Archiwum
61.
Dawno, dawno temu...(Rok 1991)
To była wyprawa na wariackich papierach. Zanim wybraliśmy się w drogę, przestudiowaliśmy dokładnie mapę.
Zaznaczyliśmy miasta, które chcieliśmy odwiedzić, a potem w Almaturze kupiliśmy bilety kolejowe. Część trasy
mieliśmy przejechać pociągiem, a część jak zwykle stopem. Zaczynamy od Niemiec, potem Francja, dalej na
południe do Hiszpanii, powrót Lazurowym Wybrzeżem do Wenecji i później na północ, do czeskiej Pragi.
Pierwszy przystanek, Bielefeld, zatrzymujemy się u znajomej ze studiów. Zwiedzamy campus miejscowego
uniwersytetu, zjadamy kiełbaski w studenckiej kafeterii i ogólnie odpoczywamy.
Kilka lat temu w Nowym Jorku poznałem pakistańskiego taksówkarza, który okazał się być absolwentem tej samej
niemieckiej uczelni. W dowód uznania, dostał ode mnie ekstra tipa.
Jedziemy dalej. Razem ze znajomą dziewczyną wybieramy się do Aachen, gdzie ponownie korzystamy z gościnności,
tym razem zupełnie obcych ludzi.  W tym miejscu nasza grupa rozdziela się. Razem z kumplem wsiadamy w pociąg i
z przystankami w belgijskim Namur i Charleroi kierujemy się na zachód, w kierunku Paryża. Druga para wyruszy już
po nas i skieruje się na północ Francji, do niewielkiej miejscowości w Normandii, gdzie mieszka  Francuzka, z którą
mój brat utrzymywał od wielu lat listowny kontakt.  
Paryż, tymczasowy adres Rue de Pyrenee, niewielki pokój na poddaszu, nagrzany do granic możliwości. Małe
okienko w suficie. Toaleta, skromny kranik i jeszcze mniejszy półokrągły zmywak. Wyczyniam cuda próbując
“wykąpać się”, noga do góry, noga na ścianę. Sąsiad krzyczy później, że wszystko jest zalane wodą. Na całym
poddaszu unoszą się zapachy afrykańskich potraw. Na kilka dni przygarnęła nas dziewczyna, która spędzała
semestr na lokalnej uczelni. Kilka miesięcy później, ona i jej kumpel zwrócili się do mnie z propozycją wzięcia udziału
w wyprawie dookoła świata. Ich pomysł wydał mi się trochę nie realny. Poza tym nie mogłem sobie pozwolić na 2
letnią przerwę w zajęciach. Ponieważ wyjechałem do Stanów, nie miałem żadnej informacji o ich dalszych planach.
Jakieś dwa lata temu, w prasie polonijnej ukazał się wywiad z człowiekiem, który przyłączył się do wyprawy studentów
z mojej uczelni. Tak, to musieli być oni. Niestety, dotarli tylko gdzieś do Indii. Byli zmuszeni zawrócić do kraju.
Miasto bagietki z szynką i serem. Czy może być coś lepszego, niż marokański couscous w sorbońskiej kafeterii.
Będąc na Champs Elysee musiałem wstąpić do McDonalda, a potem triumfalnie zjeść McBułkę pod Łukiem. Idąc
śladem Klossa, szukaliśmy kasztanów na Placu Pigalle. Zakończyło się to dla mnie dosłownie kopniakiem w tyłek od
jakiegoś menela pilnującego lokalnego przybytku. A ja chciałem tylko usiąść na moment. Gdzie się podziała ta
francuska kultura? Poznajemy miasto na piechotę, zaliczmy kolejne zabytki. Muzeum impresjonistów D’Orsay.
Louvre i sprint, aby zobaczyć dzieło Leonarda. Potem piwo w ogrodach i docieramy do futurystycznej, betonowej La
Defense. Wracamy metrem. Naśladujemy ludzi, którzy idą pod prąd wychodzącego tłumu. Przeciskają się przez
bramkę na gapę, na drugą stronę. Muszę się wykąpać, dłużej nie wytrzymam. Jestem cały oblepiony kurzem i
potem. Docieramy do Wieży Eiffla, na piechotę wdrapujemy się do piętra, na którym rodzina Griswoldów rozstała się
z beretami. Łażąc po platformie zauważam, że jest tu jeszcze jedna winda, która zabiera ludzi na samą górę.
Podchodzę do chłopaka, który pilnuje porządku i pytam się, gdzie można zakupić bilety. Spojrzał się na mnie
podejrzliwie, następnie rozejrzał dookoła i zaprosił do środka: “Wsiadajcie”.

62.
