów w żółtych spodenkach wzbudziło zachwyt
społeczności na lokalnej plaży. Nie bardzo wierzyłem w ich dobre intencje, dlatego pilnowaliśmy swoich rzeczy. Nie
chciałem rozstawać się ze swoim paszportem. Po jakimś czasie dali nam spokój. Pozostał nam po nich ser, którym
tydzień później karmiliśmy gołębie w Wenecji. Podróż i związane z nią trudności, mogą nadwerężyć każdą
znajomość. Kwestia pieniędzy może stać się największym problemem. Prosta przyczyna, jedną osobę stać na bułkę
z szynką, a druga musi zadowolić się najtańszym kartonowym winem. To były “ciekawe czasy”. Nie mogliśmy sobie
pozwolić na zwykły bilet autobusowy. To znaczy jedna osoba mogła go sobie zafundować, a druga nie. Dlatego też
kilkukrotnie musieliśmy przejść sporo kilometrów z plecakami. Nie byliśmy jedynymi. Będąc już w Wenecji,
dojechaliśmy do samego miasta pociągiem lub autobusem, który łączy wyspę ze stałym lądem. Z okien pojazdu
widzieliśmy maszerujących pieszych z charakterystycznymi plecakami ze stelażem.
Będąc już w Stanach, musiałem uważać, aby sprawy finansowe nie poróżniły mnie z moimi znajomymi. Na szczęście
od nikogo nie musiałem pożyczać pieniędzy. Przy płaceniu rachunków nie lubię być oszukiwany, ale jeżeli kilka
dolarów ma mnie z kimś poróżnić, to pal licho, zapłacę, aby mieć święty spokój. Kiedy szukałem pracy w tym samym
miejscu, gdzie pracował mój kumpel, próbowałem wybadać jak reaguje na taką możliwość. Nie chciałem, by winił
mnie za zmniejszone zarobki
43.
Ameryka wywołuje wśród imigrantów wachlarz różnych emocji. Od nienawiści, do totalnej bezkrytycznej miłości. Od
spełnionych marzeń, do zgorzkniałej frustracji. Każdy imigrant, niezależnie od tego, skąd przybywa, ma pewne
oczekiwania wobec tego kraju. Miejsce pochodzenia lub kolor skóry nie mają żadnego znaczenia. Wielokrotnie
słyszałem z ust nieznajomych narzekania na Stany i Amerykanów. Życie w ich rodzinnych krajach stoi na wyższym
poziomie, ludzie są lepiej wykształceni i zarabiają lepsze pieniądze. Kilka miesięcy temu wstąpiłem do niewielkiej
cukierni na Forest Hills, Queens. Rodzinny zakład prowadził Hindus z żoną, oboje pochodzili z Nairobi. Wystarczyła
krótka rozmowa, abym usłyszał gorzkie żale na ciężkie życie w Stanach, plus głupotę Amerykanów. W Stanach żyją
od kilkunastu lat i posiadają własny biznes. Kiedy pytam ich, dlaczego nie wrócą do Afryki, robią miny i nie są w
stanie dać jednoznacznej odpowiedzi. Przez pewien czas, za sprawą znajomego ,byłem pod wpływem podobnego
negatywnego myślenia. Musiałem się od tego uwolnić, bo doprowadziłoby mnie to do swoistej schizofrenii. Lepiej
skoncentrować się na swojej pracy i nauce, niż bić się z myślami.
Będąc jeszcze w liceum w Polsce, poznałem człowieka, który wrócił do kraju po kilkuletnim pobycie w Stanach.
Zarabiał tutaj jeżdżąc na taksówce. W okresie “późnego Jaruzelskiego” jego wybór wydał się nam dosyć dziwny.
Zadawaliśmy sobie pytanie, dlaczego wybrał powrót do kołchozu. Miał pracę, zarabiał pieniądze, wyrwał się na wolne
powietrze, więc czego chciał więcej? Odpowiedź nie była jednoznaczna, ale wyraźnie podkreślił, że nie widział siebie
w tej roli do końca życia. Pan J., który z nami zamieszkał, był pełen euforii po przylocie z Polski. Dla niego wszystko
było nowe i za nic miał moje przestrogi, żeby nie stawał zbyt blisko krawędzi platformy metra. Każdy podejrzany typ
był jego kumplem, niczego się nie bał. Przez ponad tydzień żywił się u Chińczyka, spróbował chyba każdego dania w
menu. Po pewnym czasie odkrył supermarket. Od tego momentu codziennie smażył udko kurczaka. Nasz wspólny
grupowy miesiąc miodowy skończył się z chwilą, kiedy zaczął paradować po mieszkaniu w samych majtkach. Pan J.
pracował kiedyś w Estradzie, był specem od nagłośnienia. W Stanach znalazł się po raz pierwszy, z zamiarem
zarobienia pieniędzy. Rzeczywistość przerosła jednak jego oczekiwania. Przez kilka tygodni nie mógł znaleźć żadnej
pracy. Stał się nerwowy. Nie mógł sobie poradzić ze stresem. Zaczął pękać, przeklinał Stany i fakt, że się tutaj
znalazł. Wybawienie przyszło nieoczekiwanie. Dzięki pomocy znajomego, dostał pracę jako malarz w New Jersey.
