:: Kilka pierwszych lat...Nowy Jork ::
Archiwum
51.
Ludzie chca mieszkac w miejscach ktore stwarzaja pozory malej spolecznosci. Nazwy odnosza sie do tego pragnienia, East Village,
Alphabet City, Sutton Place. Kilka ulic, kilka sklepow, kosciol, synagoga lub meczet na Harlemie. Istnieja niewidzialne granice, kazde
miejsce jak magnes przyciaga swoja klientele. Panie na lewo, panowie na Greenwich Village.


Donald Trump wpadl na pomysl zamiany powierzchni biurowej na mieszkania. W ekspresowym tempie zaadaptowano dawne biurowce
przy Broadway’u.  Znalezli sie chetni. Do tej pory pozostaje dla mnie zagadka, gdzie ci ludzie robia zakupy. “Kochanie, ide do sklepu po
mleko, nie czekaj na mnie z kolacja ”
Dolny Manhattan, tak zwany Wall Street, ma swoja wschodnia I zachodnia strone. Przejscie w poprzek wyspy moze zajac nie wiecej niz
15 minut. Glowna atrakcja wschodniejczesci to ulica Fulton, “Seaport” I “Pier17”, budynek ze sklepami, fast-foodami I super widokiem na
Brooklyn Bridge. Nad cala okolica unosi sie zapach ryb, pozostalosc po wczesno-porannym targu.

Po obu stronach wyspy, zachodniej I wschodniej, biegna autostrady. Jedna  z nich, zachodnia przechodzila tuz obok WTC. Byl on czescia
calego kompleksu, z autostrada graniczyl jedynie budynek hotelu Marriot. Jedna z wiez laczyla sie naziemnym korytarzem z World
Financial Center. Kiedy wieze runely, korytarz zostal zniszczony wraz z czescia szklanego Atrium. Miejsce dostepne dla publicznosci, z
wysokimi palmami I widokiem na rzeke Hudson. Przy brzegu kilka przycumowanych jachtow. WFC jest jedyna czescia dolnego
Manhattanu gdzie funkcjonuje niewielkie osiedle. Zaraz po tragedii, mieszkancy musieli je opuscic na kilka dni.

Na Wysokosci Brooklyn Bridge zaczyna sie kompleks budynkow rzadowych, lokalnych I federalnych. W samym centrum stoi miejski
ratusz, tuz obok pierwszy z budynkow sadowych. Z tylu za nim, kwatera glowna policji. Bardziej na polnoc, dwa potezne budynki sadu.
Znane z wielu filmow, z charakterystycznymi schodkami. W srodku, szczelna kontrola. “Mam cos dla sedziego, musze dostarczyc do rak
wlasnych”. Sala sadowa, rozprawa w toku , “Czy swiadek ma jeszcze cos do dodania”. W pewnym momencie slysze glos “czapki z glow”.
Ja, Jasnie Panie, ze czworakow wzgledem szkody…

Na przeciwko sadu, wysoki budynek federalny. Miejsce gdzie rozstrzyga sie przyszlosc imigrantow. Kolejki interesantow ustawiaja sie juz
od samego rana. Kilka wejsc w zaleznosci od ciezaru gatunkowego. “Ja tylko chcialem czyste formularze dla klienta”.Urzednik jest
niesympatyczny, miesza z blotem kolejnych interesantow, zgrzyta zebami. “Prosze o…, ale ja chcialem 5 kopii”. Facet dostaje drgawek,
wyciaga ramie w prawo ze wskazujacym palcem. Szybkim ruchem odsuwa krzeslo,  wstaje I prawie biegnie do wyjscia, w moja strone.
Patrzymy sobie w oczy, przemieszczam sie rownolegle. Przyspiesza. Szybkim ruchem otwiera drzwi  I juz jest przy mojej twarzy. Do akcji
wkracza straznik “ Co jest, co sie dzieje ?”. Nic, wszystko w porzadku. Jestesmy “cool”


52.

                           dawno, dawno temu ...3

Nasze poszukiwania pracy spelzly na niczym. Przez tydzien chodzilismy po calym miasteczku. Nikt nie chcial nas przyjac. Prawie
wszystkie firmy byly zamkniete ze wzgledu na okres wakacyjny. W hotelikach I restuaracjach mowiono nam twardo “nie”. Wreszcie
ktoregos dnia, po calym dniu lazenia znalezlismy sie na jakies budowie. Poszedlem negocjowac z szefami. Robilem za tlumacza grupy,
kumple gdzies sie schowali.

