Archiwum
71
W serialu „Seinfeld” jest taka scena. Jerry i George odwiedzają producenta telewizyjnego w jego mieszkaniu. Chcą
się dowiedzieć, czy telewizja podpisze z nimi kontrakt na wyprodukowanie ich serialu “o niczym”.  W trakcie rozmowy,
producent musi wyjść do łazienki. Za każdym razem, kiedy Jerry zadaje pytanie, z za drzwi dobiegają odgłosy
wymiotne.
-Jak scenariusz?
-(buueeeeeee)
-Będziecie produkować?
-(buueeeeeee)
W końcu obaj wychodzą. Próbują podnosić siebie na duchu: “Chyba mu się podobało?”
Mój kontakt z krajem, przez kilka pierwszych lat, był dosyć żywy. Telefony do brata, kiedy wyrwany ze snu musiał
opowiadać, jak mu “się żyje”. Listy, długie i krótsze, od bliższych i dalszych znajomych. Do tej pory trzymam je
wszystkie w jednym pudełku. Chyba nigdy nie będę w stanie się z nimi rozstać. Jest coś szczególnego, kiedy
otrzymuje się dluuugi list. Obraca się go w palcach, czyta kilka razy. Analizuje, wyciąga wnioski, a potem pisze
wypracowanie. O odwiedzinach bliskich osób, z wiadomych względów, nie mogło być mowy.
W mieszkaniu, w którym mieszkałem, pojawiały się jednak osoby z kraju. Bliższa i dalsza rodzina dziewczyny,
właścicielki mieszkania, wpadała na kilka dni w niewiadomych do końca celach. Do użytku dostawali kanapę w
pokoju gościnnym, kawałek stołu, dojście do kuchni, wspólny talerz i sztućce. Ona zaś dzieliła swój niewielki pokoik z
chłopakiem. Większość przestrzeni zajmowała sporej wielkości kanapa. Inne przedmioty stały jeden na drugim.
Niewielkie okno wychodziło na, tak zwaną, studnię. Warunki, w których mieszkała, chyba jej nie przeszkadzały. Po
pewnym czasie można się przecież przyzwyczaić. Nie miała też specjalnych wymagań od życia. Trochę nowych
ciuchów, odkupiony od znajomych samochód, długi na karcie kredytowej. Rozpoczęta szkoła, z której po jakimś
czasie zrezygnowała. Regularnie jednak wysyłała paczki do rodziny w kraju. Były to dużej wielkości pudla,
wypełnione wszystkim, co wpadło pod rękę. Pokazała mi kiedyś zdjęcia swoich bliskich. Piękny dom, samochód,
uśmiechnięte dzieci. Ludzie na stanowiskach, ptasie mleko na stole. Nikt nie powiedział: “Dziewczyno daj sobie
spokój. Zadbaj o siebie”.
Oprócz listów, dostawałem także przesyłki specjalne, czyli nagrane kasety magnetofonowe. Z napięciem otwieram
kopertę i szybko pakuję kasetę do magnetofonu. Rozpoznaję glos, powoli wpadam w nastrój. Dźwięk jest super,
jakość nagrania bardzo dobra. Wydaje mi się, że nawet zbyt dobra. W pewnym momencie słyszę zawahanie w
głosie, stękniecie i chlupnięcie. Tak, wydało się, to był pierdzący “list z toalety”. Gdyby kartka papieru mogła
wydawać z siebie dźwięki, to treść wyglądałaby następująco:
-W pierwszych słowach mego listu..
-(brrrrrruuuuuuu)
-Zasyłam serdeczne pozdrowienia.
-(brrrrrrruuuuuu)
Chyba mu się podobało.

72.