Opuszczamy Paryż 13 lipca wieczorem, dzień przed świętem narodowym. Chcemy uniknąć tłoku i zamieszania
związanego z tym wydarzeniem. Po drodze na dworzec kolejowy jesteśmy świadkami hucznej zabawy arabskich
nastolatków. Zamknięta przestrzeń wagonu metra tylko potęguje dźwięk odpalanych sztucznych ogni. Pociąg Paryż
– Bordeaux, nocny, druga klasa. Kilka lat temu jeden z polityków z plamą na czole, rzucił hasło “Europa wspólny
dom” i rzeczywiście, w przedziale było międzynarodowo. Jakaś para Francuzów, my i dwie Niemki. Noc spędzam na
ramieniu jednej z nich. Na miejscu jesteśmy z samego rana. Jak zwykle bagaże lądują w przechowalni. Na kilka
godzin uderzamy w miasto. Towarzyszy nam jakiś Arabski nastolatek, nie chce się od nas odczepić, jest niezwykle
namolny i ciekawy świata. Wieczorem docieramy do granicy z Hiszpanią.
W tamtym okresie niektóre kraje europejskie w dalszym ciągu wymagały od Polaków wiz. Była wśród nich Hiszpania
oraz Austria. W hiszpańską wizę zaopatrzyliśmy się w Warszawie, ale nie zdążyliśmy załatwić wizy austriackiej.
Mieliśmy to zrobić po drodze. Pociąg dojeżdża do ostatniej stacji. Po drugiej stronie już są inne tory. Granicę należy
przekroczyć na piechotę. Podchodzimy do okienka, wyciągam paszport. Urzędnik dokładnie obejrzał okładkę i
wykrzyknął “Polonia!”. Potem chyba zaśpiewał po hiszpańsku „Chodźcie, chodźcie, bo mi was tu potrzeba”. Zlecieli
się gromadnie jego „amigos”, zaczęli podawać sobie dokument z rąk do rąk, cmokając z niedowierzaniem. Wreszcie
jeden z nich uśmiechnął się pod wąsem i przybił stempel.
Rozłożyłem śpiwór na posadzce niewielkiej stacyjki, musimy czekać do rana na najbliższy transport. Pierwsze
poranne glosy, tupot stóp przechodzący w galop. Poczułem ból, ktoś przebiegł po moich nogach. Kierunek Madryt.
Nowoczesny pociąg, przestronne przedziały, standard chyba wyższy niż w innych krajach. W przedziale znowu
międzynarodowo. Dwóch Anglików, którzy nie zamienili z nami słowa przez ponad 10 godzin jazdy. Co za
powściągliwość. W kącie uśmiecha się „tuziemiec”. Nasze próby porozumienia nie udają się, “no habla, senior”. W
porze lunchu wyciąga ze swojego węzełka bukłaczek wina, kozikiem kroi kawałki mięsa i uśmiecha się od ucha do
ucha. Sjesta, pociąg staje na dłużej, wypatruję za oknem wiatraków i szaleńca na koniu. W oddali majaczy czerwień
Pirenejów. Do Madrytu docieramy już późno wieczorem. Razem z dwójką Holendrów, dopiero co poznanych na
dworcu, lądujemy na podmiejskim campingu. „Nasi tu są”. Po wyjściu z namiotu orientuję się, że na przeciwko rozbiły
się jakieś Polki. Wycieczka diecezjalna z miasta Sanok, w drodze do miejsca, którego już nie pamiętam. Razem z
całą grupą zabieramy się na jednodniowy wypad do Toledo. Uff, jak gorąco, stary polski autobus bez klimatyzacji.
Otwarte okno nic nie pomaga. Próbuję łapać trochę powietrza. Pojazd nagrzany do granic możliwości, istny
piekarnik. Głos w głośniku powoli wymawia kolejne słowa modlitwy, „Zdrowaś Mario…”. Jeden raz, drugi. Jeszcze
jedna zdrowaśka i jak Antek nie wyjdę z tego żywy. Powoli zapadam w sen. Stajemy się obiektem zainteresowania.
„Jak podróżujecie?, Gdzie się żywicie?” Ktoś pstryknął zdjęcie z ukrycia. Kursanci notują w swojej pamięci nasze
uwagi. Może się przyda. Rozchorowałem się, zjadłem loda, popiłem zimnym piwem i następne kilka dni wypluwałem
płuca. Leczyłem się domowym sposobem, “grzanym piwem”. Przy temperaturach panujących w Hiszpanii, nie było z
tym problemu. Puszka piwa nagrzewała się niezwykle szybko. W południe trudno było wytrzymać, dlatego zawsze
szukaliśmy jakiegoś miejskiego parku, gdzie można by spokojnie położyć się w cieniu na trawie, a puszkę schłodzić
w sadzawce. Tak spędziliśmy większość dnia w Saragossie. Po raz kolejny staliśmy się obiektem zainteresowania
lokalnej społeczności. Nasz język wzbudzał spore zainteresowanie. Niezwykle sympatyczna dziewczyna w lokalnej
informacji miała problemy ze zlokalizowaniem naszego miejsca pochodzenia. Noc spędzamy na dworcu. Rozkładam
swój śpiwór. Tym razem nikt nie przebiegł po moich nogach, ale po pewnym czasie zbudził mnie ból. Kopniak
wymierzony w stopę spowodował, że szybko się przebudziłem. Nade mną stało dwóch policjantów. Sprawdzili mój
bilet i kazali przenieść się na ławkę. Próbowałem ponownie zapaść w głęboki sen, ale co godzinę byłem budzony
przez jednego z nich. Zabawa znudziła się im dopiero nad ranem. Wyspaliśmy się dopiero w wagonie
restauracyjnym pociągu do Barcelony. Ja na blacie, kumpel na trzech stołkach bez oparcia. Nie wiem, jak był
wstanie utrzymać balans, ludzie, którzy przechodzili obok, z niedowierzaniem kręcili głowami.

