Archiwum
61.

Dawno, dawno temu...(Rok 1991)
To była wyprawa na wariackich papierach. Zanim wybraliśmy się w drogę, przestudiowaliśmy dokładnie mapę.
Zaznaczyliśmy miasta, które chcieliśmy odwiedzić, a potem w Almaturze kupiliśmy bilety kolejowe. Część trasy
mieliśmy przejechać pociągiem, a część jak zwykle stopem. Zaczynamy od Niemiec, potem Francja, dalej na
południe do Hiszpanii, powrót Lazurowym Wybrzeżem do Wenecji i później na północ, do czeskiej Pragi.
Pierwszy przystanek, Bielefeld, zatrzymujemy się u znajomej ze studiów. Zwiedzamy campus miejscowego
uniwersytetu, zjadamy kiełbaski w studenckiej kafeterii i ogólnie odpoczywamy.
Kilka lat temu w Nowym Jorku poznałem pakistańskiego taksówkarza, który okazał się być absolwentem tej
samej niemieckiej uczelni. W dowód uznania, dostał ode mnie ekstra tipa.
Jedziemy dalej. Razem ze znajomą dziewczyną wybieramy się do Aachen, gdzie ponownie korzystamy z
gościnności, tym razem zupełnie obcych ludzi.  W tym miejscu nasza grupa rozdziela się. Razem z kumplem
wsiadamy w pociąg i z przystankami w belgijskim Namur i Charleroi kierujemy się na zachód, w kierunku Paryża.
Druga para wyruszy już po nas i skieruje się na północ Francji, do niewielkiej miejscowości w Normandii, gdzie
mieszka  Francuzka, z którą mój brat utrzymywał od wielu lat listowny kontakt.  
Paryż, tymczasowy adres Rue de Pyrenee, niewielki pokój na poddaszu, nagrzany do granic możliwości. Małe
okienko w suficie. Toaleta, skromny kranik i jeszcze mniejszy półokrągły zmywak. Wyczyniam cuda próbując
“wykąpać się”, noga do góry, noga na ścianę. Sąsiad krzyczy później, że wszystko jest zalane wodą. Na całym
poddaszu unoszą się zapachy afrykańskich potraw. Na kilka dni przygarnęła nas dziewczyna, która spędzała
semestr na lokalnej uczelni. Kilka miesięcy później, ona i jej kumpel zwrócili się do mnie z propozycją wzięcia
udziału w wyprawie dookoła świata. Ich pomysł wydał mi się trochę nie realny. Poza tym nie mogłem sobie
pozwolić na 2 letnią przerwę w zajęciach. Ponieważ wyjechałem do Stanów, nie miałem żadnej informacji o ich
dalszych planach. Jakieś dwa lata temu, w prasie polonijnej ukazał się wywiad z człowiekiem, który przyłączył się
do wyprawy studentów z mojej uczelni. Tak, to musieli być oni. Niestety, dotarli tylko gdzieś do Indii. Byli
zmuszeni zawrócić do kraju.
Miasto bagietki z szynką i serem. Czy może być coś lepszego, niż marokański couscous w sorbońskiej kafeterii.
Będąc na Champs Elysee musiałem wstąpić do McDonalda, a potem triumfalnie zjeść McBułkę pod Łukiem.
Idąc śladem Klossa, szukaliśmy kasztanów na Placu Pigalle. Zakończyło się to dla mnie dosłownie kopniakiem w
tyłek od jakiegoś menela pilnującego lokalnego przybytku. A ja chciałem tylko usiąść na moment. Gdzie się
podziała ta francuska kultura? Poznajemy miasto na piechotę, zaliczmy kolejne zabytki. Muzeum impresjonistów
D’Orsay. Louvre i sprint, aby zobaczyć dzieło Leonarda. Potem piwo w ogrodach i docieramy do futurystycznej,
betonowej La Defense. Wracamy metrem. Naśladujemy ludzi, którzy idą pod prąd wychodzącego tłumu.
Przeciskają się przez bramkę na gapę, na drugą stronę. Muszę się wykąpać, dłużej nie wytrzymam. Jestem cały
oblepiony kurzem i potem. Docieramy do Wieży Eiffla, na piechotę wdrapujemy się do piętra, na którym rodzina
Griswoldów rozstała się z beretami. Łażąc po platformie zauważam, że jest tu jeszcze jedna winda, która zabiera
ludzi na samą górę. Podchodzę do chłopaka, który pilnuje porządku i pytam się, gdzie można zakupić bilety.
Spojrzał się na mnie podejrzliwie, następnie rozejrzał dookoła i zaprosił do środka: “Wsiadajcie”.