We dwoje raźniej. Znajomy Amerykanin mówił, że trzeba “przyłożyć jedną głowę do drugiej”, inny twierdził, że
wspólnie z żoną “są na tej samej stronie tej samej książki”. W języku polskim funkcjonuje podobny idiom, “co dwie
głowy to...” Tak czy inaczej, w nowe życie wkraczaliśmy wspólnie, razem z jej bratem. Rodzice zostawili nam
mieszkanie w dzielnicy Woodside, a sami postanowili szukać swojego szczęścia w Północnej Karolinie. Nasz ślub
zbiegł się z zakończeniem nauki na LaGuardia Community College. Oboje rozpoczęliśmy kolejny etap studiów. Ona
na Hunter College, ja na Baruch College. Główny budynek mieścił się przy 23 ulicy i Lexington Avenue. Dwie ulice
dalej rozpoczęto budowę nowego budynku uczelni. Kiedy zaczynałem naukę, była tam jedna wielka dziura. Dwa lata
później stał już wysoki piętrowiec w kształcie baryłki piwa.
Rzeczywistość była dosyć brutalna. Przez kilka lat nauki musiałem się posiłkować kartą kredytową. W rezultacie dług
narósł do rozmiarów, które groziły utratą kontroli. Z moich wyliczeń wynikało, że pracując jako kurier, byłem w stanie
pokryć 1/3 całych kosztów nauki. Musiałem zmienić priorytety, studia stały się dodatkiem do pracy Na zajęcia
uczęszczałem wieczorową porą. Musiałem też ograniczyć ilość przedmiotów. Ona pracowała za kontuarem w drogerii
zarabiając trochę więcej ponad minimalna stawkę. Po pewnym czasie zrezygnowała. Ktoś dosiadł się do jej kasy i,
co kilka tygodni, zaczęły znikać pieniądze. Początkowo kilka dolarów, potem kilkanaście, aż bezczelność złodzieja
sięgnęła $100. Dla świętego spokoju wolała znaleźć inne zajęcie.
Ja, w dalszym ciągu roznosiłem przesyłki. Kilka lat ciągłego chodzenia, najpierw z kosiarką, a potem po mieście,
zrobiło swoje. Moje nogi zaczęły wysiadać. Przez pierwsze 3 dni tygodnia było jeszcze w porządku, końcówka była
już jednak męczarnią. Przez firmę przewinęło się tyle osób, że większości młodych zupełnie nie znałem. Żeby nie
marnować czasu ciągłym wracaniem do naszego biura, wolałem oczekiwać na informacje od dyspozytora
przebywając głownie na wschodniej stronie Manhatannu, w okolicach 53 Ulicy. Dzięki temu mój beeper odzywał się
dosyć często. Miałem propozycję zmiany pracy. W budynku Citicorp jadłem lunch i czytałem gazetę. Przysiadł się
człowiek w średnim wieku. Od słowa do słowa, zadał kilka pytań, pokiwał głową ze zrozumieniem i  zaproponował
możliwość pracy w firmie, która miała do czynienia z giełdą Nasdaq. Należało tylko zgłosić się do jego biura przy
Park Avenue. Do całej sprawy podszedłem trochę sceptycznie. Po wcześniejszych doświadczeniach i rozczarowaniu
związanym z odmową zatrudnienia, wolałem oszczędzić sobie kolejnych przykrych wrażeń. Moje sprawy były w toku,
ale do otrzymania jakiegokolwiek
dokumentu, droga była jeszcze daleka. Osoby, które są sponsorowane przez posiadaczy zielonej karty, musza
wykazać się sporą cierpliwością.
Taki stan trwał ponad rok. Moja żona, poprzez uczelnię, znalazła się na praktyce w jednym z urzędów miejskich. Po
jej zakończeniu została zatrudniona na pełny etat za minimalną stawkę. Jedynym pozytywem tej pracy było
ubezpieczenie zdrowotne dla nas dwojga. Któregoś dnia, całkiem niespodziewanie, dostałem telefon od znajomego
Hindusa. Firma, w której pracuje, poszukuje pracownika. Mój status imigracyjny był kwestią drugorzędną. Przesłałem
swój życiorys i kilka dni później zostałem wezwany na rozmowę.

73.