63.
Jednym z największych problemów, z którym musi zmierzyć się imigrant, jest kwestia wyobcowania w zupełnie
nieznanej społeczności. Nawiązanie nici porozumienia wykracza poza zdolności lingwistyczne. Będąc jeszcze na
studiach w Polsce, na jednej z imprez znaleźliśmy się w towarzystwie bliźniaczek o azjatyckiej urodzie. Byliśmy
zaskoczeni ich obecnością, faktem, że mówiły bezbłędnie po polsku oraz tym, że podobnie jak my, narzekały na
życie, Pomimo różnicy wyglądu posługiwały się tym samym zestawem pojęć, co reszta grupy. „Ojciec prać”, dialogi z
“Misia” czy  “Rejsu” są znane chyba prawie wszystkim Polakom. Funkcjonują w naszej świadomości i stanowią jakiś
punkt odniesienia. Na zajęciach z literatury angielskiej próbowałem w moim eseju użyć argumentacji, że „lepiej być
pięknym i bogatym niż“.  Przekaz przysłowia nie został prawidłowo zrozumiany. Coś, co wydało mi się oczywiste w
sposobie argumentacji, nie trafiało do reszty klasy. Ponownie zajęcia z języka. Wybieramy nasze ulubione piosenki.
Utwór, który zaprezentowałem, „Six feet under” zespołu Guns’n’Roses, wywołuje zakłopotanie profesora. Tekst,
który jest żartem, został przez niego zinterpretowany dosłownie. Przestrzega mnie, że niektóre osoby mogą sobie
wziąć do serca przesłanie piosenki i zakopać członka rodziny 6 stop pod ziemią. Być może.
Kilka dni temu, w Kalifornii, policja, po długim pościgu, zatrzymała uciekający samochód. W pewnym momencie
policjanci zaczęli strzelać do kierowcy, oddając w ciągu kilku minut około stu strzałów. Kierowca musiał w jakiś
sposób sprowokować sytuację, ale nie był on posiadaczem broni i do nikogo nie strzelał. Nadgorliwość, brak
wyobraźni, a może zwykła głupota. Amerykanin, z którym pracuję, wziął w obronę policję. Mieli prawo wpakować w
niego zawartość magazynków. „Oni narażają swoje życie”.
Od jakiegoś czasu toczy się dyskusja, na temat wybudowania nowego stadionu w zachodniej części Manhattanu.
Mogę znaleźć kilka plusów i minusów dla takiego rozwiązania. Grupa Amerykanów, z którymi przebywam, dokonuje
analizy. Tym, co dyskwalifikuje cały projekt, jest brak możliwości uczestniczenia w tak zwanym “tailgate party”. Jest to
przedmeczowy rytuał. Zanim kibice zasiadają na trybunach, przez kilka godzin urządzają wielkie grillowanie na
parkingu przed stadionem. Że też o tym nie pomyślałem.
Kilka lat temu na ekrany kin amerykańskich wszedł polski film w reżyserii Krzysztofa Kieślowskiego. Cieszył się on
dosyć dużym powodzeniem. Tłumy nastolatków waliły do kina, aby obejrzeć z wypiekami na twarzy scenę miłości.
Efekt owocu zakazanego nie trafiał do przekonania znajomemu Amerykaninowi.
-Takich filmów się nie robi, bo nikt nie będzie chciał tego oglądać.
-Ale przecież ludzie szli do kina, aby zobaczyć ten film.
-No właśnie.
-Co, no właśnie?

64.
Usiadłem na stołku, rozglądam się trochę niepewnie, rozdaję uśmiechy dookoła i nic nie rozumiem z tego, co mówią.
Prawie czterdzieści osób zebrało się w niewielkim mieszkaniu, z zamiarem ustalenia szczegółów naszego ślubu
kościelnego. Czuję się jak Kevin Costner pośród plemienia w filmie “Tańczący z Wilkami”. Może trochę cukru, tak się
miele kawę. Nie mam munduru, ale wyróżniam się skarpetkami. Niewiele rozumiem z tego, co do mnie mówią, mogę
się tylko domyślać. Ojciec rodziny, jak wódz, rozdziela nowe zadania, zgłaszają się kolejni ochotnicy. Kiedy oni
zdążyli przyjechać do Stanów?
Najstarsza osoba liczy sobie ponad 90 lat. Ktoś osiedlił się tutaj w latach 60tych i stopniowo sprowadzał kolejnych
członków dalszej i bliższej rodziny. Odwiedziłem jeden z domów. Każde pomieszczenie wykorzystane maksymalnie,
ilość lokatorów przekracza 20 osób. Od piwnicy do najwyższego piętra pokoje zajęte. Dwie, trzy osoby, para za parą.