Poczatkowe slysze tylko same pytania, co, jak i dlaczego. Sa niechetni. Probuja mnie zmyc za wszelka cene. Jeden z nich wyciaga 100
frankow I prosi abym sobie poszedl. Unioslem sie honorem, "dzisiaj nie biore jalmuzny”. Cos ich ruszylo. Chca zobaczyc reszte grupy.
Wychodzi kumpel, wysoki I niesamowicie chudy. Wzbudza tylko ich smiech. Umawiamy sie na nastepny dzien.

Rano zabieraja nas na budowe. W drodze omawiamy sprawe dokumentow, mielismy zrobic jakies zdjecia. Przez kilka godzin grabimy
kamienie. Wreszcie koniec dnia I dostajemy te 100 frankow. Jestesmy umowieni na nastepny dnia, ale ktos uczynny, sasiad lub
pracownik zadzwonil na policje. Przestraszony szef zrezygnowal z naszej pomocy.

Trzeba sie bylo zbierac i sprobowac szczescia w innym miejscu. Nastepna miejscowosc jest polozona jakies 28 kilometrow na polnoc.
Juz tam na nas czekaja. Ruszamy na piechote, na pewno dojdziemy w ciagu kilku dni, po drodze bedziemy nocowac w namiocie. Ten
krotki odcinek trasy byl trudniejszy niz nam sie wydawalo. Wzniesienia, podchody I schodzenie w dol, daly nam niezle w kosc. Pod
wieczor docieramy do miejscowosci Rappersville. Zatrzymujemy sie u Franiciszkanow, ich klasztor znajduje sie u podnoza niewielkiego
zameczku.

Tak sie sklada ze tego samego dnia Szwajcaria obchodzila swoje swieto narodowe.  Na zamku przyjecie, impreza na swiezym
powietrzu. Przy rozstawionych stolach siedza ludzie, sacza piwo cos jedza. Dzieciaki zbieraja puste butelki ze stolow, odnosza do
stoiska. Za kazda butelke dostaja zwrot kaucji. Dlugo sie nie namyslajac, tez zaczynam zgarniac butelki ze stolow. Po godzinie
konkurencja wysiadla.

Za zarobione pieniadze kupilem bilet kolejowy dla siebie I kumpla. Przejechalismy kilka kilometrow, pozostala dwojka dolaczyla do nas
po kilku godzinach. Dalsza trasa prowadzi po wzniesieniach. Jest ciezko. Juz zmierzcha, schodze do jakiegos domu. Dostaje cos do
picia, w tym samym czasie kumple wolaja mnie na gore. Ktos zatrzymal sie wozem terenowym I zaoferowal nam nocleg.

Razem z zona przygotowali kolacje na swiezym powietrzu. Byli ciekawi nas, ludzi z za “zelaznej kurtyny”. Ciekawi zmian. Pelni entuzjazmu,
zazdroscili nam tego ze w Polsce wszystko dopiero sie tworzylo. Oni chyba zatracili juz troche sens zycia. Mieli wlasna firme w Zurichu I
nie bardzo widzieli sens w gromadzeniu kolejnych rzeczy. Na koniec zaoferwoali nam nocleg w ich domu. Nie chcielismy sie narzucac,
wiec rozbilismy nasz namiot. Byla to tak zwana “trojka”. Spalismy jak sledzie, glowa, nogi, glowa, nogi. Jeden odwraca sie na bok,
pozostali robia to samo. Nasz gospodarz przyszedl jeszcze zobaczyc jak bedziemy spali I na koniec tylko sie usmiechnal.

Nastepnego dnia zaoferowali nam podwiezienie, postanowilismy jednak przejsc te 8 brakujacych kilometrow. Zajelo nam to caly dzien,
zatrzymujemy sie co jakis czas, odpoczywamy troche dluzej, lezymy pod “grusza”. Wreszcie pod wieczor docieramy do klasztoru.

Kolejne miejsce I kolejne rozczarowanie. Dzieki pomocy przeora, pracujemy na farmie. Gospodarz, mily czlowiek, razem z zona staraja
sie abysmy nie byli glodni. Praca jest prosta, spryskuje chwasty na dosyc duzym poletku, robimy porzadki w lesie. Po tygodniu pracy
kazdy z nas dostaje zaplate, 20 frankow. Cos jest nie tak. Troche niesmialo pytamy sie gospodarza, czy mu sie rachunki zgadzaja. Nie
otrzymujemy zadnej odpowiedzi, po dwoch dniach musimy sie pakowac.


                                                                                                    
53.

                   dawno, dawno temu...4

Czas wracac do kraju, ta cala wycieczka to byla jedna wielka pomylka. Rozdzielamy sie, ja I kumpel wracamy, pozostala dwojka miala
jeszcze za malo przygod. Chca jechac do Francji.

