Archiwum
51.
Ludzie chcą mieszkać w miejscach, które stwarzają pozory małej społeczności. Ich nazwy odnoszą się do tego
pragnienia, East Village, Alphabet City, Sutton Place. Kilka ulic, sklepy, kościół, synagoga lub meczet na
Harlemie. Istnieją niewidzialne granice. Każde miejsce, jak magnes, przyciąga swoją klientelę. Panie na lewo,
panowie na Greenwich Village. Donald Trump wpadł na pomysł zamiany powierzchni biurowej na mieszkania. W
ekspresowym tempie zaadaptowano dawne biurowce przy Broadwayu.  Znaleźli się chętni. Do tej pory pozostaje
dla mnie zagadką, gdzie ci ludzie robią zakupy. “Kochanie, idę do sklepu po mleko, nie czekaj na mnie z kolacją”.
Dolny Manhattan, tak zwany Wall Street, ma swoją wschodnią i zachodnią stronę. Przejście w poprzek wyspy
może zając nie więcej niż
15 minut. Główna atrakcja wschodniej części to ulica Fulton, “Seaport” I “Pier17”, budynek ze sklepami, fast-
foodami i super widokiem na Brooklyn Bridge. Nad całą okolicą unosi się zapach ryb, pozostałość po
wczesnoporannym targu. Tuż obok autostrada biegnąca z północy na południe wyspy. Po zachodniej stronie
wybudowano podobne połączenie, tylko w odwrotnym kierunku. Przecinała ona kompleks budynków, w których
ulokowały się centra finansowe. Graniczył z nią jedynie hotelu Marriott. Jedna z wież łączyła się naziemnym
korytarzem z World Financial Center. Kiedy World Trade Center runął, korytarz został zniszczony wraz z częścią
szklanego Atrium. Jest to miejsce dostępne dla publiczności, z wysokimi palmami i widokiem na rzekę Hudson.
Przy brzegu kilka przycumowanych jachtów. World Financial Center jest jedyną częścią dolnego Manhattanu,
gdzie funkcjonuje niewielkie osiedle. Zaraz po tragedii, mieszkańcy musieli je opuścić na kilka dni.
Na wysokości Brooklyn Bridge zaczyna się kompleks budynków rządowych, lokalnych i federalnych. W samym
centrum stoi miejski ratusz, tuż obok pierwszy z budynków sądowych. Z tyłu za nim, kwatera główna policji.
Bardziej na północ, dwa potężne budynki znane z wielu filmów, z charakterystycznymi schodkami. W środku,
szczelna kontrola. “Mam coś dla sędziego, muszę dostarczyć do rąk własnych”. Sala rozpraw, postępowanie w
toku, “Czy świadek ma jeszcze coś do dodania”. Słyszę wyraźny głos skierowany do mnie. “Czapki z głów”. Ja,
Jaśnie Panie, ze czworaków względem szkody…
Na przeciwko sądu, wysoki budynek federalny. Miejsce, gdzie rozstrzyga się przyszłość imigrantów. Kolejki
interesantów ustawiają się już od samego rana. Kilka wejść w zależności od ciężaru gatunkowego. “Ja tylko
chciałem czyste formularze dla klienta”. Urzędnik jest niesympatyczny, miesza z błotem kolejnych interesantów,
zgrzyta zębami. “Proszę, o…, ale ja chciałem 5 kopii”. Facet dostaje drgawek. Wyciąga w prawo ramię ze
wskazującym palcem. Szybkim ruchem odsuwa krzesło,  wstaje i prawie biegnie do wyjścia, w moją stronę.
Patrzymy na siebie. Przemieszczam się równolegle. Przyspiesza. Szybkim ruchem otwiera drzwi  i już jest przy
mojej twarzy. Dzięki interwencji strażnika, do rękoczynów nie doszło. W ciągu kilku sekund napięcie ustąpiło.
Byliśmy znowu „cool”. Ja mogłem wrócić do swoich przesyłek, a on do swojego miejsca w okienku.

52.