Fakt braku prywatności nikomu nie przeszkadza, uważają to za coś normalnego. Religia jest tym, co dzieli i łączy
jednocześnie. Katolicy zrzeszają się we własnej organizacji. Kontakty z innymi grupami są raczej ograniczone.
Wprawdzie znają osoby innych wyznań, ale bardzo rzadko dochodzi do spotkań na gruncie towarzyskim. Fakt, że
pochodzą z tego samego kraju, jest sprawą drugorzędną. Kilka razy do roku odbywają się zjazdy, pikniki i imprezy
świąteczne. Ilość uczestników dochodzi do kilkuset osób. Większość z nich mieszka w Nowym Jorku, ale są też
przedstawiciele New Jersey, Północnej Karoliny czy też Maryland.  Na jednym z takich spotkań zauważyłem białą
osobę, która bezbłędnie posługiwała się ich językiem. Był to przedstawiciel niewielkiej grupy, która zamieszkuje
Bangladesz. Pozostałość po okresie imperium Brytyjskiego, zasymilowana z tamtejszą społecznością. Potocznie
nazywana “Anglo”.
Północne rejony Bangladeszu są zamieszkane przez ludność tubylczą. Słabo wykształceni, migrują do większych
miast. Odróżniają się od reszty swoimi skośnymi oczami i karnacją skóry. Przyjęli jednak kulturę i obyczaje indyjskie.
Widok takiej osoby w tradycyjnym “sari”, może początkowo trochę dziwić.
Dzień przed naszym ślubem odbywa się tradycyjna ceremonia zwana “tarmaric day”. Tarmaric jest przyprawą o
charakterystycznym żółtym kolorze. Wymieszana z innymi elementami, nabiera mazistej konsystencji. Rozprowadza
się ją po twarzy delikwenta, kończy zaś zjedzeniem kawałka niezwykle słodkiego ciastka. Na pierwszy ogień poszła
Ona, ubrana w tradycyjny strój. Potem przez pół godziny “znęcano” się nade mną. Zostałem przebrany w coś, co
przypomina “koszulę” i posadzony na środku pokoju. Po pól godzinie byłem kompletnie żółty. Ślub odbył się
następnego dnia, w kościele Św. Sebastiana na Woodside.  Wszystkie przygotowania zostały dopięte na ostatni
guzik. Kiedy wychodziliśmy z kościoła słyszałem, jak ktoś śpiewa “Ave Maria”. Kilka miesięcy wcześniej wspomniałem
komuś mimochodem, że chciałbym usłyszeć tę pieśń. Nie sądziłem, że ktoś to zapamięta i potraktuje poważnie.

65.
Rozmowa z przyszłym pracodawcą. Grupka studentów niecierpliwie przestępuje z nogi na nogę. Nasłuchują wieści i
czekają na rozwój wypadków. Kolejna osoba wyszła z pokoju z nieciekawą miną.
-Zadawał jakieś dziwne pytania.
-To znaczy?
-Jak widzę przyszłość mleczarstwa w Polsce i dlaczego chcę zostać mleczarzem.
Na studentów padł blady strach. Jak wybrnąć z tej łamigłówki? Odpowiedź na pytanie: “Co jest przyczyną, że
studiujesz historię, lub psychologię” jest dosyć łatwa, ale “mleczarstwa” na zajęciach nie przerabialiśmy. Spośród
osób, które były ze mną na studiach, tylko nieliczne jednostki mają teraz coś wspólnego z wyuczonym zawodem.
Ktoś poszedł w “doktory”, pewnie niedługo też i w “profesory”, ktoś dostał nagrodę państwową pierwszego stopnia,
ktoś założył własna firmę, a po innych wszelki ślad zaginął. Ot, cala historia. Prawie jak apel poległych.
Na zajęciach z podstaw księgowości padło pytanie do profesora: „Co spowodowało, że został tym, kim jest?”.
Początkowo, czuł się trochę nieswojo, wreszcie przyznał, że podszedł do zagadnienia pragmatycznie. Po prostu
łatwo o pracę i coś trzeba w życiu robić. Dla mnie wybór kierunku “biznes i zarządzanie”, był bardziej związany z
planami powrotu do kraju. Nieśmiertelne “papier zawsze się przyda”, było argumentem samym w sobie. Po kilku
latach, doszedłem jednak do wniosku że, skoro już zostaję w Stanach ,ogólna wiedza, to za mało. Potrzebuję
konkretnych umiejętności. Początkowo zastanawiałem się nad marketingiem. Kierunek “łatwy i przyjemny”, jeden z
tych, gdzie liczą się indywidualne umiejętności. I albo odniesie się wielki sukces, albo popadnie w przeciętniactwo.