Znajoma Szwajcarka podrzucila nas do granicy z Niemcami. Na dowidzenia dostalem jeszcze od niej kilkanascie marek.

Przekraczamy granice na piechote. Urzednicy nie bardzo chca nas puscic. Podejrzliwie sprawdzaja paszporty, wreszcie pytaja sie o
pieniadze. Wyciagam portfel I pokazuje harmonijke dolarowek. Usmiechneli sie, spojrzeli po sobie I wbili wizy. Poinstruowali nas jeszcze
ze mamy opuscic ich kraj w ciagu 24 godzin.

Wychodzimy za miasto I czekamy na okazje. Chcemy ominac Monachium I jechac prosto na Prage. Wiekszosc samochodow jedzie w
kierunku ktory nam nie odpowiada. W ciagu 6 godzin zatrzymuje sie tylko 8 wozow. Wylacznie dziewczyny, w roznym wieku. Mlodsze w
odkrytym Mercedesie, tylko sie zaczepnie usmiechaja. Jedna ze starszych troche zdezriontowana moja odmowa, pyta  “to w koncu gdzie
chcesz jechac?”.

Robi sie juz pozno, zostalo malo czasu. Musimy wydostac sie z Niemiec, zmieniamy plany I kierunek. Kolejny samochod zabiera nas na
poludnie. Niewielka miejscowosc, malowniczo polozona, wyglada jak pocztowka. Czas zrobic uzytek z marek. Wstepujemy do jakiejs
restauracyjki. Kupujemy po piwie I parowce. Jest juz pozno, noc. Nie mamy noclegu, troche zaczelo padac. Wychodzimy poza miasto.
Nastepne kilka godzin spedzamy pod wiaduktem. Probujemy troche odpoczac. Czekamy do wschodu slonca.

Na mapie odleglosc od granicy wydaje sie niezbyt duza, w sumie 10 kilometrow. Zostalo nam jeszcze kilka godzin. Zakladamy plecaki I
w droge. Idziemy gesiego, ja z przodu, kumpel za mna. Opanowal “trudna indianska sztuke spania z otwartymi oczami”. Robi sie jednak
niebezpiecznie, coraz bardziej schodzi do srodka jezdni. Kolejne klaksony samochodow przywoluja go jednak do porzadku.

Dochodzimy do niewielkiej stacyjki benzynowej. Wstepuje na chwile, chce kupic cos do picia. Kumpel siada na krawezniku I zasypia w
ciagu kilku sekund. Wlascisciel stacyjki, Chinczyk, wychodzi ze swego kantorka. Przyglada sie nam, probuje podniesc plecak. Widze
ogromne wysilek na jego twarzy. Jedno , drugie podejcie, wreszcie sie poddaje. Plecak ani drgnal.

Dalszy marsz wydaje sie byc niemozliwy. Naszym oczom ukazje sie masyw gorski. Granica jest gdzies tam wysoko. Wpadam na pomysl
skorzystania z lokalnego autobusu. Zostalo mi jeszcze osiem marek. Kierowca chce dziesiec. Ostatecznie zgadza sie zabrac nas na
sam szczyt gory. W autobusie jestesmy tylko my I on. Serpentynami pniemy sie do granicy.

Na szczycie lapiemy kolejny samochod. Wlasciciel niewielkiego Vana jedzie jak szalony, w lewo, prawo. Widoki zapieraja dech, bardziej
ze strachu niz piekna. Wysadza nas tuz obok tego nieszczesnego parkingu kolo Insbrucku. Doslownie w tym samym miejscu gdzie
przekroczylem autostrade.

Zatrzymujemy sie na noc w Insbrucku. Oprocz nas w zakonie, jest takze grupa Czechow. Podobnie jak my podrozuja po Zachodzie dla
nich byl to pierwszy wyjazd w zyciu. Przystawiaja nosy do witryn sklepowych, wszystko jest dla nich nowe. Coz moze byc lepszego niz
wycieczka “Skoda”

