Archiwum
Wszelkie prawa zastrzezone. Publikowanie bez wiedzy i zgody autora zabronie.
41.
W naszym mieszkaniu jest wolny pokój. Człowiek, który w nim mieszkał, postanowił ożenić się i wyprowadził się
na Greenpoint. Szukamy osoby zdolnej do zamieszkania razem z nami. Aplikant musi spełniać pewne warunki,
tak abyśmy się mogli nawzajem tolerować. Ja także uczestniczę w przepytywaniu chętnych. Wprowadziła się do
nas Francuzka, która pracowała razem ze mną. Była idealnym lokatorem. Większość wolnych chwil spędzała
poza domem. Niestety, po kilku miesiącach zdecydowała się wrócić do swojego rodzinnego kraju. Kolejna
dziewczyna, przekonała nas swoim wiekiem oraz tym, że studiowała. Pasowała do naszego towarzystwa.
Wydawało się, że wszystko jest na swoim miejscu. Byliśmy zadowoleni. Stan upojenia nie trwał jednak wiecznie.
Zachowanie higieny w mieszkaniu nie było jej najmocniejszą stroną. Nie wiem, czy robiła to z premedytacją. Nie
to jednak przeważyło o jej negatywnej ocenie. Największym problemem był fakt, że zataiła przed nami
“rozdwojenie jaźni”. Okazała się być zupełnie inną osobą od tej, z którą rozmawialiśmy na samym początku.
Wszystko zaczęło jej przeszkadzać, każdy dźwięk w mieszkaniu powodował napady złości. W końcu daliśmy jej
wymówienie. Kiedy myślę o niej, przychodzi mi do głowy tylko jedno skojarzenie: “A mówiła tak rozsądnie”. Do
pokoju wprowadził się krępy kontraktor o urodzie południowca. Kolejny gość i kolejna pomyłka. Okazał się być
duszą towarzystwa, a ponieważ miał dar przyciągania, więc wraz nim przyjęliśmy sporą grupę jego znajomych.
Drzwi się nie zamykały. Nie było rady, musieliśmy je zamknąć za nim. Żegnaj, żegnaj, „rozstania nadszedł czas”.
Ryzykujemy z kolejną osobą. Człowiek w średnim wieku, dopiero co przybył do Stanów. Wahamy się. Brak
pieniędzy na wynajem może spowodować,
że właściciel mieszkania będzie musiał pokryć koszty. Jeszcze nie ma pracy. Dopiero się rozgląda. Szuka,
dzwoni, przegląda gazety, bez rezultatu. Po dwóch miesiącach bezowocnych poszukiwań, wyprowadza się do
New Jersey, do nowo poznanych znajomych. Podobno coś mu załatwili.
Nasze mieszkanie zostaje obrabowane. Włamanie odbyło się po chamsku, na śrubokręt. Wystarczyło tylko
pchnąć drzwi. Nikt w budynku nie słyszał żadnego hałasu, nikt nie zwrócił uwagi na podejrzaną osobę. Zginęło
kilka wartościowych rzeczy. Na szczęście mój pokój został nienaruszony. Żelazna sztaba na framudze
zabezpieczyła przed kradzieżą. Zresztą, co on tam mógł u mnie ukraść? Stary telewizor i kilka płyt CD. Złodziej,
który dokonał włamania, miał dobre rozeznanie w rozkładzie mieszkania i wiedział, gdzie szukać wartościowych
rzeczy. Sprawa nie została nigdy wyjaśniona.
Wreszcie pojawia się chłopak, który zamieszka z nami na dłużej. Postanowił przeprowadzić się z New Jersey do
Nowego Jorku z zamiarem podjęcia nauki. Początkowo myślał o studiowaniu w szkole, która nazywa się TCI. W
tym celu miał zamiar skorzystać z pomocy finansowej. Za moją namową zmienił uczelnię i kierunek
zainteresowań. Złożył podanie na LaGuardie. Ponieważ pojawiły się pewne komplikacje, musiałem zwrócić się o
pomoc do kobiety, która już raz mi pomogła. Podobnie jak ja, został przyjęty w ekspresowym tempie. Potem,
przeniósł się na Baruch College i uzyskał tytuł Bachelors. Dopiero niedawno ożenił się i wyprowadził z tego
mieszkania na Greenpoint.
42.