Efektem jest ogromny rozrzut zarobków. Dodatkowo dochodził problem rozumienia tutejszej kultury, odniesień do
pewnych skrótów myślowych. Były to bariery, które wydały mi się nie do przeskoczenia. Już na starcie miałbym pod
górkę. Amerykańska wersja kampanii reklamowej “Johnny prac” pewnie by nie przeszła. Księgowość wydała mi się
idealna. Gazety są pełne ogłoszeń “zatrudnię” lub “poszukuje”, zarobki są ustabilizowane i nie każdy się do tego
nadaje. Kiedy kumpel Amerykanin poprosił, abym wytłumaczył się ze swojej decyzji, miałem dla niego dwie
odpowiedzi: “Będę pierwszym księgowym w rodzinie”, oraz, już bardziej dla żartu: “Pochodzę z rodziny o bogatych
tradycjach księgarskich”. Dzień “kariery” na uczelni, młodzi ludzie siedzą wokół dużego stołu. Prowadząca zajęcia,
kobieta w średnim wieku, zadaje sakramentalne pytanie: “Dlaczego?”. Kolejne osoby pocą się przy odpowiedzi.
Wreszcie padło na dziewczynę, która siedziała tuż obok mnie. Z pasją wyrecytowała jednym tchem: „Zawsze
marzyłam, aby zostać księgową, mój dziadek był księgowym, mój ojciec oraz mama także się tym zajmują, już  nie
mogę się doczekać, kiedy zacznę liczyć”. Na sali zapanowała konsternacja, minuta ciszy i zakłopotanie pomieszane z
niedowierzaniem. Wow.


66.
Powikłane są ścieżki, które prowadzą na wyższe szczeble kariery. Jedni wierzą bezgranicznie w swoje umiejętności.
Inni szukają dojść, pleców lub poparcia. Program “American Idol” jest pełen przykładów ludzi, którzy nigdy nie
powinni otwierać ust i wydawać dźwięków z siebie. Każdy z nich wierzy, że ma to “coś”, co pozwoli wygrać konkurs.
William Hung, najgorszy z najgorszych, przynajmniej był szczery: “I tak nieźle zaśpiewałem, pomimo braku
formalnego wykształcenia muzycznego”. Ostatni, będą pierwszymi. William wydal płytę, jego wersja “She bangs, she
bangs” połączona z charakterystycznymi wyrzutami ramion,
stała się przebojem, który zostanie w zbiorowej pamięci na długie lata. Młody chłopak, praktykant, jeszcze studiuje,
ale już myśli o swojej przyszłości. Jest jednym z tych, którzy mają jasno wytyczony cel. Wiedzą, co chcą robić i czym
się zajmować przez resztę życia.  Jak sam mówi: “Nie może się doczekać długich godzin pracy”. Jego osoba mogłaby
stanowić studium jakiegoś klinicznego przypadku. Postanowiłem go “przebadać” bez wystawiania diagnozy.
Wychowany w Stanach od 10 roku życia, syn imigrantów. Dokonał operacji chirurgicznej na niektórych literkach
swojego imienia, I tak oto rumuński “Ion” stał się irlandzkim “Ian’em”. Jego wiedza na temat kraju przodków była
szczątkowa. „Tradycyjna potrawa?”, “Nie znam”, „Skąd pochodzą rodzice?”, “Nie wiem”. Rozbroił mnie jednak
stwierdzeniem, że “Chiny są krajem demokratycznym”. Był pewien, że cudowna przemiana systemowa nastąpiła kilka
lat temu. Swoją wiedzę czerpał okazjonalnie z przekazów telewizyjnych. Wiadomości nie oglądał, gazet nie czytał, ale
jak sam stwierdził,
przekonania polityczne “po prostu się ma”. Postanowił sprawdzić moją wiedzę na temat tajnych stowarzyszeń.
Początkowo sądziłem, że jego pytanie ma związek z książką “Kod Da Vinci” lub filmem “National Treasure”.
Przyczyna była jednak bardziej prozaiczna. “Zarówno Bush, jak i Kerry, są członkami pewnego tajnego
stowarzyszenia”. To pomaga.
Kilka lat temu, kiedy jeszcze biegałem z przesyłkami, znalazłem się całkiem niespodziewanie w budynku “Wielkiej
Loży”. Z niedowierzaniem przyglądałem się portretom wielkich budowniczych wiszących na ścianach. Znalazłem się
w miejscu, o którym czyta się w książkach. Teraz miałem namacalny dowód na jego istnienie. Ian i jego kumpel
postanowili zostać członkami masonerii. Jeden miał wprowadzić drugiego do stowarzyszenia i pomóc przejść przez
trzystopniowy proces rekrutacji. Tym, którzy byliby zainteresowani członkostwem, podaję adres. Manhattan, róg 23
ulicy i 6 Avenue. Przy wejściu proszę okazać cyrkiel i ekierkę, proszę też nie zapomnieć puścić porozumiewawczego
“oka” do sekretarki.

67.
Kiedyś, gdzieś, doszło pewnie do takiego spotkania. “Ludzie, którzy handlują dywanami będą sprzedawać swoje
towary na Madison & 28 Ulicy, Antyki na Broadwayu & 8 Ulicy. Ci, co szyja i “co skaczą” wynoszą się na 7 Avenue, a
my, afrykańskie zuchy, będziemy biegać z rolexami po 5 Avenue. No i niech ktoś gwiżdże jak zobaczy policjanta”.