Nastepnego dnia uderzamy na Salzburg. Docieramy do miejsca gdzie mozna wybrac dwie drogi, na skroty przez Niemcy lub troche
dluzsza okrazajaca cypelek. Wiekszosc kierowcow chce jechac prosto. Zatrzymuje sie czlowiek wozem dostawczym. Namawia nas
abysmy sie z nim zabrali. Przed granica zatrzymuje samochod, kaze schowac plecaki I wyciagnac paszporty. Bedziemy trzymac
dokumenty w naszych rekach, odwrocone tylem tak aby nie bylo widac orzelka. Urzednicy siedza troche znudzeni na belce. Nasza kolej,
podnosimy paszporty. Wygladamy jak pracownicy budowlani jadacy do pracy. Jestesmy po drugiej stronie, z powrotem w Niemczech,
tym razem nielegalnie. Z kierowcy zeszlo napiecie, widac ze jest bardzo zadowolony ze swojego pomyslu. Pol godziny pozniej, calkiem
znienacka, wyciaga ramie I rzuca “Heil Hitler”

Jestem troche zaskoczony jego reakcja. “To jeszcze jest u was pupularne?” Troche zmieszany, odpowiada “nie”. Pochodzi z tej samej
miejscowosci co Hitler, po prostu chcial sie pochwalic. Kilka usciskow na pozegnanie I jedziemy dalej.

Kolejny kierowca wysadza nas przed tym samym klasztorem gdzie zatrzymalismy w drodze do Szwajcarii. Kiedy jeden z braciszkow nas
zobaczyl, prawie wykrzyknal “Wy znowu tutaj”

54.

“O czym marzy dziewczyna gdy dorastac zaczyna”. Nie wiem, wiem o czym marzyli jej rodzice. Rozeszla sie wiesc po okolicy ze jest panna
na wydaniu. Z roznych stron zjawiaja sie kandydaci. Propozycje stad oraz z dalekiego kraju. Panna jednak niewzruszona, tupie noga
“chce innego kandydata”

A ostrzegala mnie “nie wiesz w co sie pakujesz”. W swojej nieswiadomosci, znalazlem sie w sklepie z cukierkami. Nie wszystkich
wpuszczaja. Do srodka mozna byc tylko wprowadzonym. Najlepiej niczego nie dotykac. Inni obserwuja, patrza. Dotknales, koniec, teraz
musisz juz ssac cukierka do konca zycia. Samo podejrzenie, moze sprawic ze nikt juz sie cukierkiem nie zainteresuje.

Kolejni kandydaci nachodza rodzicow. “Chce sie zenic, jestem gotow. Mam pozycje managera”.

To juz koniec, zrywa ze mna. Amerykanie nazywaja takie rozstanie “to nie Ty, to Ja”. W liscie pisze “dalej nie wytrzymam, juz  nie moge
odpierac atakow kolejnych adoratorow”. Rodzice, rodzina, plany I kultura. Sa granice ktorych przekroczyc nie mozna, rodzice wyrzuca
mnie z domu.

Zadzialal impuls. Nastepnego dnia spotkalem sie z jubilerem. Zgarnal mnie z ulicy. Wyciagnal niewielki drobiazg I polozyl na ladzie.
Calkiem, calkiem, “a tak w ogole to przyjmujesz zwroty”. Usmiechnal sie, “powodzenia”

Przez nastepne kilka godzin stalem pod sklepem gdzie pracowala. Przestepuje z nogi na noge, czekam. Wreszcie wyszla. Niewielki
“park” stal sie swiadkiem oswiadczyn.

“Sam tego chciales” uslyszalem glos w sluchawce, I dodala  “przyjezdzaj”.

Z bijacym sercem wchodzilem po kolejnych stopniach. Pierwsze pietro, drugie. Wreszcie jestem na ostatnim. Zapachy indyjskich potraw
unosza sie na calej klatce schodowej. Wchodze do mieszkania, jej mama gotuje cos w kuchni. W pokoju wita mnie czlowiek okolo
piecdziesiatki. Troche szpakowaty. Na sobie ma bialy podkoszulek I cos co wyglada jak dluga spodnica z lekkiego materialu. Siadam na
kanapie, Ona tuz obok.
-  Kim jestes mlody czlowieku?
-  Kolega ze studiow
wykrztusilem
- Przyszedlem prosic o reke Panskiej corki

                        
55.

Oto siedzi na kanapie przedstawiciel bialej rasy. Tuz obok Ona, nie smie powiedziec slowa. Probuje, ale wzrok rodzica jest tak ciezki ze
milknie na kilka godzin. Matka przerwala swoje zajecia I siedzi w kacie. Z niedowierzaniem, przeczaco kiwa glowa. Do akcji wkracza
starszy brat.