Ten odcinek znajdziesz w książce
43.
Ameryka wywołuje wśród imigrantów wachlarz różnych emocji. Od nienawiści, do totalnej bezkrytycznej miłości.
Od spełnionych marzeń, do zgorzkniałej frustracji. Każdy imigrant, niezależnie od tego, skąd przybywa, ma
pewne oczekiwania wobec tego kraju. Miejsce pochodzenia lub kolor skóry nie mają żadnego znaczenia.
Wielokrotnie słyszałem z ust nieznajomych narzekania na Stany i Amerykanów. Życie w ich rodzinnych krajach
stoi na wyższym poziomie, ludzie są lepiej wykształceni i zarabiają lepsze pieniądze. Kilka miesięcy temu
wstąpiłem do niewielkiej cukierni na Forest Hills, Queens. Rodzinny zakład prowadził Hindus z żoną, oboje
pochodzili z Nairobi. Wystarczyła krótka rozmowa, abym usłyszał gorzkie żale na ciężkie życie w Stanach, plus
głupotę Amerykanów. W Stanach żyją od kilkunastu lat i posiadają własny biznes. Kiedy pytam ich, dlaczego nie
wrócą do Afryki, robią miny i nie są w stanie dać jednoznacznej odpowiedzi. Przez pewien czas, za sprawą
znajomego ,byłem pod wpływem podobnego negatywnego myślenia. Musiałem się od tego uwolnić, bo
doprowadziłoby mnie to do swoistej schizofrenii. Lepiej skoncentrować się na swojej pracy i nauce, niż bić się z
myślami.
Będąc jeszcze w liceum w Polsce, poznałem człowieka, który wrócił do kraju po kilkuletnim pobycie w Stanach.
Zarabiał tutaj jeżdżąc na taksówce. W okresie “późnego Jaruzelskiego” jego wybór wydał się nam dosyć dziwny.
Zadawaliśmy sobie pytanie, dlaczego wybrał powrót do kołchozu. Miał pracę, zarabiał pieniądze, wyrwał się na
wolne powietrze, więc czego chciał więcej? Odpowiedź nie była jednoznaczna, ale wyraźnie podkreślił, że nie
widział siebie w tej roli do końca życia. Pan J., który z nami zamieszkał, był pełen euforii po przylocie z Polski. Dla
niego wszystko było nowe i za nic miał moje przestrogi, żeby nie stawał zbyt blisko krawędzi platformy metra.
Każdy podejrzany typ był jego kumplem, niczego się nie bał. Przez ponad tydzień żywił się u Chińczyka,
spróbował chyba każdego dania w menu. Po pewnym czasie odkrył supermarket. Od tego momentu codziennie
smażył udko kurczaka. Nasz wspólny grupowy miesiąc miodowy skończył się z chwilą, kiedy zaczął paradować po
mieszkaniu w samych majtkach. Pan J. pracował kiedyś w Estradzie, był specem od nagłośnienia. W Stanach
znalazł się po raz pierwszy, z zamiarem zarobienia pieniędzy. Rzeczywistość przerosła jednak jego oczekiwania.
Przez kilka tygodni nie mógł znaleźć żadnej pracy. Stał się nerwowy. Nie mógł sobie poradzić ze stresem. Zaczął
pękać, przeklinał Stany i fakt, że się tutaj znalazł. Wybawienie przyszło nieoczekiwanie. Dzięki pomocy
znajomego, dostał pracę jako malarz w New Jersey.
Poznałem kiedyś ludzi, którzy byli już jakiś czas w Ameryce. Oboje pracowali. On miał własny kontraktorski
biznes, jej pracy już nie pamiętam. Mieszkali w całkiem porządnym domu w spokojnej okolicy. Jedno, co mnie
uderzyło, to pewna tymczasowość ich egzystencji. W ich mieszkaniu prawie nie było mebli. Jakieś drewniane,
zbite naprędce konstrukcje, zastępowały regały. Żadnych dywanów lub wykładzin na podłodze. Nie było niczego,
co świadczyło by o zadomowieniu, choćby czegoś w rodzaju ozdobnych roślin. Część ich dobytku była w dalszym
ciągu w pudłach. W tej całej układance najdziwniejszy był fakt, że mieszkali w tym miejscu już od dość dawna.