Poznałem kiedyś ludzi, którzy byli już jakiś czas w Ameryce. Oboje pracowali. On miał własny kontraktorski biznes, jej
pracy już nie pamiętam. Mieszkali w całkiem porządnym domu w spokojnej okolicy. Jedno, co mnie uderzyło, to
pewna tymczasowość ich egzystencji. W ich mieszkaniu prawie nie było mebli. Jakieś drewniane, zbite naprędce
konstrukcje, zastępowały regały. Żadnych dywanów lub wykładzin na podłodze. Nie było niczego, co świadczyło by o
zadomowieniu, choćby czegoś w rodzaju ozdobnych roślin. Część ich dobytku była w dalszym ciągu w pudłach. W tej
całej układance najdziwniejszy był fakt, że mieszkali w tym miejscu już od dość dawna.
Mój kumpel dostaje drgawek i odruchów wymiotnych na słowo Stalowa Wola. Nie wiem, czy Stalowa Wola jest takim
złym miejscem do życia, on jednak musiał mieć fatalne wspomnienia. Cała jego rodzina osiedliła się w Stanach po
wygraniu w loterii zielonej karty. Nic go nie łączy z krajem i nie ma zamiaru utrzymywać żadnych kontaktów. Z
młodszą siostra rozmawia głównie po angielsku. To, co się dzieje za wielką wodą, mało go interesuje. Od momentu
przyjazdu do Ameryki nie był w ojczyźnie i nie planuje się tam wybierać.
44.
Dawno, dawno temu... (Rok 1989)
Wyjazd do Stanów nie był moim pierwszym kontaktem z Zachodem. Wiedziałem mniej więcej, czego mogę się
spodziewać. Ten pierwszy raz nastąpił w 1987 roku. Razem z bratem wyjechaliśmy na zaproszenie naszych
znajomych do Szwajcarii. Musieliśmy złożyć podanie o paszporty. Na koniec spotkania z oficerem usłyszeliśmy:
“Tylko chłopaki wracajcie”. W studium nauczycielskim, do którego uczęszczaliśmy, profesorowie przy wręczaniu
dyplomów też byli przekonani, że wykupiliśmy bilety w jedną stronę. Pomylili się, wróciliśmy. Do Szwajcarii
wyjeżdżałem jeszcze dwukrotnie. Miejsce pobytu - Sankt Gallen i okolice. Tamte wyjazdy w pewien sposób
ukształtowały nas, dały sporo do myślenia. Jednak Szwajcaria to kraj wyjątkowy i nie można go porównywać z innymi
państwami na kontynencie.
Kolejne wakacje i praca na kurzej fermie w Austrii. Zatrzymałem się u znajomej Austriaczki, z którą
korespondowałem. Jej mama załatwiła mi pracę na dwa tygodnie. Wstawałem o 5 rano i rowerem dojeżdżałem ze
dwa kilometry do fermy. Dwa łyki zimnego powietrza i byłem gotowy do pracy. Do południa musiałem nadążyć za
maszyną i ustawiać rożnej wielkości wytłoczki na taśmociągu. Po kilku godzinach takiego ćwiczenia, byłem jak
Charlie Chaplin dokręcający śruby. Potem przez kilka godzin wpatrywałem się w jajka przejeżdżające na taśmie,
poszukiwałem pęknięć i zadrapań. Innym razem musiałem przenosić kury z jednej klatki do drugiej tak, żeby były po
cztery w grupie. Raz w tygodniu robiliśmy jeden wielki kogel-mogel. Kiedy wracałem do domu, nie wiedziałem jak się
nazywam, zasypiałem na stojąco. Jedyną nagrodą za tą pracę była świadomość, że zarobię jakieś 300$. Wydawało
mi się, że jestem ustawiony do końca studiów. W tamtym okresie 5$ wystarczało na przeżycie całego miesiąca.
Dzięki moim znajomym i tak miałem szczęście, miałem pracę i dostałem całkiem dobrą stawkę. Któregoś dnia przed
fermą zjawił się samochód z polską rejestracją. Jeden z Polaków, człowiek w bardzo średnim wieku, dostał pracę na
kilka dni. On i jego kompan, mieszkali w zaparkowanym tuż obok maluchu.
Po dwóch tygodniach wyjechałem ze znajomą do Wiednia. Studiowała na Uniwersytecie Wiedeńskim i razem z nią
udałem się na rozpoczęcie roku akademickiego. Nikt mnie nie znał, a ja nie znałem języka. Mimo to, wysłuchałem
wykładu, ale bez zadawania pytań. Te kilka dni wykorzystałem na zwiedzenie miasta. Łażąc z mapą zaglądałem tam,
gdzie się tylko dało. Wszedłem nawet do miejskiego ratusza i, niezauważony przez nikogo, zwiedziłem kilka sal.