Przez godzine definiuje pojecie malzenstwa. Odpowiedzialnosc, konsekwencje I przyszlosc, to temat wykladu. “Czy mozna miec do
Ciebie zaufanie?” Kultura bialego czlowieka przeczy pojeciom przywiazania I elementarnych wartosci dobra I zla “ mamy dosyc
przykladow na co dzien”

Krotka przerwa I kolejny godzinny wyklad tym razem ze strony ojca. To juz nie przelewki. Slysze te same argumenty tylko inaczej
wypowiedziane. Musze odpowiadac za niezawinione grzechy. Przekonac nie jestem wstanie.
-          Moze nie bedzie tak zle
-          Tu nie ma miejsca na proby. Kobieta opuszcza dom rodzicow I jak wam sie noga    powinie to nie moge jej przyjac z powrotem.
Strace twarz w swoim srodowisku, Ona juz nigdy nie wyjdzie za maz.
-          Dlaczego od razu zakladasz ze bedzie fiasko.
-          To nie ma znaczenia

Nie dostalem odpowiedzi tego dnia. Ani tak, ani nie. Nie wiem na czym stanelo, reszte wieczoru spedzilismy jedzac indyjskie potrawy i
ogladajac indyjski film w wersji oryginalnej.   




56.

Powoli zblizam sie do konca studiow na LaGuardii. Nauka miala mi zajac dwa lata, trwala jednak dluzej. Poczatkowo bralem cztery
zajecia w semetrze, potem juz tylko trzy. Godzina zajec, jedna po drugiej, prawie jak w szkole podstawowej. Krotka przerwa na przejscie z
jednej klasy od drugiej. Tornister na plecy, kapcie w reke

Na zajeciach z reguly okolo czterdziesci osob. W roznym wieku, od ludzi ktorzy dopiero co skonczyli high school, do znacznie starszych.
Podstawy ksiegowosci, czlowiek juz w zaawansowanym srednim wieku. Ledwo sobie radzi z nauka, nie moze nadazyc ze zrozumieniem
tresci. Klasa w glosowaniu decyduje, musimy gonic z materialem, “nie bedziemy czekac na slabsze jednostki”.

Profesorowie wykazuja sporo zrozumienia dla potrzeb ruchowych I werbalnych uczniow. Nie denerwuja sie, nie krzycza. Spokojnie
tlumacza temat az do znudzenia. Staram sie byc aktywny. Zadaje sporo pytan, grunt to sie odzywac. Profesor musi sobie wyrobic opinie o
studencie. Moje uwagi I pytania dzialaja niektorym osobom na nerwy. “Znowu sie odzywa”

Jestem przyzwyczajony do wypowiadania “ostrych” opinii. Jest jakas roznica w sposobie uzywania argumentow w dyskusji. “Nocne
Polakow rozmowy” opieraja sie sile wypowiedzi. Inne kultury maja z tym problem. Ludzie sa bardziej pasywni, wyczekuja. Staraja sie
wziac pod uwage uczucia drugiej osoby. Mysla o tym jaki moze byc efekt wypowiedzenia swojej opinii. Podobnie zachowuja sie osoby z
ktorymi pracuje. Szczegolnie Latynosi I Azjaci przezywaja ciezkie chwile kiedy maja wypowiedziec kilka slow.

Nauka nie sprawia mi problemow. Jest to chyba efekt kilku lat studiow w Polsce. Szybka analiza tekstu, wybranie najwazniejszych
punktow I przygotowanie do testu. Wiekszosc z nich polega na wyborze pomiedzy kilkoma odpowiedziami. Test jest tylko pozornie latwy.
Jak sie zastanowic to prawie kazda opdowiedz moze byc dobra. Kiedy brakuje juz czasu, zaczyna sie wyscig I skreslanie na oslep.
Podoba mi sie ich system. Brak egazaminow na koniec semestru jest duzym plusem. Jednoczesnie kolejne testy zmuszaja do nauki.
Gdybym mial przerobic caly material tuz przed koncowym egzaminem na pewno zakonczyloby sie to kleska.

Mam problem z napisaniem eseju. City University do ktorego nalezy LaGuardia wymaga zdania ogolnego testu z literatury. Kilka
dyzurnych tematow I walka z czasem. Wprowadzenie, rozwiniecie I zakonczenie. Bez bledow I w miare poprawnie stylistycznie. Normalnie
nie mialem problemow na zajeciach z literatury, ale z tym testem nie moglem sobie poradzic. Podchodzilem do niego ponad szesc razy.
W kazdym semestrze mozna bylo zdawac go tylko raz. Dopiero tuz przed koncem studiow udalo mi sie go zaliczyc. Sam bylem
zaskoczony. Takich delikwentow jak ja bylo setki. Profesorka zdradzila nam pewien sekret. “Ludzie ktorzy sprawdzaja prace, dostaja
wynagrodzenie 25 centow za kazdy esej”. Zaczynaja czytac pierwszy paragraf. Jezeli sie nie podoba, to praca laduje w “koszu”.