Nie bez pewnych trudności odnalazłem miejsce mieszczące organizację, dla której pracował mój znajomy. Po kilku
minutach krążenia wokół budynku, znalazłem wreszcie jedno z wejść. Swoje kroki skierowałem do działu kadr.
Starsza kobieta przyjęła mnie niezwykle entuzjastycznie. Posadziła w fotelu i zawołała osobę, która miała mnie
przepytywać. Pytania były proste, a odpowiedzi jeszcze łatwiejsze. Po kilku minutach luźnej konwersacji, mój
rozmówca uśmiechał się już od ucha do ucha. Chyba idealnie pasowałem im do pozycji, którą mi proponowali. Mój
brak doświadczenia zupełnie go nie zrażał. Miałem zajmować się płaceniem rachunków oraz wypłatami pracowników.
Przed samym spotkaniem, skonsultowałem się z kumplem w kwestii zarobków i kiedy padło sakramentalne pytanie:
“Ile?”, bez mrugnięcia okiem krzyknąłem odpowiednią sumę.
Była to firma, jakich wiele. Niewielka organizacja założona przez rodziców, którzy chcieli zapewnić opiekę swoim
dzieciom. Wymagały one pomocy medycznej i stałej obecności osoby towarzyszącej. Organizacja zapewniała
wszystko, włącznie z mieszkaniem. Środki na działalność uzyskiwano z funduszy stanowych. Po kilkunastu latach
funkcjonowania, na utrzymaniu było 10 domów, kilkudziesięciu klientów oraz grupa ponad 170 pracowników. Główna
siedziba firmy znajdowała się w jednym z budynków. Klienci zajmowali pierwsze i drugie piętro, a pomieszczenia
biurowe okupowały piwnice. Główne wejście znajdowało się w dość obszernym garażu. “Chyba nigdy nie uwolnię się
od tych amerykańskich piwnic.”
Mniej więcej godzinę po spotkaniu, dostałem telefon. Proponowali mi oficjalnie posadę. Moja pierwsza “biurowa
praca” w Stanach. Czułem się jak Dyzma, który trafił na posadę do Kunika. “Miesiąc, dwa, utrzymać się może z pól
roku, a potem…”


74.
Jedna rzecz zadziwia mnie w Stanach.. Jak wiele jest firm, które działają na “słowo honoru” Niby są, istnieją, działają
według pewnych reguł biznesowych, a w rzeczywistości traktują je dosyć wybiórczo. Firma ogrodnicza z trzema
kosiarkami i brakiem inwestycji, pozwoliła jednemu z szefów na kupienie domu na Long Island. Firma kurierska,  w
której co tydzień pojawiały się nowe twarze, otworzyła drugie biuro na dolnym Manhattanie dopiero w momencie,
kiedy zamówienia zleciały na łeb na szyję. W ostatecznym rozrachunku i tak sukces firmy zależy od ludzi, którzy w
niej pracują. Nie inaczej było w mojej nowej firmie.
Szefem i zastępcą były dwie kobiety. Jedna z nich wzbudzała respekt, druga hołdowała kulturze podań, notatek,
memorandów. Był to jej mechanizm obronny przed koniecznością podjęcia szybkiej decyzji. Działem księgowym
zarządzał człowiek, który zaliczył kiedyś Wietnam. On znowu uwielbiał co tygodniowe spotkania, na których
dochodziło do sprzeczek na temat: “jak prawidłowo rozliczyć rachunek bankowy”. Miał też inną słabość. Po lunchu
zamykał się w swoim pokoju i oddawał drzemce. Został zwolniony, nie ze względu na brak kompetencji, ale z powodu
napastowania seksualnego. Cały incydent sprowadzał się do przestawienia kierowniczki działu kadr z jednego
miejsca na drugie. Reakcja szefowych była natychmiastowa. W ruch poszły kartki papieru i opisy zdarzeń.