Wróciłem do kraju, aby rozpocząć kolejny rok studiów. Pech jednak chciał, że pieniądze, które przywiozłem, okazały
się marnym zabezpieczeniem. Inflacja i spadek kursu dolara sprawiły, że zamiast kilku lat beztroskiego życia,
mogłem sobie pozwolić, co najwyżej na kilka miesięcy.
45
Dawno, dawno temu...(Rok 1990)
Kolejny rok i kolejny wyjazd. Najpierw palcem po mapie określiliśmy trasę podroży. Kierunek Austria i Szwajcaria.
Będziemy się zatrzymywać w klasztorach i liczyć na dobrych ludzi. Jest nasz czterech, wszyscy z tej samej uczelni.
Stopem jest jednak trudno poruszać w tak dużej grupie, więc będziemy jeździć dwójkami. Pociągiem do Bratysławy,
a stamtąd na piechotę do granicy. Na rogatkach widać jeszcze wieże strażnicze, pozostałości po obozie
komunistycznym. Po drugiej stronie granicy jesteśmy już w innym świecie. Ja i kumpel mamy szczęście, po pół
godzinie łapiemy stopa do Wiednia. Kierowca wysadza nas na przedmieściach. Do centrum idziemy na piechotę i
docieramy pod budynek Opery. Pozostała
dwójka zjawia się dopiero kilka godzin później. Nikt nie chciał ich zabrać ze względu na ich “zbójnicki” wygląd. Jeden
z kumpli zapewniał mnie, że będziemy mieli gdzie spać. “Udamy się do pewnej Austriaczki, ona na pewno nas
przyjmie”. Zbiorowo pocałowaliśmy klamkę i już w nocy rozbiliśmy namiot w jej ogródku. Zdziwienie w okolicy musiało
być spore. Z samego rana ludzie wyglądali z okien, przypatrując się przez jakiś czas, jak czterech facetów kreci się
po dosyć dużym ogrodzie, coś je, gdzieś się myje. Wreszcie ktoś krzyknął, że zawoła policję. Szybko zbieramy nasze
manatki. Okazało się, że rozbiliśmy się w samym centrum miasta, tuż obok Belwederu.
Wyjeżdżamy poza miasto, ostatni przystanek metra. Mamy szczęście. Zabieramy się Vanem. Kierowca nie tylko
zabiera całą czwórkę, ale także dwie dziewczyny, które podobnie jak my, wybierały się w kierunku Linzu. Wysadza
nas po kilku godzinach, przy drodze, która prowadzi do klasztoru. Ładujemy tobołki na plecy i gęsiego idziemy
dalej. Nasz widok burzy sielankę austriackiej prowincji. W przydrożnej restauracji ludzie podnoszą głowy z nad
swoich talerzy, z zaciekawieniem przyglądają się pieszej wycieczce. Zatrzymuje nas jeszcze policja, sprawdzają
nasze dokumenty, tak na wszelki wypadek. Przez tydzień mieszkamy w klasztorze. Każdy z nas dostał swoją osobną
celę i mógł oddać się rozmyślaniom. Budynek z VIII wieku robi niesamowite wrażenie. Posiłki jemy razem z
braciszkami, razem z nimi śpiewamy gregoriańskie psalmy i pijemy mszalne wino do kolacji. Dzięki uprzejmości
przeora, łapiemy się na stopa do Salzburga. Stamtąd już musimy radzić sobie sami. Ponownie dzielimy się na grupy
i kierujemy się w stronę Innsbrucku.
Poruszamy się dosyć powoli. Pierwszy kierowca podrzucił nas kilkadziesiąt kilometrów, potem jedziemy na pace
jakiegoś wozu dostawczego. Trzymam się kurczowo czegokolwiek, aby nie wypaść za burtę. Jednocześnie
podziwiam widoki Tyrolu. Za każdym razem, kiedy łapaliśmy stopa, musiałem opowiadać, kim jesteśmy, dokąd
zmierzamy. Ludzie chcą sobie pogadać. Kolejnego samochodu nie musieliśmy nawet zatrzymywać. Młody kierowca
podjechał do nas i powiedział: “Wsiadajcie”. Okazał się być dosyć zblazowaną osobą, pełną problemów. Chciał się
przed kimś wyżalić na swoją dziewczynę. Jak zwykle nasi kumple dojechali nieco później. Postanawiamy wyjść za
rogatki w poszukiwaniu odpowiedniego miejsca do rozbicia naszego namiotu. Nie za bardzo znamy plan miasta.