Koncowka. Chce przeniesc sie na inna uczelnie I uzyskac tytul Bachelors. Rozeslalem listy z pytaniem o mozliwosc otrzymanania
stypendium lub pomocy finansowej. Dostalem kilka odpowiedzi. Wiekszosc typu “owszem, czemu nie”, ale damy tylko kilka tysiecy.
Semestr nauki moze kosztowac 16 tysiecy, a oni oferuja maksymalnie 8. Zebym nie wiem jak sie staral to tej brakujacej sumy nie
wytrzasne.

Dostalem zaproszenie na spotkanie organizowane przez Syracuse University. Uczelnia posiada swoj dom- rezydencje na Manhattanie.
Bylem ja, I kilkadziesiat innych osob, wyselekcjowanych kandydatow. Wiekszosc z rodzicami, z dobrych domow. Zadaja pytania o rozne
formalnosci, czlowiek prowadzacy zajecia cierpliwie odpowiada. Ja tez mam pytanie, ale czekam na sam koniec kiedy juz wszyscy wyjda
“Czy przyjelibyscie mnie na uczelnie z moim statusem imigracyjnym”. Znowu widze zmieszna mine “raczej tak, ale musialbys miec
odpowiednia ilosc pieniedzy na pokrycie czesnego”. Wyciag z konta prosze.

Nie ma sie co wyglupiac z “liga bluszczowa”, City University musi wystarczyc. Zlozylem podanie na Baruch College, I po kilku miesiacach
dostalem potwierdzenie ze zostalem przyjety.  Czas zakupic rosliny donniczkowe, niech bluszcz sie pnie po scianach.

                        
57.

Co dalej, co robic? Nie wiedzialem ja, ne wiedziala Ona. Zaraz po moim wyjsciu dostala zakaz spotykania sie ze mna. Rodzice pozostali
niewzruszeni. Nie zerwalismy ze soba, w dalszym ciagu spotykalismy sie na uczelni. Zaczalem tez dzwonic do niej. Pewne bariery zostaly
przelamane.

Trzeba bylo zajac sie innymi sprawami, dopilnowac zajec w szkole. Minelo kilka miesiecy, kiedy dostalem od niej telefon

-          Bierzemy slub, rodzice zmienili zdanie
-          Tak nagle?
-          Tak
-          Kiedy slub
-          W tym tygodniu

Nigdy nie poznalem prawdziwej przyczyny zmiany decyzji. Moge sie jedynie domyslac. Wiem ze tego dnia kiedy przyszedlem sie
oswiadczyc byla przygotowana na wszystko. Swoje rzeczy spakowala w walizke I czekala na rozwoj wydarzen.

Polowa lat 90tych to okres antyimigracyjnej histerii w zyciy publicznym. Sprawy ekonomiczne szly zlym torem. Politycy I media znalazly
worek treningowy, nalezalo kogos winic. Nowa ustawa zamykala drzwi I wyrzucala tych ktorzy nie mieli zadnej mozliwosc zalegalizowania
pobytu. Najwyzszy wymiar kary, 10 lat. Obecne problemy z przekraczaniem granicy, jak odciski palcow I robienie zdjec, sa pochodna
tamtych zmian. Tysiace ludzi postanowilo stanac na slubny kobiercu. Niektorzy robili to nawet kilkukrotnie. Urzad imigracyjny jednak sie
polapal I jakis czas pozniej zdjecie najbardziej zaradnej osoby trafilo na okladki lokalnych gazet.

Sady przezywaly prawdziwe oblezenie. Kolejki ustawialy sie od samego rana. Przypominaly sie czasy PRL-u. “Po jednym dawac”. Kazda
para miala tylko 1-2 minuty na spotkanie z sedzia. Jedni wchodza , drudzy wychodza. Nie ma czasu na zdjecia, nastepny
prooooooooooosze.

Znajomi wpadli na pomysl zalatwienia formalnosci poza miastem. W Piatek zerejestrowalismy sie, a w sobote metrem wyjechalismy
gdzies na Bronks, potem juz samochodem do malej miesciny na polnoc od Nowego Jorku. Bylismy jedyna para w urzedzie. Sedzina,
niezwykle sympatyczna osoba, specjalnie na te okazje przygotowala odpowiedni wiersz. Wlozyla wiele serca w te uroczystosc. Bylismy
tylko my I swiadkowie, nasi znajomi pochodzacy z Ekwadoru. Slub uczcilismy w wegierskiej restuaracji przy calkiem polskich golabkach.



58.