62.

Ten odcinek znajdziesz w książce

63.

Jednym z największych problemów, z którym musi zmierzyć się imigrant, jest kwestia wyobcowania w zupełnie
nieznanej społeczności. Nawiązanie nici porozumienia wykracza poza zdolności lingwistyczne. Będąc jeszcze na
studiach w Polsce, na jednej z imprez znaleźliśmy się w towarzystwie bliźniaczek o azjatyckiej urodzie. Byliśmy
zaskoczeni ich obecnością, faktem, że mówiły bezbłędnie po polsku oraz tym, że podobnie jak my, narzekały na
życie, Pomimo różnicy wyglądu posługiwały się tym samym zestawem pojęć, co reszta grupy. „Ojciec prać”,
dialogi z “Misia” czy  “Rejsu” są znane chyba prawie wszystkim Polakom. Funkcjonują w naszej świadomości i
stanowią jakiś punkt odniesienia. Na zajęciach z literatury angielskiej próbowałem w moim eseju użyć
argumentacji, że „lepiej być pięknym i bogatym niż“.  Przekaz przysłowia nie został prawidłowo zrozumiany. Coś,
co wydało mi się oczywiste w sposobie argumentacji, nie trafiało do reszty klasy. Ponownie zajęcia z języka.
Wybieramy nasze ulubione piosenki. Utwór, który zaprezentowałem, „Six feet under” zespołu Guns’n’Roses,
wywołuje zakłopotanie profesora. Tekst, który jest żartem, został przez niego zinterpretowany dosłownie.
Przestrzega mnie, że niektóre osoby mogą sobie wziąć do serca przesłanie piosenki i zakopać członka rodziny 6
stop pod ziemią. Być może.
Kilka dni temu, w Kalifornii, policja, po długim pościgu, zatrzymała uciekający samochód. W pewnym momencie
policjanci zaczęli strzelać do kierowcy, oddając w ciągu kilku minut około stu strzałów. Kierowca musiał w jakiś
sposób sprowokować sytuację, ale nie był on posiadaczem broni i do nikogo nie strzelał. Nadgorliwość, brak
wyobraźni, a może zwykła głupota. Amerykanin, z którym pracuję, wziął w obronę policję. Mieli prawo wpakować
w niego zawartość magazynków. „Oni narażają swoje życie”.
Od jakiegoś czasu toczy się dyskusja, na temat wybudowania nowego stadionu w zachodniej części
Manhattanu. Mogę znaleźć kilka plusów i minusów dla takiego rozwiązania. Grupa Amerykanów, z którymi
przebywam, dokonuje analizy. Tym, co dyskwalifikuje cały projekt, jest brak możliwości uczestniczenia w tak
zwanym “tailgate party”. Jest to przedmeczowy rytuał. Zanim kibice zasiadają na trybunach, przez kilka godzin
urządzają wielkie grillowanie na parkingu przed stadionem. Że też o tym nie pomyślałem.
Kilka lat temu na ekrany kin amerykańskich wszedł polski film w reżyserii Krzysztofa Kieślowskiego. Cieszył się
on dosyć dużym powodzeniem. Tłumy nastolatków waliły do kina, aby obejrzeć z wypiekami na twarzy scenę
miłości. Efekt owocu zakazanego nie trafiał do przekonania znajomemu Amerykaninowi.
-Takich filmów się nie robi, bo nikt nie będzie chciał tego oglądać.
-Ale przecież ludzie szli do kina, aby zobaczyć ten film.
-No właśnie.
-Co, no właśnie?

64.