Ten odcinek znajdziesz w książce

53.
Dawno, dawno temu...(Rok 1990)
Czas wracać do kraju. Cała ta wycieczka to była jedna wielka pomyłka. Rozdzielamy się. Ja i kumpel wracamy,
pozostała dwójka miała jeszcze za mało przygód. Chcą jechać do Francji. Znajoma Szwajcarka podrzuciła nas do
granicy z Niemcami. Na do widzenia dostałem jeszcze od niej kilkanaście marek. Przekraczamy granicę na
piechotę. Urzędnicy nie bardzo chcą nas puścić. Podejrzliwie sprawdzają paszporty, wreszcie pytają o pieniądze.
Wyciągam portfel i pokazuję harmonijkę dolarówek. Uśmiechnęli się, spojrzeli po sobie i wbili wizy. Poinstruowali
nas jeszcze, że mamy opuścić ich kraj w ciągu 24 godzin.
Wychodzimy za miasto i czekamy na okazję. Chcemy ominąć Monachium i jechać prosto na Pragę. Większość
samochodów jedzie jednak w kierunku, który nam nie odpowiada. W ciągu 6 godzin zatrzymuje się tylko 8 wozów.
Wyłącznie dziewczyny w rożnym wieku. Młodsze w odkrytym Mercedesie tylko zaczepnie uśmiechają się. Jedna ze
starszych, trochę zdezorientowana moją odmową, pyta:  “To w końcu gdzie chcesz jechać?” Robi się już późno,
zostało mało czasu. Musimy wydostać się z Niemiec, zmieniamy plany i kierunek. Kolejny samochód zabiera nas
na południe. Niewielka miejscowość, malowniczo położona, wygląda jak pocztówka. Czas zrobić użytek z
otrzymanych pieniędzy. Wstępujemy do niewielkiej restauracyjki. Kupujemy po piwie i parówce. Jest już późno,
noc. Następne kilka godzin spędzamy poza miastem, pod wiaduktem. Próbujemy trochę odpocząć. Czekamy do
wschodu słońca. Na mapie odległość od granicy wydaje się niezbyt duża, w sumie 10 kilometrów. Zostało nam
jeszcze kilka godzin do wyznaczonego terminu. Zakładamy plecaki i w drogę. Idziemy gęsiego, ja z przodu, kumpel
za mną. Opanował “trudną indiańską sztukę spania z otwartymi oczami”. Robi się jednak niebezpiecznie, coraz
bardziej schodzi do środka jezdni. Kolejne klaksony samochodów przywołują go jednak do porządku. Dochodzimy
do niewielkiej stacyjki benzynowej. Wstępuję na chwilę, by kupić coś do picia. Kumpel siada na krawężniku i
zasypia w ciągu kilku sekund. Sprzedawca, Chińczyk, wychodzi ze swego kantorka. Przygląda się nam, próbuje
podnieść plecak. Widzę ogromny wysiłek na jego twarzy. Jedno, drugie podejście, wreszcie się poddaje. Plecak
ani drgnął. Dalszy marsz wydaje się być niemożliwy. Naszym oczom ukazuje się masyw górski. Granica jest gdzieś
tam wysoko. Wpadam na pomysł skorzystania z lokalnego autobusu. Zostało mi jeszcze 8 marek. Kierowca chce
dziesięć. Ostatecznie zgadza się zabrać nas na sam szczyt góry. W autobusie jesteśmy tylko my i on.
Serpentynami pniemy się do granicy. Ze złapaniem następnego samochodu nie mamy problemu. Tym razem
zjeżdżamy w dół, po austriackiej stronie. Właściciel niewielkiego Vana jedzie jak szalony, w lewo, prawo. Widoki
zapierają dech, bardziej ze strachu niż piękna. Wysadza nas tuż obok tego nieszczęsnego parkingu koło
Innsbrucku. Dosłownie w tym samym miejscu gdzie przebiegłem autostradę. Noc spędzamy w tym samym zakonie,
gdzie zatrzymaliśmy się kilka tygodni temu. Oprócz nas, jest tutaj także grupa młodych Czechów. Podobnie jak my,
podróżują po Zachodzie. Dla nich był to pierwszy wyjazd w życiu. Przystawiają nosy do witryn sklepowych,
wszystko jest dla nich nowe. Cóż może być lepszego niż wycieczka? Czeska “Skodą”?
Z samego rana uderzamy na Salzburg. Docieramy do miejsca, gdzie można wybrać dwie drogi, na skróty przez
Niemcy lub trochę dłuższą okrążającą cypelek. Większość kierowców chce jechać prosto. Zatrzymuje się człowiek
wozem dostawczym. Namawia nas abyśmy się z nim zabrali. Przed granicą zatrzymuje samochód, każe schować
plecaki i wyciągnąć paszporty. Będziemy trzymać
dokumenty w naszych rękach, odwrócone tyłem tak, aby nie było widać orzełka. Urzędnicy siedzą trochę znudzeni
na belce. Nasza kolej. Podnosimy paszporty. Wyglądamy jak pracownicy budowlani jadący do pracy. Jesteśmy po
drugiej stronie, z powrotem w Niemczech, tym razem nielegalnie. Z kierowcy zeszło napięcie, widać, że jest bardzo
zadowolony ze swojego pomysłu. Pól godziny później, całkiem znienacka, wyciąga ramię i rzuca “Heil Hitler”.
Jestem trochę zaskoczony, “To jeszcze jest u was popularne?”, zadaję pytanie. Trochę zmieszany odpowiada:
“Nie”. Pochodzi z tej samej miejscowości, co Hitler. Po prostu chciał się pochwalić. Kilka uścisków na pożegnanie i
jedziemy dalej.
Kolejny kierowca wysadza nas przed tym samym klasztorem, gdzie zatrzymaliśmy się w drodze do Szwajcarii.
Kiedy jeden z braciszków nas zobaczył, prawie wykrzyknął: “Wy znowu tutaj?