Puk, Puk.
-          Kto tam ?
-          Twoje 25 lat, minelo
-          To juz ? Szybko zlecialo.
-          Wyspales sie?
-          Chyba tak, calkiem dobrze mi szlo.
-          Cos za bardzo sie nie wysilas, masz jakies plany na przyszlosc?
-          Sam nie wiem co bede robil. Szukalem pracy, chodzilem, pytalem sie ale jak sie dowiadywali gdzie studiuje to mieli dla mnie
jedna odpowiedz. Pracy nie ma, I nie bedzie.
-          Tak czasy sie zmieniaja.
-          No to co ja mam robic? Czytac gazete do konca zycia.
-          Popatrz Nowe sie tworzy, innym sie udaje.
-          No wez przestan, byla rekrutacja na studiach. Po raz pierwszy zreszta. Najpierw profesor sprawdzal nasz angielski zeby obciachu
nie bylo przed obcokrajowcem. Ja mowie “yours” a on “dlaczego tak powiedziales”. Nie wiem, tak mi sie wypsnelo.
-          Chyba przebrnales przez to sito.
-          Tak, tylko nie wiem co mnie podkusilo aby sie pochwalic ze kopiowalem nielegalnie kasety video dla kumpla. Nie zrobilo to
dobrego wrazenia.
-          Trzeba bylo nadrabiac dobra mina I wygladem.
-          Troche nie trafilem w jego gust. Niedzielna koszulka nie pomogla. Jak mnie kumpel Amerykanin zobaczyl to podsumowal “typowy
Polak”
-          Ktos chyba prace dostal?
-          Nie wiem, ale znam dziewczyne ktora miala zaczac prace w GM lub GE. Miala szczescie.
-          Podobno jedziesz do Ameryki, tak troche w tajemnicy wyjezdzasz.
-          Co sie mialem chwalic, dopiero teraz wszystko zalatwione.
-          Jedz, jedz, I zapros mnie. Bede ci dzieci bawic, a Ty mi bedziesz placil,…placil, …placil


                        
59.

Przekroczylem Rubikon. Veni, Vidi… Dopiero teraz uswiadomilem sobie ze juz nie wroce do Polski, ze moje zycie jest zwiazane na dobre
I zle z ta druga osoba. Plany ktore snulem dotychczas, diabli wzieli. Po co ja studiuje, co chce zrobic ze swoim zyciem?

Jak odnalesc sie w tym swiecie, tak odmiennym od tego co znalem. W kraju bylo wiadomo, jak sie poruszac, co jest wazne, a co tylko
snem wariata. Nierealne, utopijne marzenie o lepszym, godnym zyciu ktore sprowadza sie do posiadania wlasnego mieszkania, malo
istotnej pracy, grupy znajomych, wspolnych spotkan I rozmow.

Z tych wszystkich rzeczy jest glownie praca. Powoli metodycznie przesuwam “mope” po podlodze. W lewo, w prawo. Za kontuarem stoi
szef, przez ponad pol godziny przyglada sie moim ruchom. Rece zalozone na piersiach. Stoi jak posag. Z toalety wyszla starsza kobieta.
Usmiechnela sie I rzucila calkiem znienacka “trzeba miec bardzo duzo szacunku do samego siebie aby wykonywac taka robote” po
chwili dodala “nie martw sie, ja tez to kiedys robilam”.

Znany komik Jim Carrey, immigrant z Kanady, kiedy jeszcze nie byl znanym aktorem, wystawil sobie czek na okragla sume miliona
dolarow z zastrzezeniem ze zrealizuje go kiedy bedzie juz bogaty.

Grupa ochotnikow strzegacych poludniowej granicy Stanow Zjednoczonych nakrecila film pokazujacy ludzi przekraczajacych granice z
Meksykiem. Grupa kilkunastu osob idzie gesiego, raptem przyspieszaja I szybciutko przebiegaja przez pusta droge. Kilkadziesiat metrow
dalej przebiega kolejna grupa. Po kilku sekundach chowaja sie w krzakach. Kolorowe wstazki oznaczaja kolejne etapy trasy.

Znam osobe ktora dotarla do Stanow w kontenerze przez Kanade. Przyjechala do swoich rodzicow, w ramach niezaleznego programu
laczenia rodzin. Podjela nauke w tutejszym “high school”. W trudnych chwilach zbierala puste puszki. Po odstawieniu do skupu,
dokladala swoje pieniadze do rodzinnego budzetu.