Następnego dnia, weteran musiał pożegnać się z posadą. Nasza działalność była pod stałą kontrolą rady
dyrektorów. Co tydzień jeden z nich przeglądał faktury. Jego uwagę zwrócił niezwykle wysoki koszt pobytu szefowej
na Florydzie. Kilka dni spędzonych wraz z grupą przyjaciół, oraz rachunek na kilka tysięcy dolarów, przelał czarę
goryczy. W trybie natychmiastowym rozstano się z nią. Do budynku wkroczyła policja, a sama zainteresowana
pożegnała się ze swoim biurem w trybie natychmiastowym.

75.
Od wieków męczy ludzkość pytanie: “Czy jesteśmy sami w kosmosie?”, a w sensie egzystencjalnym: „Czy jest ktoś,
kto nadaje na tych samych falach?”. Załoga statku kosmicznego USS Enterprise, co tydzień zmagała się z
przedstawicielami innych cywilizacji. A ja tutaj, na ziemi, poznawałem, świat, którego nie znałem. Przedstawiam
załogę, mojego “statku”.
Drużynę prowadzi zaprzeczenie ojcowskiej miłości, w niczym nieprzypominający
dobrodusznego kapitana Jean Luc Picard’a, Brodaty facet, którego imienia już nie pamiętam. Wyniesiony z nizin
społecznych, dostąpił zaszczytu kierowania większym zespołem ludzkim. Jego zastępca dostał przydomek “Creep”.
Już na sam jego widok, pracownicy dostawali mdłości. Pozostałym załogantom trzęsły się ręce, kiedy stali przed nim
na baczność. Większość ludzi chciało się uwolnić od ich towarzystwa. Niektórym się to udało, wprawdzie
dyscyplinarnie, ale jednak. Obowiązki osobistej sekretarki sprawowała osoba, która już dawno powinna być na
zasłużonej emeryturze. Większość jej zarobków szło na utrzymanie wnuka na studiach. Drugi sekretarz,
sfrustrowany swoją pozycją, wyładowywał energię na klawiaturze komputera. Monitorem też nie gardził. W moim
dziale, na miejsce weterana z Wietnamu, zatrudniono silnie przestraszonego młodego człowieka. Dosyć dobre
relacje nawiązałem z kobietą, która pochodziła z Ekwadoru oraz Amerykaninem z krwi i kości, jednym z tych, którzy
zeszli kiedyś ze statku Mayflower. Swoją erudycją  wybijał się ponad przeciętność. Można by rzec, że był z innej
planety. Fenomenalna wiedza na każdy temat. Kim jesteś? Czy jest was więcej?  “Take me to your leader.”
Toczyliśmy semantyczne dysputy o wyższości itp. itd. Miał niezachwiana wiarę, że wycofanie z Wietnamu było
wyłącznie dziełem oporu społeczeństwa Amerykańskiego. Odrzucał argument ze półwysep Indochiński stał się
miejscem konfrontacji z systemem komunistycznym. Miał też kiepskie zdanie o związkach zawodowych. Sam zresztą
należał do grupy kierowniczej w firmie. Jak twierdził: „Organizacje te promują przeciętność”. Przykładny ojciec
rodziny. To już była jego druga gromadka. Z pierwszą się rozstał. Z drugą też chyba wiązał jakieś inne plany. W
wolnych chwilach studiował teologię. Z potrzeby serca planował wstąpienie w stan kapłański. Praktykujący katolik, o
nieskazitelnym poczuciu obowiązku, zawsze stawiający dobro firmy, ponad własne potrzeby. Pomiędzy nim, a nową
osobą, która przejęła kierownictwo naszego departamentu, doszło do scysji. „Ja wiem, co mówię”, “Nie, to ja wiem,
co mówię”. „Ależ skąd”, “ Ależ tak”. “Nie będziesz mnie uczył…”. Finał sprawy - kilka dni później został zwolniony. Nie
było nikogo, kto by się za nim ujął. Oficjalny powód, podanie fałszywych informacji odnośnie wykształcenia w
podaniu o pracę.