54.
“O czym marzy dziewczyna, gdy dorastać zaczyna?”. Nie wiem. Wiem, o czym marzyli jej rodzice. Rozeszła się
wieść po okolicy, że jest panna na wydaniu. Z rożnych stron zjawiają się kandydaci. Propozycje stąd oraz z
dalekiego kraju. Panna jednak niewzruszona, tupie nogą, “Chcę innego kandydata”. A ostrzegała mnie: “Nie
wiesz, w co się pakujesz”. W swojej nieświadomości, znalazłem się w sklepie ze słodyczami. Nie wszystkich
wpuszczają. Do środka można być tylko wprowadzonym. Najlepiej niczego nie dotykać. Inni obserwują, patrzą.
Dotknąłeś, koniec, teraz musisz już ssać cukierka do końca życia. Samo podejrzenie może sprawić, że nikt już się
cukierkiem nie zainteresuje. Kolejni kandydaci nachodzą rodziców. “Chcę się żenić, jestem gotów. Mam pozycje
managera”. To już koniec, zrywa ze mną. Amerykanie nazywają takie rozstanie “to nie Ty, to Ja”. W liście pisze:
“Dalej nie wytrzymam, już  nie mogę odpierać ataków kolejnych adoratorów. Rodzice, rodzina, plany i kultura. Są
granice, których przekroczyć nie można, wyrzucą mnie z domu”. Zadziałał impuls.
Następnego dnia spotkałem się z jubilerem. Zgarnął mnie z ulicy. Wyciągnął niewielki drobiazg i położył na ladzie.
Całkiem, całkiem, “a tak w ogóle to przyjmujesz zwroty?”. Uśmiechnął się i rzekł: “Powodzenia”. Przez następne
kilka godzin stałem pod sklepem, gdzie pracowała. Przestępuję z nogi na nogę, czekam. Wreszcie wyszła.
Niewielki “park” stał się świadkiem oświadczyn. “Sam tego chciałeś”, usłyszałem głos w słuchawce i dodała:  
“Przyjeżdżaj”.
Z bijącym sercem wchodziłem po kolejnych stopniach. Pierwsze piętro, drugie. Wreszcie jestem na ostatnim.
Zapachy indyjskich potraw unoszą się na całej klatce schodowej. Wchodzę do mieszkania, jej mama gotuje coś w
kuchni. W pokoju wita mnie człowiek około pięćdziesiątki. Trochę szpakowaty. Na sobie ma biały podkoszulek i
coś, co wygląda jak długa spódnica z lekkiego materiału. Siadam na
kanapie. Ona tuż obok.
- Kim jesteś młody człowieku?
- Kolega ze studiów – wykrztusiłem - Przyszedłem prosić o rękę Pańskiej córki.

            
55.