Rozpierzchła się dziatwa w grupach po całym mieście, każdy znalazł sobie jakiś kąt. Wydzielono części, tu agencje
reklamowe, a tu biznesmeni. Większe grupy zajmują cały kwadrat, kwiaciarze i jubilerzy dostali niewielka uliczkę -
Diamond District. W każdym sklepie sprzedaje kilkanaście osób, każdy ma swoje stanowisko. Naganiacze stoją na
chodniku, większość
ludzi kręci się bez celu, wystaje, czeka na coś. Tuż nad sklepami, znajdują się wytwórnie. Wejście do takiego
budynku to już jest przeżycie. Kontrola jak na lotnisku. Pierwsze sito, potem metalowe drzwi, kolejna krata, następne
okienko w metalowych drzwiach  i na końcu manufaktura.
Chinatown, miejsce dziwnych interesów. Życie toczy się dosłownie na ulicy. Sprzedawcy oferują swoje towary
bezpośrednio na krawężniku. Niektórzy z nich znaleźli schronienie we wnękach budynków.  Oferują podróbki
każdemu, kto tylko zwróci wzrok w ich kierunku. Tuż obok sprzęt elektroniczny. Cześć towarów bez opakowań,
obwinięta przezroczystym plastikiem. Kumpel kupił tutaj telefon, a potem z rozżaleniem stwierdził, że w środku nic nie
ma. Jest jedno miejsce na Chinatown, które mnie fascynuje. Tuż przy wejściu do metra linii A, znajduje się sklepik ze
starymi, używanymi częściami elektronicznymi typu adapter bambino. Zakurzone rzeczy stoją na półkach.
Bursztynowy monitor komputera, lampowe telewizory, podobnie radia. W pudłach wystawionych na chodniku, cała
masa wtyczek, niewielkie anteny. Jak wiadomo, nic nie jest za darmo. Właściciel musi płacić za wynajem. Sklep
istnieje, od kiedy pamiętam. Ktoś te wtyczki musi jednak kupować.
Kumpel, z którym pracowałem na samym początku, był amatorem używanych butów. Nie bał się wpływu
drobnoustrojów na naskórek pomiędzy palcami. “Cena była dobra”. Wybrałem się kiedyś do tego sklepiku na
Greenpoincie. Z chwilą, kiedy przestąpiłem próg znalazłem się w innym świecie. W ciągu kilku sekund przeżyłem
wędrówkę w czasie i przestrzeni. Za ladą stał wyrwany żywcem, z serialu “Noce i Dnie” obwoźny sprzedawca
używanych rzeczy. Mogłem dotknąć towaru, który pamięta czasy Franciszka Józefa. “Mam coś dla pana Niechcica,
świeże buty, dopiero co przywieźli”.
Już zmierzcha. Wstąpię jeszcze do sklepu, kupię jakiś dywan. Towar zwinięty stoi pod ścianami. Znajduję wreszcie
jeden, który mi się podoba. Rozkładam na podłodze. Jak zwykle nie ma ceny. Czy ktoś może mi pomóc?  Właściciel,
Arab, siedzi na zapleczu, przegląda jakieś papiery.
-Ile za ten dywan?
-Który?
-Ten ładny.
-Jak dla ciebie, 150.
Chcę go jeszcze raz obejrzeć. Waham się, krążę po sklepie. Wracam do niego kilka raz. Stopniowo spuszcza cenę,
140, 130, 125. Decyduję się, ale nie chcę używać karty kredytowej w tym “niepewnym” miejscu. “Zaraz wracam,
tylko wybiorę pieniądze”, Właściciel chce się pozbyć towaru. Jeżeli użyję karty, spuści do 110. Czy jest na sali ktoś,
kto da więcej? Nie, nie słyszę, po raz pierwszy, po raz drugi, trzeci. Sprzedane. W cenę wliczył także podatek. Kiedy
już zbierałem się do wyjścia, usłyszałem “A gdzieś ty się tak nauczył targować?”

68.
Dawno, dawno, temu.....1991
O mały włos, a nie dotarlibyśmy do Barcelony. Wsiedliśmy do nie tego pociągu, co trzeba. Kilka godzin czekania,
sprawdzanie tablicy informacyjnej, wyostrzony wzrok i węch nic nie pomogły. Dopiero, kiedy pociąg już ruszał, ktoś
się zlitował i łamanym angielskim wskazał nam drogę do wyjścia. Po kolejnym sprawdzeniu tablicy informacyjnej
zauważyliśmy, że potrzebna nam była instrukcja obsługi i osoba znająca miejscowe narzecze. Barcelona posiada
dwa systemy komunikacji kolejowej. Oprócz metra jeździ także kolejka podmiejska. Doświadczenie z Paryża
procentowało. Dla nas był to jeszcze jeden sposób na zaoszczędzenie kilku peset. Zainteresował się nami młody
chłopak, mówił biegłe po angielsku i w ciągu kilku minut jazdy chciał nam przybliżyć stolice Katalonii. Dwudniowe
zwiedzanie miasta uznał za wariactwo.