76.
W czasie luźnej rozmowy z człowiekiem, z którym pracuję, próbuje w maksymalnie prosty sposób wytłumaczyć, o co
mi chodzi. Bez skutku. Niby rozumie, ale widzę, że ma jakieś obiekcje. W pewnym momencie kończę swoją
wypowiedź charakterystycznym stwierdzeniem “you know what I’m sayyyyyyying”(wiesz, o czym mówię), przedłużając
ostatni wyraz w nieskończoność. Popatrzył się na mnie z niesmakiem. Kilka lat pracy w firmie kurierskiej zrobiło
swoje. Brakowało tylko, abym zaczął machać rękami, mówiąc jednocześnie “yo, yo”, i zachowywał się jak “Slim
Shady”. To wszystko przez te nowe komórki. Coś się rodzi, coś umiera.
W biologii znane jest takie zjawisko. Starsze komórki giną, a w ich miejsce powstają nowe. Przejmują one rolę tych
starszych. Powstają nowe połączenia w mózgu, synapsy przekazują informacje jedna drugiej. A ponieważ komórki,
które powstały już na amerykańskiej ziemi, są jak większość rzeczy tutaj, bardziej praktyczne, więc idą na łatwiznę.
Człowiek myśli, samochód, a wychodzi: “kar no kornerze”. Coś takiego jak z okresu polskiego PRL-u: “myślimy
partia, a mówimy naród”. Jak łatwo jest zastąpić jedno słówko drugim. Jak wiele osób myśli jedno, a mówi drugie.
Ludzie, których znałem, mieli kontakt z językiem angielskim tylko w pracy. W domu tworzyli jakąś własną wersję
“ponglish”. Może to mieć jednak i pozytywne strony, gdyż inne grupy etniczne mają ten sam problem. Kiedy
przebywam z rodziną mojej żony, jestem w stanie zrozumieć to, co mówią, dzięki tym kilku wtrąconym angielskim
słówkom. Stanowią one pomoc w zrozumieniu kontekstu, resztę można sobie dopowiedzieć. Ten proces może też
przybrać inne formy.
Po ponad ośmiu latach, do Nowego Jorku zawitał mój kumpel ze studiów. Firma, dla której pracował, przysłała go na
szkolenie. Wraz z dwójką jego znajomych zwiedzamy miasto. Tłumaczę, opisuję, staram się pilnować, aby nie palnąć
jakiegoś głupstwa. W pewnym momencie słyszę: “Ty budujesz zdania po angielsku”. Niby mówię po polsku, ale
struktura zdania jest zapożyczona. Popuśćmy wodze fantazji. Załóżmy, że proces wymiany komórek następuje w
pewnym określonym tempie. Jedna komórka na dzień, kilka procent na miesiąc. Pewna określona ilość na rok.
Można dokładnie wyliczyć, stworzyć tabelkę i prowadzić weryfikacje uczestników przed spotkaniem polonijnym.
-Ile lat jest pan w Stanach?
-Kilka lat.
-To proszę, zapraszamy do grupy z napisem 20%.
-Następny, ile lat?
-Naście.
-To Panu przysługuje szarfa 200% normy.
-Następny, jak długo?
-Oj dawno.
-Tak. Nasza tabelka już Pana nie obejmuje. Mamy do czynienia z kompletną wymianą komórek, więc jakby to
powiedzieć, Pan jest już Amerykaninem. Proszę się nie obawiać, wszystko jest w porządku. Amerykanie też mogą
brać udział w naszym spotkaniu.

77.
Dawno, dawno temu...(Rok 1991)
“Vive La Difference” i Lazurowe Wybrzeże. Trzy dni spędzone na podziwianiu uroków słonecznego południa oraz
trzy noclegi pod nazwa “stacja parkiet”, “stacja krzaki” oraz “stacja łąki”. Ale po kolei.
Postanowiliśmy zwiedzić Marsylię. Samo miasto robi wrażenie, chociaż otoczenie dworca kolejowego nie za bardzo.