Ten odcinek znajdziesz w książce

56.
Powoli zbliżam się do końca studiów na LaGuardii. Nauka miała mi zając dwa lata, trwała jednak dłużej.
Początkowo brałem cztery zajęcia w semestrze, potem już tylko trzy. Godzina, jedna po drugiej, prawie jak w
szkole podstawowej. Krótka przerwa na przejście z jednej klasy od drugiej. Tornister na plecy, kapcie w rękę. Na
zajęciach z reguły około czterdzieści osób. W rożnym wieku. Od ludzi, którzy dopiero co skończyli high school, do
znacznie starszych. Podstawy księgowości, człowiek już w zaawansowanym średnim wieku. Ledwo sobie radzi z
nauką, nie może nadążyć ze zrozumieniem treści. Klasa w głosowaniu decyduje, że musimy gonić z materiałem.
“Nie będziemy czekać na słabsze jednostki”.
Profesorowie wykazują sporo zrozumienia dla potrzeb ruchowych i werbalnych uczniów. Nie denerwują się, nie
krzyczą. Spokojnie tłumaczą temat, aż do znudzenia. Staram się być aktywny. Zadaję sporo pytań, grunt to się
odzywać. Profesor musi wyrobić sobie zdanie o studencie. Moje uwagi i pytania działają niektórym osobom na
nerwy. “Znowu się odzywa”.
Jestem przyzwyczajony do wypowiadania “ostrych” opinii. Jest jakaś różnica w sposobie używania argumentów w
dyskusji. “Nocne Polaków rozmowy” opierają się na sile wypowiedzi. Inne kultury mają z tym problem. Ludzie są
bardziej pasywni, wyczekują, starają się wziąć pod uwagę uczucia drugiej osoby. Myślą o tym, jaki może być efekt
końcowy. Podobnie zachowują się osoby, z którymi pracuję. Szczególnie Latynosi i Azjaci przeżywają ciężkie
chwile, kiedy mają przedstawić swoje argumenty.
Nauka nie sprawia mi problemów. Jest to chyba efekt kilku lat studiów w Polsce. Szybka analiza tekstu, wybranie
najważniejszych punktów i przygotowanie do testu. Większość z nich polega na zaznaczeniu jednej z odpowiedzi.
Test jest tylko pozornie łatwy. Jak się zastanowić, to prawie każda z opcji może być prawidłowa. Kiedy brakuje już
czasu, zaczyna się wyścig i skreślanie na oślep. Podoba mi się ich system. Brak egzaminów na koniec semestru
jest dużym plusem. Jednocześnie kolejne sprawdziany zmuszają do nauki. Gdybym miał przerobić cały materiał tuż
przed końcowym egzaminem, na pewno zakończyłoby się to klęską.
Mam problem z napisaniem eseju. City University, do którego należy LaGuardia, wymaga zdania ogólnego testu z
literatury. Kilka dyżurnych tematów i walka z czasem. Wprowadzenie, rozwiniecie i zakończenie. Bez błędów i w
miarę poprawnie stylistycznie. Normalnie nie miałem problemów na zajęciach z literatury, ale z tym zadaniem nie
mogłem sobie poradzić. Podchodziłem do niego ponad sześć razy. W każdym semestrze można było go zdawać
tylko raz. Dopiero tuż przed końcem studiów udało mi się go zaliczyć. Sam byłem
zaskoczony. Takich delikwentów jak ja, było setki. Profesorka zdradziła nam pewien sekret. “Ludzie, którzy
sprawdzają prace, dostają wynagrodzenie, 25 centów za każde wypracowanie”. Zaczynają czytać pierwszy
paragraf. Jeżeli się nie podoba, to praca ląduje w “koszu”.
Końcówka. Chcę przenieść się na inną uczelnię i uzyskać tytuł Bachelors. Rozesłałem listy z pytaniem o możliwość
otrzymania stypendium lub pomocy finansowej. Dostałem kilka odpowiedzi. Większość typu: „Owszem, czemu nie”,
ale damy tylko kilka tysięcy. Semestr nauki może kosztować 16 tysięcy, a oni oferują maksymalnie 8. Żebym nie
wiem jak się starał, to tej brakującej sumy nie wytrzasnę.
Dostałem zaproszenie na spotkanie organizowane przez Syracuse University. Uczelnia posiada swój dom -
rezydencję na Manhattanie. Byłem ja i kilkadziesiąt innych osób, wyselekcjonowanych kandydatów. Większość z
rodzicami, z dobrych domów. Zadają pytania o rożne formalności, człowiek prowadzący zajęcia cierpliwie
odpowiada. Ja też dorzucam swoje. “Czy przyjęlibyście mnie na uczelnię z moim statusem imigracyjnym?”. Znowu
widzę zmieszaną minę. „Raczej tak, ale musiałbyś mieć odpowiednią ilość pieniędzy na pokrycie czesnego”.
Wyciąg z konta proszę. Nie ma się co wygłupiać z “ligą bluszczową”. City University musi wystarczyć.
Złożyłem podanie na Baruch College i po kilku miesiącach dostałem potwierdzenie, że zostałem przyjęty. Czas
zakupić rośliny doniczkowe, niech bluszcz pnie się po ścianach.