Odnajdujemy wreszcie właściwą drogę. Robi się już ciemno, asfaltowa dróżka biegnie wzdłuż autostrady. Po prawej
stronie rzeka. Ktoś w desperacji rzuca pomysł, abyśmy przekroczyli autostradę na drugą stronę. Eddie Murphy
wykonał taki manewr w jednym ze swoich filmów. My, z plecakami, raczej nie mielibyśmy szans na powodzenie. Po
kilku godzinach marszu docieramy wreszcie do jakiegoś parkingu.
Następnego dnia nic nie układa się tak, jak powinno. Nie jesteśmy wstanie nic złapać. W tym nieszczęsnym miejscu
jest rozjazd. Prawie wszystkie samochody udają się do Niemiec. Kilka godzin w słońcu robi swoje, jesteśmy
zmęczeni. Rzucam pomysł, że zadzwonię do moich znajomych w Szwajcarii. Być może nam pomogą. W tym celu
udaję się do oddalonego kilka kilometrów miasteczka. Dzwonię z jakiegoś baru. Znajomi są trochę zaskoczeni
sytuacją. Po godzinie mam załatwione cztery bilety kolejowe do Szwajcarii. Wracam na parking. Wtedy też po raz
pierwszy w życiu przekroczyłem autostradę. Tak się spieszyłem, że nie myślałem, co robię. To cud, że jeszcze żyję.
Jestem znowu na parkingu, ale gdzie są kumple? Nie ma ich, wyparowali, zapadli się pod ziemię. Co robić? Nie
mogę na nich czekać, nawet nie wiem, gdzie się podziali. Wracam ponownie do miasteczka, gdzie kolejarz wsadza
mnie do pociągu. Wracamy do Innsbrucku. Tam odbieram bilet. Wynikła z tego afera, bo znajomi oczekiwali, że
zostaną odebrane cztery bilety, a został wystawiony tylko jeden. Następnego dnia docieram do naszego celu
podroży. Kumple już tam są, zadowoleni, uśmiechnięci tak, jakby się nic nie stało. Nadarzyła się okazja, no to wsiedli
do samochodu Amerykanina, który udawał się do Zurychu. Zostawili mnie, bo sądzili, że wybrałem się do miasteczka
załatwić sobie bilet do Szwajcarii.
46.
Przez kilka lat pracy w ogrodnictwie upewniłem się co do jednej rzeczy. Dziewczyny pod krzakami nie rosną.
Sprawdziłem, pusto, ani jednej. Pierwszy kontakt z płcią przeciwna na Campie ograniczał się do nastolatek. Nie
wiem, co oni im dodają do jedzenia, ale czasem można się pomylić. Już na samym początku zostaliśmy
poinstruowani, że wszelki kontakt zakończy się dla nas wiezieniem i oskarżeniem o gwałt. Jedyny dozwolony kontakt
odbywa się w kantynie. Dwunastoletnie dziewczynki chcą się dowiedzieć czegoś więcej o moim życiu
erotycznym. “My już po, a jak u ciebie?”. Żadnego skrępowania. Próbuję się od nich opędzić i przemówić do
rozsądku. Bez rezultatu. Być może zawinił tu mój wygląd. Cierpię na syndrom Michaela J. Fox’a, po prostu wyglądam
jak przedszkolak. Nikt nie traktuje mnie poważnie, nastolatki chcą się ze mną umawiać, a ja cały czas mam w głowie
przestrogi o gwałcie. Moje kolejne znajomości określiłbym terminologia piłkarską. Miałem grać w drugiej lidze lub na
pozycji dochodzącego. Wypisałem się z takiego klubu. Tonący “ogłoszeń” się chwyta. Randka w ciemno - zaliczona.
Randka przez znajomych - zaliczona. Kilkaset dolarów na ogłoszenia - wydane. Dyskoteka na Greenpoincie -
zaliczona. Pierwszy kontakt z odmienną kulturą. Japonka. Przekonuję się, że życie to nie akwarium, a człowiek nie
ryba. Więcej emocji. Próbuję z innymi kulturami. Latynoski - kłamstwa są uniwersalne, nie znają granic. Rezygnuję
też, kiedy dowiaduję się od jednej z nich, że Coca Cola może wywołać trwale zmiany w układzie trawiennym i
spowodować powstanie “skóry” w żołądku. Hinduska - trochę nie w moim typie, próbuje zwrócić moją uwagę. Stawia
sprawę jasno. “Mój tata jest bogaty, ma sklep w Bombaju, a ja mam zieloną kartę”. Nie, dziękuję. Są Polki w szkole.
Można je policzyć na palcach jednej ręki. Jedna nie chce nigdy wyjść za mąż, z drugą można pogadać o jej
problemach. Inne potrafią tylko chichotać, nie reagują na moje słowa. Cześć, “chi chi”, jak leci “ha ha”. Poddaję się.
Przeszła mi ochota na wszelkie znajomości.