Po zapoznaniu się z tamtejszym elementem społecznym, wystającym przed wejściem, wyruszyliśmy na poszukiwanie
hotelu. Po ponad godzinnej przechadzce z plecakami, dotarliśmy wreszcie do całkiem ładnego budynku,
mieszczącego się na niewielkim wzniesieniu. Już pierwszy rzut oka w cennik dał nam rozeznanie, że popełniliśmy
błąd. Nie było nas stać na ekstrawagancje typu nocleg ze śniadaniem. Powrót na dworzec nie wchodził w rachubę.
Po kilkunastu minutach targowania w recepcji dobiliśmy targu. Dostaliśmy kawałek parkietu w pokoju
przeznaczonym do remontu, a następnego dnia mieliśmy się zabierać w drogę, ale już bez śniadania. Wszystko to
za połowę ceny. Ku naszemu zaskoczeniu, parkiet dzieliliśmy z dwójką Australijczyków. Z samego rana obudziła nas
grupa remontowa i w pośpiechu musieliśmy zwijać nasze manele. Kilka następnych godzin spędziliśmy na portowym
murku, próbując nadrobić braki snu.
Następny dzień postanowiliśmy spędzić w Cannes. Oczywiście nie byłoby nas stać na hotel, więc wybraliśmy na
nocleg miejscowość, która leży najbliżej tego miasta. Tym razem szukaliśmy wolnego miejsca na kempingu.
Właściciel jednego z nich okazał się kapitalistą nie do zdarcia. Wykrzyczał nam prosto w twarz: “Nic za darmo“. Jego
cennik był nazbyt wygórowany, nawet dla brytyjskiego turysty legitymującego się paszportem na nazwisko Gregory
Peck. Kto by pomyślał? Chcąc nie chcąc musieliśmy znaleźć inne miejsce. Po godzinie łażenia po okolicy,
natrafiliśmy na grupę turystów rozbitych na dziko na terenie czegoś, co przypominało stadion lokalnego LZS-u.
Opisywanie samego Cannes mija się z celem. Ładne hotele, w tym ten najbardziej znany, Carlton, wykorzystany w
teledysku Eltona Johna. Wydzielone kawałki plaży oraz, na samym końcu, w rogu, ta ogólnodostępna dla wszystkich
chętnych. Oczywiście skorzystaliśmy.
Wreszcie ostatni przystanek – Monaco. Pięknie położone, z niewielkim portem, do którego zawijają statki, stateczki i
łodzie różnej wielkości. Próbowałem zrobić zdjęcie, ale ktoś z ochrony jednego z jachtów, wyraźnie pogroził mi
palcem. Zanim jednak dotarliśmy do Monaco, spędziliśmy jeszcze jedną noc na niewielkiej stacyjce. Było za późno
na znalezienie czegokolwiek. Rzuciliśmy więc, nasze bagaże w najbliższe krzaki, a rano obudził nas przejeżdżający
pociąg. Po tym noclegu zostały mi na dłoniach ślady po ugryzieniach różnego rodzaju robactwa. Utrzymywały się
przez kilka następnych dni.


78.
Od naszego ostatniego normalnego posiłku minęły już dwa tygodnie. Dzięki uprzejmości naszej znajomej, w Paryżu
zahaczyliśmy o studencką stołówkę. Kilka dni wcześniej, będąc na Uniwersytecie w Bielefeld, zrobiliśmy podobnie.
Teraz, kiedy dotarliśmy do Genui, całkiem przypadkowo natknęliśmy się na budynek lokalnego uniwersytetu. Od
razu przyszła nam do głowy jedna myśl: “Trzeba coś przekąsić”.