57.
Co dalej, co robić? Nie wiedziałem ja, nie wiedziała Ona. Zaraz po moim wyjściu dostała zakaz spotykania się ze
mną. Rodzice pozostali niewzruszeni. Nie zerwaliśmy ze sobą, w dalszym ciągu spotykaliśmy się na uczelni.
Zacząłem też do niej dzwonić. Pewne bariery zostały przełamane. Trzeba było zając się innymi sprawami,
dopilnować zajęć w szkole. Minęło kilka miesięcy, kiedy dostałem od niej telefon.
-Bierzemy ślub, rodzice zmienili zdanie.
-Tak nagle?
-Tak.
-Kiedy?
-W tym tygodniu.
Nigdy nie poznałem prawdziwej przyczyny zmiany decyzji. Mogę się jedynie domyślać. Wiem, że tego dnia, kiedy
przyszedłem się oświadczyć, była przygotowana na wszystko. Swoje rzeczy spakowała w walizkę i czekała na
rozwój wydarzeń.
Polowa lat 90tych to okres antyimigracyjnej histerii w życiu publicznym. Sprawy ekonomiczne szły złym torem.
Politycy i media znalazły worek treningowy, należało kogoś winić. Nowa ustawa zamykała drzwi i wyrzucała tych,
którzy nie mieli żadnej możliwość zalegalizowania pobytu. Najwyższy wymiar kary, 10 lat. Obecne problemy z
przekraczaniem granicy, jak odciski palców i robienie zdjęć, są pochodną tamtych zmian. Tysiące ludzi
postanowiło stanąć na ślubnym kobiercu. Niektórzy robili to nawet kilkukrotnie. Urząd imigracyjny jednak się
połapał i jakiś czas później zdjęcie najbardziej zaradnej osoby trafiło na okładki lokalnych gazet. Sądy przeżywały
prawdziwe oblężenie. Kolejki ustawiały się od samego rana. Przypominały się czasy PRL-u. “Po jednym dawać”.
Każda para miała tylko 1-2 minuty na spotkanie z sędzia. Jedni wchodzą, drudzy wychodzą. Nie ma czasu na
zdjęcia, następny prooooooooooosze.
Znajomi wpadli na pomysł załatwienia formalności poza miastem. W piątek zarejestrowaliśmy się, a w sobotę
metrem wyjechaliśmy gdzieś na Bronks. Potem już samochodem do malej mieściny na północ od Nowego Jorku.
Byliśmy jedyną parą w urzędzie. Sędzina, niezwykle sympatyczna osoba, specjalnie na tę okazję, przygotowała
odpowiedni wiersz. Włożyła wiele serca w tą uroczystość. Byliśmy tylko my i świadkowie, nasi znajomi pochodzący
z Ekwadoru. Ślub uczciliśmy w węgierskiej restauracji przy całkiem polskich gołąbkach.