Siedzę w kafeterii, czytam gazetę. Do mojego stolika podchodzi dziewczyna. Jest koniec semestru, właśnie
skończyliśmy wspólne zajęcia. Zwróciła moją uwagę już wcześniej. Raz nawet zapytała mnie, czy jestem Polakiem.
Teraz, usiadła przy moim stoliku i zaczęliśmy rozmawiać. Takie rozmowy zdarzają się bardzo rzadko. Dwie osoby
nadają na tych samych “falach”, Kiss FM. Na zajęciach nie próbowałem nawet zwrócić jej uwagi, wydawało mi się, że
nie mam szans. Jej wygląd robił wrażenie, do tego nie była Polką, a ja już miałem doświadczenie z innymi kulturami.
Nie zawsze pozytywne. Zresztą, co ja wiem o ludziach, którzy pochodzą z Bangladeszu?
47.
Na razie spotykamy się tylko na uczelni. Nalega, abyśmy za bardzo nie afiszowali się na mieście. Powód jest
prozaiczny. Ludzka życzliwość nie zna granic. Obawia się, że jej rodzice dowiedzą się o naszej znajomości. Na
początku jest mi trudno zrozumieć takie zachowanie. Sam nie wiem, w co się pakuję. Muszę brać poprawkę na
odmienność kultur i pewnych zachowań. Wyczuwam jednak szczerość i dobre intencje. Na razie jesteśmy jak małe
robaczki, które niedowidzą. Wyciągamy swoje czułki i sprawdzamy: “Jesteś? - Jestem”.
Urodziła się w stolicy Bangladeszu, Dhace. Kiedy miała 11 lat jej rodzice postanowili opuścić kraj i osiedlić się w
Stanach. Porzucili wygodne życie, pozycję średniej klasy, spakowali walizki i razem z dwójką dzieci wylądowali w
Nowym Jorku w piwnicy, u swojej dalszej rodziny.
Amerykańskie piwnice to musi być ogólnoświatowe doświadczenie. Każdy imigrant, zanim przybędzie do Stanów,
powinien zabrać ze sobą paszport, bilet oraz listę, na której powinny być wypisane najważniejsze etapy nowego
życia. U samej góry musi znaleźć się miedzy innymi punkt “zamieszkać w piwnicy”. Niepotrzebne skreślić.
W swoim kraju stanowią niewielką grupę katolików. Są potomkami portugalskich żeglarzy, którzy pomagali zakładać
misje w Indiach. Główny ośrodek to miasto Goa, znajdujące się na południowo - zachodnim wybrzeżu Półwyspu
Indyjskiego. W Indiach imię i nazwisko służy nie tylko do identyfikacji, ale także zawiera informacje o religii. Kiedy
słyszymy „Khan” wiemy, że mamy do czynienia z muzułmaninem. Podobnie, „Singh” określa przynależność to
społeczności sikhijskiej. Chrześcijanie nadają tradycyjne imiona, jak Jan lub Abraham.
Mam w swoim rodzinnym albumie zdjęcie z okresu kołyskowego. Siedzę w małym samochodziku i ściskam niewielką
kierownicę. Ona też miała podobne zdjęcie, tylko samochodzik został zamieniony na wielkiego słonia. Jakże typowe i
egzotyczne dla tamtego regionu. Początkowo sądziłem, że jest to zwykły środek lokomocji. Pewnie każde dziecko w
Bangladeszu, zaraz po śniadaniu, bierze swój worek na kapcie, dosiada słonia i udaje się do szkoły. Okazał się on
jednak atrakcją turystyczną, podobną do białego misia na bałtyckiej plaży. “Say cheese”.
Takich różnic kulturowych było znacznie więcej. To, co nam wydaje się oczywiste, wcale takie nie jest dla tej drugiej
strony. Chłopak z Indii siedzi obok mnie na zajęciach. Zadaję mu pytanie:
- Jak tam te sprawy, spotykasz się z kimś?
Jest wyraźnie zmieszany
- Nie.
Drążę temat:
-Dlaczego?
- Rodzice chcą, abym poznał kogoś z Indii.
Jestem trochę zdziwiony.
-Naprawdę nie uważasz, że to powinna być Twoja decyzja?
- Nie. Mama wybierze odpowiednią osobę. Na pewno dokona dobrego wyboru.
48.