Mój kumpel dostaje drgawek i odruchów wymiotnych na słowo Stalowa Wola. Nie wiem, czy Stalowa Wola jest
takim złym miejscem do życia, on jednak musiał mieć fatalne wspomnienia. Cała jego rodzina osiedliła się w
Stanach po wygraniu w loterii zielonej karty. Nic go nie łączy z krajem i nie ma zamiaru utrzymywać żadnych
kontaktów. Z młodszą siostra rozmawia głównie po angielsku. To, co się dzieje za wielką wodą, mało go
interesuje. Od momentu przyjazdu do Ameryki nie był w ojczyźnie i nie planuje się tam wybierać.
44.
Dawno, dawno temu... (Rok 1989)
Wyjazd do Stanów nie był moim pierwszym kontaktem z Zachodem. Wiedziałem mniej więcej, czego mogę się
spodziewać. Ten pierwszy raz nastąpił w 1987 roku. Razem z bratem wyjechaliśmy na zaproszenie naszych
znajomych do Szwajcarii. Musieliśmy złożyć podanie o paszporty. Na koniec spotkania z oficerem usłyszeliśmy:
“Tylko chłopaki wracajcie”. W studium nauczycielskim, do którego uczęszczaliśmy, profesorowie przy wręczaniu
dyplomów też byli przekonani, że wykupiliśmy bilety w jedną stronę. Pomylili się, wróciliśmy. Do Szwajcarii
wyjeżdżałem jeszcze dwukrotnie. Miejsce pobytu - Sankt Gallen i okolice. Tamte wyjazdy w pewien sposób
ukształtowały nas, dały sporo do myślenia. Jednak Szwajcaria to kraj wyjątkowy i nie można go porównywać z
innymi państwami na kontynencie.
Kolejne wakacje i praca na kurzej fermie w Austrii. Zatrzymałem się u znajomej Austriaczki, z którą
korespondowałem. Jej mama załatwiła mi pracę na dwa tygodnie. Wstawałem o 5 rano i rowerem dojeżdżałem ze
dwa kilometry do fermy. Dwa łyki zimnego powietrza i byłem gotowy do pracy. Do południa musiałem nadążyć za
maszyną i ustawiać rożnej wielkości wytłoczki na taśmociągu. Po kilku godzinach takiego ćwiczenia, byłem jak
Charlie Chaplin dokręcający śruby. Potem przez kilka godzin wpatrywałem się w jajka przejeżdżające na taśmie,
poszukiwałem pęknięć i zadrapań. Innym razem musiałem przenosić kury z jednej klatki do drugiej tak, żeby były
po cztery w grupie. Raz w tygodniu robiliśmy jeden wielki kogel-mogel. Kiedy wracałem do domu, nie wiedziałem
jak się nazywam, zasypiałem na stojąco. Jedyną nagrodą za tą pracę była świadomość, że zarobię jakieś 300$.
Wydawało mi się, że jestem ustawiony do końca studiów. W tamtym okresie 5$ wystarczało na przeżycie całego
miesiąca. Dzięki moim znajomym i tak miałem szczęście, miałem pracę i dostałem całkiem dobrą stawkę.
Któregoś dnia przed fermą zjawił się samochód z polską rejestracją. Jeden z Polaków, człowiek w bardzo
średnim wieku, dostał pracę na kilka dni. On i jego kompan, mieszkali w zaparkowanym tuż obok maluchu.
Po dwóch tygodniach wyjechałem ze znajomą do Wiednia. Studiowała na Uniwersytecie Wiedeńskim i razem z
nią udałem się na rozpoczęcie roku akademickiego. Nikt mnie nie znał, a ja nie znałem języka. Mimo to,
wysłuchałem wykładu, ale bez zadawania pytań. Te kilka dni wykorzystałem na zwiedzenie miasta. Łażąc z mapą
zaglądałem tam, gdzie się tylko dało. Wszedłem nawet do miejskiego ratusza i, niezauważony przez nikogo,
zwiedziłem kilka sal.
Wróciłem do kraju, aby rozpocząć kolejny rok studiów. Pech jednak chciał, że pieniądze, które przywiozłem,
okazały się marnym zabezpieczeniem. Inflacja i spadek kursu dolara sprawiły, że zamiast kilku lat beztroskiego
życia, mogłem sobie pozwolić, co najwyżej na kilka miesięcy.
45
Ten odcinek znajdziesz w książce
46.