58.
Puk, Puk.
-Kto tam ?
-Twoje 25 lat minęło.
-To już ? Szybko zleciało.
-Wyspałeś się?
-Chyba tak, całkiem dobrze mi szło.
-Coś za bardzo się nie wysilasz, masz jakieś plany na przyszłość?
-Sam nie wiem, co będę robił. Szukałem pracy, chodziłem, pytałem, ale jak dowiadywali się, gdzie studiuję, to mieli
dla mnie jedną odpowiedź. Pracy nie ma i nie będzie.
-Tak, czasy się zmieniają.
-No to co ja mam robić? Czytać gazetę do końca życia?
-Popatrz. Nowe się tworzy, innym się udaje.
-No weź przestań, była rekrutacja na studiach. Po raz pierwszy zresztą. Najpierw profesor sprawdzał nasz
angielski, żeby obciachu nie było przed obcokrajowcem. Ja mowie “yours” a on, “dlaczego tak powiedziałeś”. Nie
wiem, tak mi się wypsnęło.
-Chyba przebrnąłeś przez to sito.
- Tak, tylko nie wiem, co mnie podkusiło, aby się pochwalić, że kopiowałem nielegalnie kasety video dla kumpla.
Nie zrobiło to dobrego wrażenia.
-Trzeba było nadrabiać dobrą miną i wyglądem.
-Trochę nie trafiłem w jego gust. Niedzielna koszulka nie pomogła. Jak mnie kumpel Amerykanin zobaczył, to
krótko podsumował: “typowy Polak”.
-Ktoś chyba pracę dostał?
- Nie wiem, ale znam dziewczynę, która miała zacząć prace w General Motors lub General Electric. Miała szczęście.
- Podobno jedziesz do Ameryki, tak trochę w tajemnicy wyjeżdżasz.
-Co się miałem chwalić, dopiero teraz wszystko załatwione.
-Jedź, jedź i zaproś mnie. Będę ci dzieci bawić, a Ty mi będziesz płacił, płacił, …płacił

59.

Ten odcinek znajdziesz w książce


60.


Kiedy załatwiałem swoje formalności ze szkołą, miałem ogromne problemy z uzyskaniem w pełni wyczerpujących
informacji. Kolejne osoby pracujące w biurze przyjęć, bawiły się ze mną w głuchy telefon. Jedno pytanie, dwie
odpowiedzi, każda odmienna. Nikt nie mówi: „Słuchaj powinieneś zrobić to i tamto”, żadnych dodatkowych
informacji. Jest tylko jeden sposób na przełamanie “zmowy milczenia”. Zadawać pytania.
Przez kilka miesięcy mieszkał z nami człowiek, który pracował nad wynalazkiem. Opracował rewolucyjna metodę….
Gdyby doszło do wdrożenia jego pomysłu, to firma … miałaby spore problemy, koszty produkcji spadłyby do kilku
centów. Nawiązał kontakty, ale nikt nie brał poważnie jego pomysłu. Jedyną osobą, która zainteresowała się tym,
był jego prawnik. Co jakiś czas spotykał się z nim na Manhattanie. Za każdą minutę cennego czasu trzeba płacić.
$100, $200, $ 300. Sprawa się przeciąga, kwestie patentowe w trakcie załatwiania, końca nie widać. Od chwili
rozpoczęcia całej operacji minęło już kilka lat. Po jednym ze spotkań, wraca do domu wzburzony. Właśnie został
poinformowany, że należało coś zrobić kilka lat temu. Pluje sobie w brodę za swój brak wyobraźni. Prawnik
wiedział, ale nie powiedział. Wystarczyło być bardziej dociekliwym. Jedno pytanie, a ile od niego zależy. Dla mnie
historia wynalazcy była przestrogą. Powrót do punktu wyjścia, po latach wysiłków, to był najniższy wymiar kary.
Różne życiowe decyzje i tyle opcji przyszłości. Ile jest w tym przypadku, a ile świadomego wyboru? Praca, którą
bierzemy, bo się akurat „nadarzyła”. Zawód wyuczony w Stanach, ogrodnik, wykonawca witraży, kurier z
zamiłowania. W którym momencie można powiedzieć: “Dość, chcę sam decydować o swojej przyszłości, chcę
wyrwać się z tej niemocy. Nie chcę zatrzymać się na etapie kolejnej pracy, z której nic nie wynika”.  Instynktownie
poszukiwałem potwierdzenia, że droga, którą wybrałem była słuszna. W przypływie szczerości usłyszałem od
wynalazcy kilka słów, które wziąłem sobie głęboko do serca. “Pamiętaj, że łopatą się nie dorobisz, choćby nie
wiadomo jak była duża”.