Po całym dniu wrażeń, musieliśmy znaleźć nocleg. Wylądowaliśmy na jakimś kempingu pod miastem. Kiedy
zobaczyliśmy cennik, doszliśmy do wniosku, że tylko jeden z nas będzie się mógł spokojnie przespać. Kemping ten
był miejscową atrakcją z racji posiadania kilku basenów. Grupki dzieciaków czekały w kolejce. Po krótkiej naradzie
ustaliliśmy, że kumpel wmiesza się w tłumek dzieciaków i razem z nimi wejdzie do środka. Musiał trochę zgiąć kolana
i schylić głowę, ale udało mu się przejść na drugą stronę. Następnego dnia, po całym dniu zwiedzania, w drodze
powrotnej uświadomiliśmy sobie, że nocną porą może już mieć mniej szczęścia. Dzieciaki pewnie przestały się
kąpać. Dostał wtedy takiego przyspieszenia, że nie mogłem za nim nadążyć. Rozpoczęliśmy zawody sprinterskie do
bramy kempingu. Efekty specjalne zapewnił nam pas startowy lotniska, który zauważyliśmy w momencie, kiedy do
góry unosił się samolot pasażerski. W ciągu kilku sekund znalazł się kilkanaście metrów nad naszymi głowami.
Prawie jak na teledysku zespołu U2.
Jeszcze jeden dzień zwiedzania. Tym razem już z plecakami zostawionymi w schowku. Na koniec decyzja, co ze sobą
zrobić. Kilkanaście dni w podroży zrobiło swoje, straciliśmy rachubę czasu. Wiedzieliśmy, gdzie jesteśmy, ale nie
mięliśmy pojęcia, jaka jest data oraz dzień tygodnia. Postanowiłem zasięgnąć języka w informacji turystycznej na
dworcu w Barcelonie. Na początek kilka rutynowych pytań o kierunek podroży, stacje kolejowe i na koniec
sakramentalne.
-Jaki dzisiaj dzień mamy?
-Data?
-Nie, dzień tygodnia.
-Niedziela.
Dziewczyna w informacji uśmiechnęła się trochę niepewnie. Aha, jak niedziela, to jesteśmy w Barcelonie. Wybraliśmy
ostatnią stację po stronie hiszpańskiej, nazwa Figueres. Rozsiedliśmy się na ławce, kiedy podeszły dwie osoby.
Podobnie jak my, wędrowali po Europie. Zaprosili nas “do kółeczka”. Międzynarodowe towarzystwo okupowało
niewielki skwerek przed stacyjką. Kilkoro Niemców, Holendrzy i Anglicy. Z tej grupy tylko Niemcy mieli, jako takie
pojęcie o Polsce. Anglicy, swoją ignorancja, doprowadzili mnie do białej gorączki. Doszło do tego, że Niemka
musiała mnie uspokajać i przepraszać za ich głupotę. To był zbieg okoliczności, że cała ta grupa znalazła się w tej
miejscowości tylko dlatego, że mieści się tam dom i muzeum Salvadore Dali. Takiej okazji nie mogliśmy przepuścić.
Nasi nowo poznani znajomi zafundowali nam wejściówki.


69.
Znajomość angielskiego nie jest silną strona mieszkańców krajów romańskich. Będąc np. w Niemczech, Austrii
można śmiało rozpocząć rozmowę w języku Szekspira. We Francji, Hiszpanii lub Włoszech, potrzebne jest także
szczęście. Wyjazdy za granicę były okazją podszkolenia języka. Jak każdy w tamtym okresie musiałem “znać” język
naszych wschodnich sąsiadów. Ta znajomość, w ogólniaku zakończyła się stwierdzeniem “ignorant” i uwagą, że
“rodina” nie znaczy to samo, co “rodzina”. Kilka lat nauki języka francuskiego też można by uznać za stracone. Być
może, gdybym miał możliwość pomieszkania dłużej nad Sekwaną, potrafiłbym wykrztusić z siebie kilka zdań.
W czasie poprzedniej wycieczki stopem po Austrii, trafiliśmy na francuskich turystów. „Proszę powiedzieć tylko jedno
zdanie”. Wysiliłem moce umysłowe, przypomniałem sobie słówka, składnię i gramatykę. Wreszcie powiedziałem kilka
słów, które można by przetłumaczyć, jako “My mamy Polacy”. Byłem dumny z siebie, nieźle jak na kilka lat nauki.
Tylko kierowca zrobił jakąś dziwną minę.
W czasie studiów musiałem zaliczyć ćwiczenia z językiem w tle. Wybrałem średniowieczne dokumenty w języku
niemieckim. Rozszyfrowaliśmy starodruki pisane gotykiem. Moja znajomość niemieckiego ograniczała się do kilku
zwrotów, jak: “Guten morgen”. Zajęcia jednak zaliczyłem.
W Paryżu wstąpiliśmy do biura informacji turystycznej z zamiarem otrzymania listy kampingów nad Lazurowym
Wybrzeżem. Już pierwsze słowo wywołało niesmak na twarzy pracującej tam młodej dziewczyny. Zadała mi pytanie:
“Dlaczego nie mówisz po francusku?” Trochę zaskoczony takim obrotem sprawy odpowiedziałem: “ Bo gdybym
mówił po francusku, to nic byś nie zrozumiała”. Podziałało.