Przez kilka lat pracy w ogrodnictwie upewniłem się co do jednej rzeczy. Dziewczyny pod krzakami nie rosną.
Sprawdziłem, pusto, ani jednej. Pierwszy kontakt z płcią przeciwna na Campie ograniczał się do nastolatek. Nie
wiem, co oni im dodają do jedzenia, ale czasem można się pomylić. Już na samym początku zostaliśmy
poinstruowani, że wszelki kontakt zakończy się dla nas wiezieniem i oskarżeniem o gwałt. Jedyny dozwolony
kontakt odbywa się w kantynie. Dwunastoletnie dziewczynki chcą się dowiedzieć czegoś więcej o moim życiu
erotycznym. “My już po, a jak u ciebie?”. Żadnego skrępowania. Próbuję się od nich opędzić i przemówić do
rozsądku. Bez rezultatu. Być może zawinił tu mój wygląd. Cierpię na syndrom Michaela J. Fox’a, po prostu
wyglądam jak przedszkolak. Nikt nie traktuje mnie poważnie, nastolatki chcą się ze mną umawiać, a ja cały czas
mam w głowie przestrogi o gwałcie. Moje kolejne znajomości określiłbym terminologia piłkarską. Miałem grać w
drugiej lidze lub na pozycji dochodzącego. Wypisałem się z takiego klubu. Tonący “ogłoszeń” się chwyta.
Randka w ciemno - zaliczona. Randka przez znajomych - zaliczona. Kilkaset dolarów na ogłoszenia - wydane.
Dyskoteka na Greenpoincie - zaliczona. Pierwszy kontakt z odmienną kulturą. Japonka. Przekonuję się, że życie
to nie akwarium, a człowiek nie ryba. Więcej emocji. Próbuję z innymi kulturami. Latynoski - kłamstwa są
uniwersalne, nie znają granic. Rezygnuję też, kiedy dowiaduję się od jednej z nich, że Coca Cola może wywołać
trwale zmiany w układzie trawiennym i spowodować powstanie “skóry” w żołądku. Hinduska - trochę nie w moim
typie, próbuje zwrócić moją uwagę. Stawia sprawę jasno. “Mój tata jest bogaty, ma sklep w Bombaju, a ja mam
zieloną kartę”. Nie, dziękuję. Są Polki w szkole. Można je policzyć na palcach jednej ręki. Jedna nie chce nigdy
wyjść za mąż, z drugą można pogadać o jej problemach. Inne potrafią tylko chichotać, nie reagują na moje
słowa. Cześć, “chi chi”, jak leci “ha ha”. Poddaję się. Przeszła mi ochota na wszelkie znajomości.
Siedzę w kafeterii, czytam gazetę. Do mojego stolika podchodzi dziewczyna. Jest koniec semestru, właśnie
skończyliśmy wspólne zajęcia. Zwróciła moją uwagę już wcześniej. Raz nawet zapytała mnie, czy jestem
Polakiem. Teraz, usiadła przy moim stoliku i zaczęliśmy rozmawiać. Takie rozmowy zdarzają się bardzo rzadko.
Dwie osoby nadają na tych samych “falach”, Kiss FM. Na zajęciach nie próbowałem nawet zwrócić jej uwagi,
wydawało mi się, że nie mam szans. Jej wygląd robił wrażenie, do tego nie była Polką, a ja już miałem
doświadczenie z innymi kulturami. Nie zawsze pozytywne. Zresztą, co ja wiem o ludziach, którzy pochodzą z
Bangladeszu?
47.
Na razie spotykamy się tylko na uczelni. Nalega, abyśmy za bardzo nie afiszowali się na mieście. Powód jest
prozaiczny. Ludzka życzliwość nie zna granic. Obawia się, że jej rodzice dowiedzą się o naszej znajomości. Na
początku jest mi trudno zrozumieć takie zachowanie. Sam nie wiem, w co się pakuję. Muszę brać poprawkę na
odmienność kultur i pewnych zachowań. Wyczuwam jednak szczerość i dobre intencje. Na razie jesteśmy jak
małe robaczki, które niedowidzą. Wyciągamy swoje czułki i sprawdzamy: “Jesteś? - Jestem”.