Przeklenstwo kolejnych pokolen imigrantow. Ten sam scenariusz przerabiany juz ktorys raz z rzedu. “Robimy to dla naszych dzieci”.
Starszy Grek wlasciciel niewielkiej restauracji, urodzony w starym kraju ma problemy z porozumieniem sie ze swoimi klientami.
Obserwuje co dzieje sie na chodniku, syn wlasciciela podjezdza pod restuaracje swoim terenowym wozem. Aha, to ja poprosze…  tylko
“no shiiiize”

Brazylijczyk, krawiec niedlugo przejdzie na emeryture. Z duma mowi “wyksztalcilem syna” Jego mysli wedruja gdzies do Rio de Janeiro,
“najpiekniejsze dziewczyny”, usmiech pojawia sie na jego twarzy. Po chwili serio dodaje “Stany to najlepszy kraj na swiecie, tylko tutaj,
tylko tutaj…

“Dziewczyna z kontenera” skonczyla high school, zostala przyjeta do prywatnego collegu. Ukonczyla go, planuje studiowanie medycyny.
Ma zamiar zostac chirurgiem. W zeszlym roku wylosowala zielona karte.

“American Dream”, marzenie senne, jak pustynna oaza. Wody, wody !. Widac ja na wyciagnieniecie reki. Tylko jak tam dotrzec.

60.
Na samym poczatku pobytu bylem zaskoczony jak latwo jest sie utrzymac w Stanach. Nie zarabialem zbyt duzo. Wystarczalo jednak na
oplacenie rachunkow, jedzenia i kupno ubran. Wreszcie nie musialem sie martwic czy wystarczy do “pierwszego”.

Kazdego tygodnia ten sam rytual, wyplata, zakupy, reszta do banku. Po jakims czasie zarabianie staje sie celem samym w sobie.
Zaczyna sie liczenie. Mozna dokladnie okreslic ile beda wynosily zarobki za tydzien, miesiac, rok. Nie ma wiekszych niespodzianek, konto
rosnie w stalym niespiesznym tempie. Czlowiek z ktorym pracowalem w firmie ogrodniczej zalozyl konto w polskiej Unii Kredytowej. Jego
glownym argumentem byla ksiazeczka do ktorej kasjerka wpisywala kolejne przychody. Jego serce radowalo sie na widok kolejnych
wplat, mogl spac spokojnie.  

Przez kilka miesiecy mieszkal z nami czlowiek ktory pracowal nad wynalazkiem. Opracowal rewolucyjna metode…. Gdyby doszlo do
wdrozenia jego pomyslu to firma … mialaby spore problemy, koszt produkcji spadlby do kilku centow. Nawiazal kontakty, ale nikt nie bral
powaznie jego pomyslu. Jedyna osoba ktora sie zainteresowala, byl jego prawnik. Co jakis czas spotykal sie z nim na Manhattanie. Za
kazdza minute, cennego czasu trzeba placic. $100, $200, $ 300

Sprawa sie przeciaga, kwestie patentowe w trakcie zalatwiania, konca sprawy nie widac. Od chwili rozpoczecia calej operacji minelo juz
kilka lat. Sponsorzy cierpliwie czekaja na jakies rezultaty.

Kiedy zalatwialem swoje sprawy ze szkola mialem ogromne problemy z uzyskaniem w pelni wyczerpujacych informacji. Kolejne osoby
pracujace w biurze przyjec bawily ze mna w gluchy telefon. Jedno pytanie, dwie odpowiedzi, kazda odmienna. Nikt nie mowi “sluchaj
powienies zrobic to I tamto”, zadnych dodatkowych informacji. Jest tylko jeden sposob na przelamanie “zmowy milczenia”.

Po jednym ze spotkan z prawnikiem, wraca do domu wzburzony. Wlasnie dowiedzial sie ze nalezalo cos zrobic kilka lat temu. Pluje sobie
w brode na swoj brak wyobrazni. Wystarczylo zadac odpowiednie pytanie.

Jedno pytanie, jedna decyzja, a ile od niej zalezy. Przypadek czy swiadomy wybor. Praca ktora bierzemy bo sie akurat “nadazyla”. Zawod
wyuczony w Stanach, ogrodnik, wykonawca witrazy, kurier z zamilowania. Ile w tym jest swiadomego wyboru. W ktorym momencie mozna
powiedziec dosc, “chce sam decydowac o swojej przyszlosci”.

Wyrwac sie z tej niemocy. Nie chce zatrzymac sie na etapie kolejnej pracy z ktorej nic nie wynika.

W przyplywie szczerosci uslyszalem od wynalazcy kilka slow ktore wzialem sobie gleboko do serca. “Pamietaj ze lopata sie nie dorobisz,
chocby nie wiadomo jak byla duza”