Usiadłem na stołku, rozglądam się trochę niepewnie, rozdaję uśmiechy dookoła i nic nie rozumiem z tego, co
mówią. Prawie czterdzieści osób zebrało się w niewielkim mieszkaniu, z zamiarem ustalenia szczegółów naszego
ślubu kościelnego. Czuję się jak Kevin Costner pośród plemienia w filmie “Tańczący z Wilkami”. Może trochę
cukru, tak się miele kawę. Nie mam munduru, ale wyróżniam się skarpetkami. Niewiele rozumiem z tego, co do
mnie mówią, mogę się tylko domyślać. Ojciec rodziny, jak wódz, rozdziela nowe zadania, zgłaszają się kolejni
ochotnicy. Kiedy oni zdążyli przyjechać do Stanów?
Najstarsza osoba liczy sobie ponad 90 lat. Ktoś osiedlił się tutaj w latach 60tych i stopniowo sprowadzał
kolejnych członków dalszej i bliższej rodziny. Odwiedziłem jeden z domów. Każde pomieszczenie wykorzystane
maksymalnie, ilość lokatorów przekracza 20 osób. Od piwnicy do najwyższego piętra pokoje zajęte. Dwie, trzy
osoby, para za parą. Fakt braku prywatności nikomu nie przeszkadza, uważają to za coś normalnego. Religia
jest tym, co dzieli i łączy jednocześnie. Katolicy zrzeszają się we własnej organizacji. Kontakty z innymi grupami
są raczej ograniczone. Wprawdzie znają osoby innych wyznań, ale bardzo rzadko dochodzi do spotkań na
gruncie towarzyskim. Fakt, że pochodzą z tego samego kraju, jest sprawą drugorzędną. Kilka razy do roku
odbywają się zjazdy, pikniki i imprezy świąteczne. Ilość uczestników dochodzi do kilkuset osób. Większość z nich
mieszka w Nowym Jorku, ale są też przedstawiciele New Jersey, Północnej Karoliny czy też Maryland.  Na
jednym z takich spotkań zauważyłem białą osobę, która bezbłędnie posługiwała się ich językiem. Był to
przedstawiciel niewielkiej grupy, która zamieszkuje Bangladesz. Pozostałość po okresie imperium Brytyjskiego,
zasymilowana z tamtejszą społecznością. Potocznie nazywana “Anglo”.
Północne rejony Bangladeszu są zamieszkane przez ludność tubylczą. Słabo wykształceni, migrują do większych
miast. Odróżniają się od reszty swoimi skośnymi oczami i karnacją skóry. Przyjęli jednak kulturę i obyczaje
indyjskie. Widok takiej osoby w tradycyjnym “sari”, może początkowo trochę dziwić.
Dzień przed naszym ślubem odbywa się tradycyjna ceremonia zwana “tarmaric day”. Tarmaric jest przyprawą o
charakterystycznym żółtym kolorze. Wymieszana z innymi elementami, nabiera mazistej konsystencji.
Rozprowadza się ją po twarzy delikwenta, kończy zaś zjedzeniem kawałka niezwykle słodkiego ciastka. Na
pierwszy ogień poszła Ona, ubrana w tradycyjny strój. Potem przez pół godziny “znęcano” się nade mną.
Zostałem przebrany w coś, co przypomina “koszulę” i posadzony na środku pokoju. Po pól godzinie byłem
kompletnie żółty. Ślub odbył się następnego dnia, w kościele Św. Sebastiana na Woodside.  Wszystkie
przygotowania zostały dopięte na ostatni guzik. Kiedy wychodziliśmy z kościoła słyszałem, jak ktoś śpiewa “Ave
Maria”. Kilka miesięcy wcześniej wspomniałem komuś mimochodem, że chciałbym usłyszeć tę pieśń. Nie
sądziłem, że ktoś to zapamięta i potraktuje poważnie.

65.

Ten odcinek znajdziesz w książce


66.