Urodziła się w stolicy Bangladeszu, Dhace. Kiedy miała 11 lat jej rodzice postanowili opuścić kraj i osiedlić się w
Stanach. Porzucili wygodne życie, pozycję średniej klasy, spakowali walizki i razem z dwójką dzieci wylądowali w
Nowym Jorku w piwnicy, u swojej dalszej rodziny.
Amerykańskie piwnice to musi być ogólnoświatowe doświadczenie. Każdy imigrant, zanim przybędzie do Stanów,
powinien zabrać ze sobą paszport, bilet oraz listę, na której powinny być wypisane najważniejsze etapy nowego
życia. U samej góry musi znaleźć się miedzy innymi punkt “zamieszkać w piwnicy”. Niepotrzebne skreślić.
W swoim kraju stanowią niewielką grupę katolików. Są potomkami portugalskich żeglarzy, którzy pomagali
zakładać misje w Indiach. Główny ośrodek to miasto Goa, znajdujące się na południowo - zachodnim wybrzeżu
Półwyspu Indyjskiego. W Indiach imię i nazwisko służy nie tylko do identyfikacji, ale także zawiera informacje o
religii. Kiedy słyszymy „Khan” wiemy, że mamy do czynienia z muzułmaninem. Podobnie, „Singh” określa
przynależność to społeczności sikhijskiej. Chrześcijanie nadają tradycyjne imiona, jak Jan lub Abraham.
Mam w swoim rodzinnym albumie zdjęcie z okresu kołyskowego. Siedzę w małym samochodziku i ściskam
niewielką kierownicę. Ona też miała podobne zdjęcie, tylko samochodzik został zamieniony na wielkiego słonia.
Jakże typowe i egzotyczne dla tamtego regionu. Początkowo sądziłem, że jest to zwykły środek lokomocji. Pewnie
każde dziecko w Bangladeszu, zaraz po śniadaniu, bierze swój worek na kapcie, dosiada słonia i udaje się do
szkoły. Okazał się on jednak atrakcją turystyczną, podobną do białego misia na bałtyckiej plaży. “Say cheese”.
Takich różnic kulturowych było znacznie więcej. To, co nam wydaje się oczywiste, wcale takie nie jest dla tej
drugiej strony. Chłopak z Indii siedzi obok mnie na zajęciach. Zadaję mu pytanie:
- Jak tam te sprawy, spotykasz się z kimś?
Jest wyraźnie zmieszany
- Nie.
Drążę temat:
-Dlaczego?
- Rodzice chcą, abym poznał kogoś z Indii.
Jestem trochę zdziwiony.
-Naprawdę nie uważasz, że to powinna być Twoja decyzja?
- Nie. Mama wybierze odpowiednią osobę. Na pewno dokona dobrego wyboru.
48.
Zdrowie, ile cię trzeba cenić ten tylko się dowie…Pierwsze przeziębienie dopadło mnie już na samym początku
pobytu na Campie. Nic poważnego, zimne mleko na śniadanie spowodowało chwilowy ból gardła. Organizm
nieprzyzwyczajony. Całe życie słyszałem: “Nie pij, bo się przeziębisz”. Więc, nie piłem. Ale, jak tu schłodzić
rozgrzany organizm. W Polsce, jak wiadomo herbata to napój narodowy, dobry na wszystko. Mój kumpel z Afryki
pił ją tylko wtedy, kiedy był chory. Podobno Beduini, piją herbatę notorycznie i jakoś dają sobie radę z
podwyższoną temperaturą. Pewnie pomaga. Kiedy więc wracałem do domu po kilku godzinach gry w piłkę
nożną, musiałem wlać w siebie kilka szklanek gorącego napoju. Od razu dreszcze mi przechodziły. Idąc tropem
tych rozważań - woda z lodem powinna podnosić ciepłotę ciała o kilka stopni. Taki Eskimos - sięgnie do
przerębli, jeden, dwa łyki i już jest rozgrzany. Wystarczy na cały dzień. Przeziębienie i gorączka nie są dobrą
wymówką. Szef ogrodnik wysłuchał mojej skargi z ojcowską zatroskaną miną. Dał ciasteczka, coś do popicia, a
na koniec dorzucił: “A teraz idź, załaduj dziesięć wiader z ziemią do Vana”. Prawdziwy lekarz domowy.