Zdrowie, ile cię trzeba cenić ten tylko się dowie…Pierwsze przeziębienie dopadło mnie już na samym początku
pobytu na Campie. Nic poważnego, zimne mleko na śniadanie spowodowało chwilowy ból gardła. Organizm
nieprzyzwyczajony. Całe życie słyszałem: “Nie pij, bo się przeziębisz”. Więc, nie piłem. Ale, jak tu schłodzić rozgrzany
organizm. W Polsce, jak wiadomo herbata to napój narodowy, dobry na wszystko. Mój kumpel z Afryki pił ją tylko
wtedy, kiedy był chory. Podobno Beduini, piją herbatę notorycznie i jakoś dają sobie radę z podwyższoną
temperaturą. Pewnie pomaga. Kiedy więc wracałem do domu po kilku godzinach gry w piłkę nożną, musiałem wlać w
siebie kilka szklanek gorącego napoju. Od razu dreszcze mi przechodziły. Idąc tropem tych rozważań - woda z lodem
powinna podnosić ciepłotę ciała o kilka stopni. Taki Eskimos - sięgnie do przerębli, jeden, dwa łyki i już jest
rozgrzany. Wystarczy na cały dzień. Przeziębienie i gorączka nie są dobrą wymówką. Szef ogrodnik wysłuchał mojej
skargi z ojcowską zatroskaną miną. Dał ciasteczka, coś do popicia, a na koniec dorzucił: “A teraz idź, załaduj
dziesięć wiader z ziemią do Vana”. Prawdziwy lekarz domowy.
Największy kryzys dopadł mnie w początkowym okresie studiów. Zacząłem dosłownie chudnąc w oczach. W ciągu
miesiąca straciłem ponad 15 kilo. Badania wykazały nadczynność tarczycy. Przez ponad miesiąc nie byłem wstanie
nic robić. Nie pracowałem, nie uczyłem się. Musiałem zrezygnować z jednego semestru. Nie miałem ubezpieczenia,
ale dzięki pomocy polskiego lekarza, który nie zbagatelizował, sytuacji byłem w stanie wrócić do zdrowia. Dostałem
też wsparcie finansowe od brata, który przebywał wówczas w Niemczech. Dziewczyna, z którą się spotykałem,
bezinteresownie oddala mi swoje stypendium, 1000$, dzięki którym mogłem opłacić kolejny semestr nauki. O zęby
też trzeba dbać. Brak ubezpieczenia utrudnia regularne wizyty, ale możliwość spłaty należności w ratach uczyniła
całe przedsięwzięcie bardziej przystępnym. Raz miałem leczenie kanałowe. Lekarze w takich przypadkach mówią do
siebie: “Musisz to zobaczyć”. Pani profesor stomatologii z Polski nie takie rzeczy już widziała.
Jedna rzecz mi dokucza do tej pory, zatoki. Nabawiłem się tej choroby tutaj, w Stanach. Kilka lat temu ktoś polecił
wizytę u tradycyjnego chińskiego zielarza. Wybrałem się więc na Chinatown. Na rogu Broadwayu i Canal Street
znajduje się chiński dom towarowy. Na jednym z pięter, tylną ścianę zajmowała drewniana konstrukcja z niezliczoną
ilością małych szufladek. Usiadłem gdzieś pomiędzy drzewkami bonsai i chińskimi wazami. Po kilku minutach pojawił
się lekarz z kubkiem zielonej herbaty w ręku. Przyglądał mi się przez kilka minut, zadał kilka pytań, potem stwierdził:
“Najpierw zajmiemy się zatokami, a potem będziemy leczyć dalej, całościowo”. Po kilku minutach przyniósł 3
paczuszki ziół. Kazał je wymieszać, ugotować, zrobić z tego wywar i pić każdego dnia. Poszedłem na skróty,
ugotowałem raz. Wywar nalałem do butelki, miało wystarczy na cały tydzień. Tego nie dało się pić, bez splunięcia
trzy razy przez lewe ramię.
49.
Wszyscy dobrze znają osiągnięcia burmistrza Giulianiego w kwestii “wybitych okien”. Dzięki jego stanowczości
bezdomni przestali pluć na szyby samochodów, kilku amatorów erotycznych wrażeń potraciło swoje samochody, a
imigrant z Afryki na własnej skórze odczuł, co to znaczy “głęboka penetracja” kiszki stolcowej za pomocą trzonka od
szczotki. Zabieg ten wykonało kilku rosłych drabów w policyjnych mundurach. W pewnym momencie burmistrz zaczął
się bawić w inżyniera dusz. Chciał nauczyć ludzi, jak należy prawidłowo przemieszczać się po ulicach Nowego Jorku.
W tym celu ustawiono na skrzyżowaniach barierki, które miały zmusić przechodniów do kierowania swoich kroków w
odpowiednią stronę. Przy każdej barierce w roli straszaka postawiono policjanta.
Każdy, kto korzysta z autobusu Greyhound, spotkał się z ostrzeżeniem, że nie należy palić i pluć w czasie jazdy. W
czasie mojego “Tour de Houston”, byłem świadkiem interwencji policji stanowej. Blady strach padł na delikwenta,
który jeszcze kilka minut wcześniej był gotowy walczyć z całym autobusem. W obecności policjanta, który wyglądał
jak strażnik z Yellowstone, nie był w stanie wybąkać ani jednego słowa. “Uwaga, miś Yogi jest proszony o oddanie
koszyka “.