Będąc w Marsylii, wybraliśmy się do ambasady Austriackiej z prośbą o wizę tranzytową. Posługiwałem się
angielskim. Konsul przyjął nas osobiście. Wyjaśniłem powód naszej wizyty. Po kilku minutach czekania, otrzymaliśmy
nasze paszporty z nowiutkimi wizami. Na koniec, podziękowałem za pomoc tak, jak najlepiej umiałem. Konsul
poczekał kilka sekund aż dokończę. Popatrzył się na nas, a następnie zwrócił się do sekretarki po francusku: “Nic
nie rozumiem, o co mu chodzi?”


70.
Kilka lat temu, w rozmowie ze znajomą Niemką, chciałem pochwalić się znajomością tej grupy etnicznej. “Tu jest
niemiecka dzielnica, a raz do roku po Manhattanie  maszeruje Steuben Parade”. Na wspomnienie tej nazwy
skrzywiła się niemiłosiernie.
Przyznaję się bez bicia, że nigdy nie byłem na Paradzie Pułaskiego. Być może skojarzenia są podobne do mojej
znajomej Niemki. Omijam szerokim łukiem zgromadzenia “cepeliady”. Jest to uraz do pewnej sztuczności. W trakcie
zajęć z historii sztuki profesor, prezentując slajdy, przedstawił średniowieczny obiekt wykonany w Magdeburgu, w
okresie późnego Mieszka. Uzupełnił to komentarzem: “Tereny na wschód od Łaby były zamieszkiwane przez ludność
pogańską”.  Moja ręka automatycznie wystrzeliła w górę. Veto, veto, “było to dzieło propagandy, bo nasz władca już
dawno przyjął chrzest”. Wywołało to
konsternacje profesora, oraz wybuchy śmiechu na sali. Obiecał, że sprawdzi źródło informacji.
Zostałem zaproszony na imprezę przez znajomego Amerykanina. Towarzystwo “artystów” i sąsiadów. Przez jakiś
czas nie wiadomo, co ze sobą zrobić, z kim rozmawiać i na jaki temat. Anglicy podobno potrafią przez całe spotkanie
wymieniać opinie, jednocześnie nie mówiąc nic o sobie. Na tym spotkaniu, już kilka pierwszych słów wywołało
entuzjazm kobiety, z którą rozmawiałem. Uśmiech nie znikał z jej twarzy.
- Też jestem Polką.
- Naprawdę?
- Tak, uwielbiam tańczyć polkę.
- Polka  nie jest naszym narodowym tańcem. Znasz Straussa?
- Naprawdę?
Bracia Czesi “podłożyli nam świnię” z przytupem. Nasi rodacy dołożyli jeszcze kilka cegiełek do tej układanki. “Polska
kiełbasa” jest dostępna w każdym supermarkecie. W rożnego rodzaju sklepach, gdzie można kupić lunch na wagę,
kawałki pieczonej kiełbasy znikają niezwykle szybko. W supermarkecie, w dziale mrożonek, można bez problemów
kupić nasze pierogi. Po zakupie ich oraz paczki ciastek sprzedawca, z pewną ironią, powiedział do mnie: “Co za
dieta”. Kilka lat temu firma, która je produkuje, przygotowała nawet kampanię reklamową. W telewizji pojawiały się
reklamówki zachwalające walory smakowe potrawy pod nazwa “Rogies”. Osoba, która nigdy nie była w Polsce, ma
więc obraz człowieka, który od rana do wieczora tańczy polkę z kiełbasą w ręku, z krótkimi przerwami na zjedzenie
dziennej porcji pierogów. Mój znajomy Amerykanin był zaskoczony informacją, że na liście przebojów polskich potraw
króluje schabowy oraz kapusta. Ja, ze swej strony, dopiero tutaj, uświadomiłem sobie, jakie to my jesteśmy
“kapuściane dusze”.
Grupa starszych osób, jak zwykle przesiaduje w McDonaldzie. Czekając na autobus wstąpiłem do środka, kupiłem
coś do picia, usiadłem przy wolnym stoliku i zacząłem przeglądać poranną gazetę. Renciści zaciekle dyskutują
miedzy sobą o zasługach diaspory żydowskiej dla rozwoju ogólnego ludzkości. Kilkanaście osób przekrzykuje siebie
nawzajem. W dyskusji pojawia się swojsko brzmiące nazwisko “Lozniak” odmieniane we wszystkich przypadkach.
“Lozniak to, Lozniak tamto, twórca firmy Apple, Lozniak to Żyd, chluba naszej społeczności”. Po kilku minutach
wysłuchiwania tej rejterady, postanowiłem włączyć się do dyskusji.
- Po pierwsze nie “Lozniak” tylko Woźniak, pod drugie nie Żyd tylko Polak
- Tak? To dlaczego prowadzi swoje dzieci do synagogi?
Zabrakło argumentów. Wypadłem pospiesznie na ulicę. Gdzie jest ten cholerny autobus?
Po jakimś czasie naszła mnie taka refleksja. Mógł być Żydem, mógł być też Polakiem, jedno drugiemu nie
przeszkadza. Tylko obie strony dyskusji uważały, że jest inaczej.