Powikłane są ścieżki, które prowadzą na wyższe szczeble kariery. Jedni wierzą bezgranicznie w swoje
umiejętności. Inni szukają dojść, pleców lub poparcia. Program “American Idol” jest pełen przykładów ludzi,
którzy nigdy nie powinni otwierać ust i wydawać dźwięków z siebie. Każdy z nich wierzy, że ma to “coś”, co
pozwoli wygrać konkurs. William Hung, najgorszy z najgorszych, przynajmniej był szczery: “I tak nieźle
zaśpiewałem, pomimo braku formalnego wykształcenia muzycznego”. Ostatni, będą pierwszymi. William wydal
płytę, jego wersja “She bangs, she bangs” połączona z charakterystycznymi wyrzutami ramion,
stała się przebojem, który zostanie w zbiorowej pamięci na długie lata. Młody chłopak, praktykant, jeszcze
studiuje, ale już myśli o swojej przyszłości. Jest jednym z tych, którzy mają jasno wytyczony cel. Wiedzą, co chcą
robić i czym się zajmować przez resztę życia.  Jak sam mówi: “Nie może się doczekać długich godzin pracy”.
Jego osoba mogłaby stanowić studium jakiegoś klinicznego przypadku. Postanowiłem go “przebadać” bez
wystawiania diagnozy.
Wychowany w Stanach od 10 roku życia, syn imigrantów. Dokonał operacji chirurgicznej na niektórych literkach
swojego imienia, I tak oto rumuński “Ion” stał się irlandzkim “Ian’em”. Jego wiedza na temat kraju przodków była
szczątkowa. „Tradycyjna potrawa?”, “Nie znam”, „Skąd pochodzą rodzice?”, “Nie wiem”. Rozbroił mnie jednak
stwierdzeniem, że “Chiny są krajem demokratycznym”. Był pewien, że cudowna przemiana systemowa nastąpiła
kilka lat temu. Swoją wiedzę czerpał okazjonalnie z przekazów telewizyjnych. Wiadomości nie oglądał, gazet nie
czytał, ale jak sam stwierdził,
przekonania polityczne “po prostu się ma”. Postanowił sprawdzić moją wiedzę na temat tajnych stowarzyszeń.
Początkowo sądziłem, że jego pytanie ma związek z książką “Kod Da Vinci” lub filmem “National Treasure”.
Przyczyna była jednak bardziej prozaiczna. “Zarówno Bush, jak i Kerry, są członkami pewnego tajnego
stowarzyszenia”. To pomaga.
Kilka lat temu, kiedy jeszcze biegałem z przesyłkami, znalazłem się całkiem niespodziewanie w budynku “Wielkiej
Loży”. Z niedowierzaniem przyglądałem się portretom wielkich budowniczych wiszących na ścianach. Znalazłem
się w miejscu, o którym czyta się w książkach. Teraz miałem namacalny dowód na jego istnienie. Ian i jego
kumpel postanowili zostać członkami masonerii. Jeden miał wprowadzić drugiego do stowarzyszenia i pomóc
przejść przez trzystopniowy proces rekrutacji. Tym, którzy byliby zainteresowani członkostwem, podaję adres.
Manhattan, róg 23 ulicy i 6 Avenue. Przy wejściu proszę okazać cyrkiel i ekierkę, proszę też nie zapomnieć
puścić porozumiewawczego “oka” do sekretarki.

67.

Kiedyś, gdzieś, doszło pewnie do takiego spotkania. “Ludzie, którzy handlują dywanami będą sprzedawać swoje
towary na Madison & 28 Ulicy, Antyki na Broadwayu & 8 Ulicy. Ci, co szyja i “co skaczą” wynoszą się na 7
Avenue, a my, afrykańskie zuchy, będziemy biegać z rolexami po 5 Avenue. No i niech ktoś gwiżdże jak zobaczy
policjanta”. Rozpierzchła się dziatwa w grupach po całym mieście, każdy znalazł sobie jakiś kąt. Wydzielono
części, tu agencje reklamowe, a tu biznesmeni. Większe grupy zajmują cały kwadrat, kwiaciarze i jubilerzy
dostali niewielka uliczkę - Diamond District. W każdym sklepie sprzedaje kilkanaście osób, każdy ma swoje
stanowisko. Naganiacze stoją na chodniku, większość
ludzi kręci się bez celu, wystaje, czeka na coś. Tuż nad sklepami, znajdują się wytwórnie. Wejście do takiego
budynku to już jest przeżycie. Kontrola jak na lotnisku. Pierwsze sito, potem metalowe drzwi, kolejna krata,
następne okienko w metalowych drzwiach  i na końcu manufaktura.
Chinatown, miejsce dziwnych interesów. Życie toczy się dosłownie na ulicy. Sprzedawcy oferują swoje towary
bezpośrednio na krawężniku. Niektórzy z nich znaleźli schronienie we wnękach budynków.  Oferują podróbki
każdemu, kto tylko zwróci wzrok w ich kierunku. Tuż obok sprzęt elektroniczny. Cześć towarów bez opakowań,
obwinięta przezroczystym plastikiem. Kumpel kupił tutaj telefon, a potem z rozżaleniem stwierdził, że w środku
nic nie ma. Jest jedno miejsce na Chinatown, które mnie fascynuje. Tuż przy wejściu do metra linii A, znajduje
się sklepik ze starymi, używanymi częściami elektronicznymi typu adapter bambino. Zakurzone rzeczy stoją na
półkach. Bursztynowy monitor komputera, lampowe telewizory, podobnie radia. W pudłach wystawionych na
chodniku, cała masa wtyczek, niewielkie anteny. Jak wiadomo, nic nie jest za darmo. Właściciel musi płacić za
wynajem. Sklep istnieje, od kiedy pamiętam. Ktoś te wtyczki musi jednak kupować.
Kumpel, z którym pracowałem na samym początku, był amatorem używanych butów. Nie bał się wpływu
drobnoustrojów na naskórek pomiędzy palcami. “Cena była dobra”. Wybrałem się kiedyś do tego sklepiku na
Greenpoincie. Z chwilą, kiedy przestąpiłem próg znalazłem się w innym świecie. W ciągu kilku sekund przeżyłem
wędrówkę w czasie i przestrzeni. Za ladą stał wyrwany żywcem, z serialu “Noce i Dnie” obwoźny sprzedawca
używanych rzeczy. Mogłem dotknąć towaru, który pamięta czasy Franciszka Józefa. “Mam coś dla pana
Niechcica, świeże buty, dopiero co przywieźli”.
Już zmierzcha. Wstąpię jeszcze do sklepu, kupię jakiś dywan. Towar zwinięty stoi pod ścianami. Znajduję
wreszcie jeden, który mi się podoba. Rozkładam na podłodze. Jak zwykle nie ma ceny. Czy ktoś może mi
pomóc?  Właściciel, Arab, siedzi na zapleczu, przegląda jakieś papiery.
-Ile za ten dywan?
-Który?
-Ten ładny.
-Jak dla ciebie, 150.
Chcę go jeszcze raz obejrzeć. Waham się, krążę po sklepie. Wracam do niego kilka raz. Stopniowo spuszcza
cenę, 140, 130, 125. Decyduję się, ale nie chcę używać karty kredytowej w tym “niepewnym” miejscu. “Zaraz
wracam, tylko wybiorę pieniądze”, Właściciel chce się pozbyć towaru. Jeżeli użyję karty, spuści do 110. Czy jest
na sali ktoś, kto da więcej? Nie, nie słyszę, po raz pierwszy, po raz drugi, trzeci. Sprzedane. W cenę wliczył także
podatek. Kiedy już zbierałem się do wyjścia, usłyszałem “A gdzieś ty się tak nauczył targować?”