Jednym z najbardziej fascynujących elementów wyposażenia nowojorskiego policjanta jest notes. To właściwie nie
jest notes, ale sporej wielkości notatnik. Znajduje się w tylnej, prawej kieszeni spodni. Na połowę długości wystaje na
zewnątrz i nie ma możliwości, aby z czymś takim usiąść. Jak oni z tym chodzą? Broń swobodnie zwisa w kaburze w
stylu “wild wild west”, czasem aż korci, aby podejść z tylu i sprawdzić, kto będzie szybszy i wyciągnie pierwszy
spluwę. Taki pojedynek zakończyłby się dla mnie zejściem z tego świata. Najpierw by do mnie strzelano, a potem
pytano: “Dlaczego, synku?”. Nie wiem, słyszałem jakieś glosy w głowie, wyciągnij, wyciągnij…
Kumpela, która ze mną pracowała, przeskoczyła kiedyś barierkę wejścia do metra. Została złapana przez kilku
tajniaków, którzy wyglądali całkiem niepozornie. Skończyło się notatką służbową, spotkaniem z sędzią i
odpracowaniem kilkunastu godzin społecznych na rzecz miasta w wolne soboty. Kilka razy byłem brany za stróża
prawa. Ludzie w metrze, po spojrzeniu na mnie, pytali: “Gliniarz jesteś, zgadza się? Tak, tak.
Raz w tygodniu, w piątek, dostawaliśmy czeki od pracodawcy. Jak zwykle wybrałem się do miejsca, gdzie można je
wymienić na gotówkę. Zaraz po wyjściu na ulicę schowałem pieniądze do kieszeni. Tuż obok mnie, nie wiadomo
skąd, znalazł się czarnoskóry turysta. Poprosił o pomoc w zlokalizowaniu hotelu, który miał znajdować się gdzieś na
wschodniej stronie. Pierwszy raz słyszałem tę nazwę. Chciałem mu pomoc, ale nie za bardzo miałem czas.
Przeszliśmy dwie przecznice, postanowiłem zadzwonić na informacje. Chwyciłem za słuchawkę automatu i wykręciłem
numer. Turysta stawał się coraz bardziej natarczywy, chciał żebym razem z nim poszedł szukać tego hotelu. Muszę
się jakoś wymigać. Dosłownie chwytam pierwszego przechodnia, który idzie w moją stronę. “Człowieku, pomóż”.
Oddaliłem się szybkim krokiem, jestem już blisko biura. Wejdę jeszcze kupię coś do picia u moich Meksykanów. Mam
już butelkę w ręku, kiedy do sklepu wpada zdyszany, dosyć młody chłopak, ubrany w dżinsy i koszulkę. Rozgląda się
nerwowo. Na piersiach zwisa charakterystyczna odznaka policji. Wyciągnął krótkofalówkę. “Znalazłem go”.
- Już myślałem, że cię straciłem.
- Ja nie szukam problemów
- Przed chwila pomagałeś komuś. To był oszust.
- Szukał hotelu.
- Tak, było takie miejsce na wschodniej stronie miasta, ale już go nie ma. Oni działają w grupie, nabierają naiwnych,
a potem pożyczają od nich pieniądze. Chodź, pomożesz nam ich zidentyfikować
Wyszliśmy na ulicę. Jeszcze raz wyciągnął krótkofalówkę z plastikowej torebki. Coś powiedział. Po drugiej stronie
ulicy, na chodniku, stało kilka osób. “Nie podchodź za blisko”. Miedzy nimi zauważyłem “turystę” oraz… przechodnia,
którego zgarnąłem z ulicy. Hm, jak powiedział kiedyś Kargul: “Teraz już za późno, wszyscy pod ścianę”.
50.
Nowy Jork jest miastem, które może przytłaczać swoim ogromem. Budynki tworzą betonowe kaniony, niezliczona
ilość samochodów i tłumy ludzi, przechodzące w masy. Wśród tego gąszczu każdy wytycza swoje własne ścieżki.
Poznaje nowe osoby i tworzy pewne relacje. Rytuał dnia zaczyna się wyjściem z domu. Powitanie sąsiadów, kilka
słów, “Jak leci”, biegiem do kiosku. Po drodze widzę człowieka, który sprzedaje gazety na chodniku. Zna swoich
stałych klientów. Rozpoznaje ich na odległość, wie co czytają. Wymiana pisma i pieniędzy dokonuje się w biegu.
Podjeżdżają samochody, a on szybciutko donosi gazetę. Zabrakło ci pieniędzy, “Nie szkodzi oddasz jutro”. Spośród
wielu tytułów leżących na ladzie, wyszukuję te jedno, które mnie interesuje, Nowy Dziennik. W pośpiechu rzucam 60
centów. Kilka miesięcy temu usłyszałem od jednego sprzedawcy: “Oszukałeś mnie na 5 centów”. Aj kochany, to my
się już nie zobaczymy. Po pewnym czasie polska gazeta zniknęła z jego lady. Zacząłem kupować ją w innym miejscu.
Kioskarz już mnie zna, czasem uprzedza, że “Dzisiaj nie dowieźli”.