Największy kryzys dopadł mnie w początkowym okresie studiów. Zacząłem dosłownie chudnąc w oczach. W ciągu
miesiąca straciłem ponad 15 kilo. Badania wykazały nadczynność tarczycy. Przez ponad miesiąc nie byłem
wstanie nic robić. Nie pracowałem, nie uczyłem się. Musiałem zrezygnować z jednego semestru. Nie miałem
ubezpieczenia, ale dzięki pomocy polskiego lekarza, który nie zbagatelizował, sytuacji byłem w stanie wrócić do
zdrowia. Dostałem też wsparcie finansowe od brata, który przebywał wówczas w Niemczech. Dziewczyna, z którą
się spotykałem, bezinteresownie oddala mi swoje stypendium, 1000$, dzięki którym mogłem opłacić kolejny
semestr nauki. O zęby też trzeba dbać. Brak ubezpieczenia utrudnia regularne wizyty, ale możliwość spłaty
należności w ratach uczyniła całe przedsięwzięcie bardziej przystępnym. Raz miałem leczenie kanałowe. Lekarze
w takich przypadkach mówią do siebie: “Musisz to zobaczyć”. Pani profesor stomatologii z Polski nie takie rzeczy
już widziała.
Jedna rzecz mi dokucza do tej pory, zatoki. Nabawiłem się tej choroby tutaj, w Stanach. Kilka lat temu ktoś
polecił wizytę u tradycyjnego chińskiego zielarza. Wybrałem się więc na Chinatown. Na rogu Broadwayu i Canal
Street znajduje się chiński dom towarowy. Na jednym z pięter, tylną ścianę zajmowała drewniana konstrukcja z
niezliczoną ilością małych szufladek. Usiadłem gdzieś pomiędzy drzewkami bonsai i chińskimi wazami. Po kilku
minutach pojawił się lekarz z kubkiem zielonej herbaty w ręku. Przyglądał mi się przez kilka minut, zadał kilka
pytań, potem stwierdził: “Najpierw zajmiemy się zatokami, a potem będziemy leczyć dalej, całościowo”. Po kilku
minutach przyniósł 3 paczuszki ziół. Kazał je wymieszać, ugotować, zrobić z tego wywar i pić każdego dnia.
Poszedłem na skróty, ugotowałem raz. Wywar nalałem do butelki, miało wystarczy na cały tydzień. Tego nie dało
się pić, bez splunięcia trzy razy przez lewe ramię.
49.
Ten odcinek znajdziesz w książce
50.
Nowy Jork jest miastem, które może przytłaczać swoim ogromem. Budynki tworzą betonowe kaniony, niezliczona
ilość samochodów i tłumy ludzi, przechodzące w masy. Wśród tego gąszczu każdy wytycza swoje własne ścieżki.
Poznaje nowe osoby i tworzy pewne relacje. Rytuał dnia zaczyna się wyjściem z domu. Powitanie sąsiadów, kilka
słów, “Jak leci”, biegiem do kiosku. Po drodze widzę człowieka, który sprzedaje gazety na chodniku. Zna swoich
stałych klientów. Rozpoznaje ich na odległość, wie co czytają. Wymiana pisma i pieniędzy dokonuje się w biegu.
Podjeżdżają samochody, a on szybciutko donosi gazetę. Zabrakło ci pieniędzy, “Nie szkodzi oddasz jutro”.
Spośród wielu tytułów leżących na ladzie, wyszukuję te jedno, które mnie interesuje, Nowy Dziennik. W
pośpiechu rzucam 60 centów. Kilka miesięcy temu usłyszałem od jednego sprzedawcy: “Oszukałeś mnie na 5
centów”. Aj kochany, to my się już nie zobaczymy. Po pewnym czasie polska gazeta zniknęła z jego lady.
Zacząłem kupować ją w innym miejscu. Kioskarz już mnie zna, czasem uprzedza, że “Dzisiaj nie dowieźli”.
Schodzę do metra. W pośpiechu wyciągam kartę magnetyczną, przesuwam szybkim ruchem przez czytnik i
jestem po drugiej stronie. Platforma jest już wypełniona po brzegi. Ludzie karnie czekają na kolejny pociąg.
Każdego dnia wyruszam z domu o tej samej godzinie, prawie, z tolerancją do 5 minut. Widzę te same twarze.