68.

Ten odcinek znajdziesz w książce


69.

Znajomość angielskiego nie jest silną strona mieszkańców krajów romańskich. Będąc np. w Niemczech, Austrii
można śmiało rozpocząć rozmowę w języku Szekspira. We Francji, Hiszpanii lub Włoszech, potrzebne jest także
szczęście. Wyjazdy za granicę były okazją podszkolenia języka. Jak każdy w tamtym okresie musiałem “znać”
język naszych wschodnich sąsiadów. Ta znajomość, w ogólniaku zakończyła się stwierdzeniem “ignorant” i
uwagą, że “rodina” nie znaczy to samo, co “rodzina”. Kilka lat nauki języka francuskiego też można by uznać za
stracone. Być może, gdybym miał możliwość pomieszkania dłużej nad Sekwaną, potrafiłbym wykrztusić z siebie
kilka zdań.
W czasie poprzedniej wycieczki stopem po Austrii, trafiliśmy na francuskich turystów. „Proszę powiedzieć tylko
jedno zdanie”. Wysiliłem moce umysłowe, przypomniałem sobie słówka, składnię i gramatykę. Wreszcie
powiedziałem kilka słów, które można by przetłumaczyć, jako “My mamy Polacy”. Byłem dumny z siebie, nieźle
jak na kilka lat nauki. Tylko kierowca zrobił jakąś dziwną minę.
W czasie studiów musiałem zaliczyć ćwiczenia z językiem w tle. Wybrałem średniowieczne dokumenty w języku
niemieckim. Rozszyfrowaliśmy starodruki pisane gotykiem. Moja znajomość niemieckiego ograniczała się do
kilku zwrotów, jak: “Guten morgen”. Zajęcia jednak zaliczyłem.
W Paryżu wstąpiliśmy do biura informacji turystycznej z zamiarem otrzymania listy kampingów nad Lazurowym
Wybrzeżem. Już pierwsze słowo wywołało niesmak na twarzy pracującej tam młodej dziewczyny. Zadała mi
pytanie: “Dlaczego nie mówisz po francusku?” Trochę zaskoczony takim obrotem sprawy odpowiedziałem: “ Bo
gdybym mówił po francusku, to nic byś nie zrozumiała”. Podziałało.
Będąc w Marsylii, wybraliśmy się do ambasady Austriackiej z prośbą o wizę tranzytową. Posługiwałem się
angielskim. Konsul przyjął nas osobiście. Wyjaśniłem powód naszej wizyty. Po kilku minutach czekania,
otrzymaliśmy nasze paszporty z nowiutkimi wizami. Na koniec, podziękowałem za pomoc tak, jak najlepiej
umiałem. Konsul poczekał kilka sekund aż dokończę. Popatrzył się na nas, a następnie zwrócił się do sekretarki
po francusku: “Nic nie rozumiem, o co mu chodzi?”


70.

Ten odcinek znajdziesz w książce