Schodzę do metra. W pośpiechu wyciągam kartę magnetyczną, przesuwam szybkim ruchem przez czytnik i jestem
po drugiej stronie. Platforma jest już wypełniona po brzegi. Ludzie karnie czekają na kolejny pociąg. Każdego dnia
wyruszam z domu o tej samej godzinie, prawie, z tolerancją do 5 minut. Widzę te same twarze. Rozpoznaję je po
jakimś czasie. Kobieta wyciąga woreczek pełen owoców. Powoli zjada kolejne winogrona. Ten rytuał powtarza się
każdego dnia. Większość jest zajęta sobą, niektórzy śpią, większość coś czyta. Na przeciwko inna kobieta kończy
właśnie swój makijaż. Wyciąga jakieś szczypce i przykłada do oka, jednego, potem drugiego. Pomimo kołysania
pociągu, robi to z ogromna wprawą. Do wagonu wchodzi człowiek z biblią w ręku. “Jezus Cię kocha”, mówi coraz
głośniej, zaczyna się rozgrzewać, po kilku minutach wpada w trans. Już nie zwraca uwagi na otocznie. Jest jak pastor
na niedzielnej mszy i James Brown w jednej osobie.
Zanim zacznę pracę, trzeba coś jeszcze zjeść. Mam swoje ulubione miejsce. Sprzedawcy rozpoznają mnie od
momentu, kiedy wchodzę do sklepu. Nie muszę nic mówić, wiedzą doskonale, co chcę. Jeden przez drugiego starają
się spełnić moje życzenie. Kilka miłych słów “Hej Boss, jak leci, znowu poniedziałek” i kilka sekund później jestem już
na ulicy z brązową torebką w ręku. To masło było nieświeże. Szkoda, a tak o mnie dbali. Już tu więcej nie będę
zaglądał. Znajduję nowe miejsce. Na rogu stoi wózek, z którego można kupić bułkę i coś do picia. Po kilku dniach
sprzedawca jest już dobrym znajomym, na pożegnanie życzy jeszcze miłego dnia i dorzuca “do jutra”. Powrót do
domu tą samą ścieżką. Niektórzy ludzie przysypiają w metrze. Godzina jazdy szybko mija. Przeglądam gazetę, chcę
dowiedzieć się, czym żyje Ameryka. Wprawnym ruchem dostaję się na ostatnią stronę, opinie. Czasem mam ze sobą
książkę. Monotonię podroży przerywa bezdomny proszący o wsparcie. “ Wyszedłem ze szpitala”. Już chyba rok tak
wychodzi. Spotykam go co kilka tygodni, zawsze ma podciągniętą lewą nogawkę. Za nim pojawia się następny,
potem kobieta. Istna parada. Klną na siebie, już tu nic nie zarobią. Wchodzi obwoźny magik, zachęca ludzi do
współpracy. Abrakadabra, z kapelusza wyskakuje coś na podobieństwo szczura. Kobieta z przerażoną twarzą prawie
spada na podłogę. Jeszcze jedna sztuczka i na jej kolanach lądują “stringi”. Czy ktoś tu pierdnął? Eeeeeeeee,
otworzyć okno. Może to była kolejna sztuczka magika. “Człowieku budź się, końcowa stacja”.
Koniec tygodnia. W piątki się nie gotuje. Do wyboru kilka restauracji w okolicy. Typowy Amerykański “Diner”
prowadzony przez Greka. Znamy się jak łyse konie. Zawsze nałoży więcej niż powinien. Kiedy nie zaglądam przez
jakiś czas pyta: “Czy coś się stało? Tuż obok moja ulubiona meksykańska restauracja "El Coyote". Kucharz potrafi
wyczyniać cuda z przyprawami. Z okazji urodzin przynoszą darmowe drinki “na koszt firmy”. W hinduskiej restauracji
żartujemy przez kilka minut i umawiamy się na następny tydzień. Próbują nauczyć mnie kilku słówek. Jest jedno
miejsce, gdzie nie zaglądam. To znaczy zaglądałem, ale sprzedawczyni pieczonych kurczaków bardziej zależało na
zarobku niż mojej satysfakcji. Z aptekarską dokładnością wyliczała: “Dziś dania tylko za normalną cenę”. Wpisuję ją
do mojego dzienniczka miejsc zakazanych. Jak tak dalej pójdzie, nie będę miał gdzie się stołować.
Kiedy po całym dniu ścinania trawy wracałem do swojej piwnicy, miałem problemy z odczytaniem numeru domu.
Ulica była już pogrążona w ciemnościach. Wyciągam pęk kluczy i szukam tego właściwego. Próbuję go dopasować
do zamka. Coś jest nie tak, sprawdzam jeszcze raz numer domu. Tuż obok, w ciemnościach, słyszę glos z ciężkim
hiszpańskim akcentem: “To nie tu, Ty mieszkasz obok”.