Rozpoznaję je po jakimś czasie. Kobieta wyciąga woreczek pełen owoców. Powoli zjada kolejne winogrona. Ten
rytuał powtarza się każdego dnia. Większość jest zajęta sobą, niektórzy śpią, większość coś czyta. Na przeciwko
inna kobieta kończy właśnie swój makijaż. Wyciąga jakieś szczypce i przykłada do oka, jednego, potem
drugiego. Pomimo kołysania pociągu, robi to z ogromna wprawą. Do wagonu wchodzi człowiek z biblią w ręku.
“Jezus Cię kocha”, mówi coraz głośniej, zaczyna się rozgrzewać, po kilku minutach wpada w trans. Już nie
zwraca uwagi na otocznie. Jest jak pastor na niedzielnej mszy i James Brown w jednej osobie.
Zanim zacznę pracę, trzeba coś jeszcze zjeść. Mam swoje ulubione miejsce. Sprzedawcy rozpoznają mnie od
momentu, kiedy wchodzę do sklepu. Nie muszę nic mówić, wiedzą doskonale, co chcę. Jeden przez drugiego
starają się spełnić moje życzenie. Kilka miłych słów “Hej Boss, jak leci, znowu poniedziałek” i kilka sekund
później jestem już na ulicy z brązową torebką w ręku. To masło było nieświeże. Szkoda, a tak o mnie dbali. Już tu
więcej nie będę zaglądał. Znajduję nowe miejsce. Na rogu stoi wózek, z którego można kupić bułkę i coś do
picia. Po kilku dniach sprzedawca jest już dobrym znajomym, na pożegnanie życzy jeszcze miłego dnia i dorzuca
“do jutra”. Powrót do domu tą samą ścieżką. Niektórzy ludzie przysypiają w metrze. Godzina jazdy szybko mija.
Przeglądam gazetę, chcę dowiedzieć się, czym żyje Ameryka. Wprawnym ruchem dostaję się na ostatnią stronę,
opinie. Czasem mam ze sobą książkę. Monotonię podroży przerywa bezdomny proszący o wsparcie. “
Wyszedłem ze szpitala”. Już chyba rok tak wychodzi. Spotykam go co kilka tygodni, zawsze ma podciągniętą
lewą nogawkę. Za nim pojawia się następny, potem kobieta. Istna parada. Klną na siebie, już tu nic nie zarobią.
Wchodzi obwoźny magik, zachęca ludzi do współpracy. Abrakadabra, z kapelusza wyskakuje coś na
podobieństwo szczura. Kobieta z przerażoną twarzą prawie spada na podłogę. Jeszcze jedna sztuczka i na jej
kolanach lądują “stringi”. Czy ktoś tu pierdnął? Eeeeeeeee, otworzyć okno. Może to była kolejna sztuczka
magika. “Człowieku budź się, końcowa stacja”.
Koniec tygodnia. W piątki się nie gotuje. Do wyboru kilka restauracji w okolicy. Typowy Amerykański “Diner”
prowadzony przez Greka. Znamy się jak łyse konie. Zawsze nałoży więcej niż powinien. Kiedy nie zaglądam przez
jakiś czas pyta: “Czy coś się stało? Tuż obok moja ulubiona meksykańska restauracja "El Coyote". Kucharz
potrafi wyczyniać cuda z przyprawami. Z okazji urodzin przynoszą darmowe drinki “na koszt firmy”. W hinduskiej
restauracji żartujemy przez kilka minut i umawiamy się na następny tydzień. Próbują nauczyć mnie kilku słówek.
Jest jedno miejsce, gdzie nie zaglądam. To znaczy zaglądałem, ale sprzedawczyni pieczonych kurczaków
bardziej zależało na zarobku niż mojej satysfakcji. Z aptekarską dokładnością wyliczała: “Dziś dania tylko za
normalną cenę”. Wpisuję ją do mojego dzienniczka miejsc zakazanych. Jak tak dalej pójdzie, nie będę miał gdzie
się stołować.
Kiedy po całym dniu ścinania trawy wracałem do swojej piwnicy, miałem problemy z odczytaniem numeru domu.
Ulica była już pogrążona w ciemnościach. Wyciągam pęk kluczy i szukam tego właściwego. Próbuję go
dopasować do zamka. Coś jest nie tak, sprawdzam jeszcze raz numer domu. Tuż obok, w ciemnościach, słyszę
glos z ciężkim hiszpańskim akcentem: “To nie tu, Ty mieszkasz obok”.