Mój plecak był w połowie wypełniony puszkami z pasztetem. Przed wyjazdem w trasę zrobiłem niezły zapas. Kiedy
dotarliśmy do
Hiszpanii, wybrałem się ponownie do sklepu i zakupiłem wystarczającą ilość na powrotną drogę. Musieliśmy tylko
dokupić trochę chleba i coś do picia. To  była prawdziwa dieta cud. Kumpel tak schudł, że musiał sobie zrobić trzy
nowe dziurki na pasku i przytrzymywać spodnie, żeby mu nie spadły. Koszula, którą nosił, po powrocie do kraju
straciła kolor, wypłowiała i przetarła się na plecach. Ja chyba też nie wyglądałem najlepiej.
Kiedy wdepnęliśmy do pierwszego lepszego pokoju z pytaniem: “Gdzie jest stołówka?”, dwie młode dziewczyny
wpadły w panikę. Pytaniom nie było końca. “Co, gdzie, dlaczego?” Przecież są restauracje. No tak, zgadza się, ale
my nie za bardzo możemy, wiecie rozumiecie. Wbijałem wzrok w sufit i szurałem nogą. Aha, uśmiechnęły się i zabrały
do roboty. W ruch poszły telefony, kopiarka i nasze dokumenty. Dostaliśmy do ręki jakieś tymczasowe legitymacje,
zaświadczenie oraz mapę miasta. “To niedaleko, musicie tam tylko dojść”. Kiedy wyszliśmy na ulicę, nie za bardzo
byliśmy przekonani, czy powinniśmy się tam udać. Dziewczyny zmarnowały  na nas ponad pól godziny, a nam apetyt
przeszedł. No i odnalezienie stołówki nie było takie proste. Miała być za rogiem, a okazało się, że jest ich kilkanaście.
Jesteśmy na miejscu. Trochę nieśmiało wchodzimy do budynku, który przypomina nasze polskie akademiki. Pytamy
o drogę i wreszcie wchodzimy do  większej sali. Trzymamy w rękach mapę i skierowanie na “wczasy”. Ktoś z obsługi
wyskoczył z za lady i krzyknął po włosku “jadom, jadom”. W ciągu kilku sekund obskoczyło nas całe towarzystwo,
obsługa, kucharze, świetlicowi i sprzątacze. Każdy chciał nam coś położyć na talerz. Przekrzykiwali się wzajemnie:
“Tu jest pasta, tam spaghetti, chleba bierzcie, chleeeba.” Oj, najedliśmy się tego dnia. Przez następne kilka godzin
leżeliśmy na murku przed akademikiem. Następne “tankowanie” dopiero w kraju.


79.
Poznałem go kilka lat wcześniej. Niezbyt wysoki, dosyć szczupły, bez zbędnej masy mięśniowej. Energicznie zabrał
się za naprawianie kosiarki. Coś odkręcił, trochę postukał w obudowę, wreszcie obiecał przynieść nowe części.
Widzieliśmy się później jeszcze kilka razy. Erik, bo tak miął na imię, witał mnie zawsze z uśmiechem na twarzy.
Zawsze skory do wymiany kilku słów.
To był zwykły dzień, jak każdy inny. Odcinek od stacji metra do pracy przeszedłem na piechotę. Po drodze
wstąpiłem do sklepiku, kupiłem coś do picia i bułkę z masłem. Usiadłem przy biurku i już zabierałem się za śniadanie,
kiedy przybiegł kumpel z informacją: “Samolot uderzył w World Trade Center”. Z pewnym niedowierzaniem
przyglądałem się jego twarzy. Uśmiech nie znikał z jego ust. Moja pierwsza myśl: “Pewnie wypadek”. Za kilka minut
pojawia się jeszcze raz. “Kolejny samolot uderzył w drugą więżę”. Informacje docierają lawinowo, tym razem
Waszyngton. Sytuacja staje się surrealistyczna. Przecież nie jesteśmy częścią filmu science fiction Dopiero po
drugim uderzeniu dotarło do nas, że mamy do czynienia z atakiem terrorystycznym.
Kilka tygodni wcześniej kanał ABC w swoim programie publicystycznym „20/20” nadał rozmowę z brodatym gościem
w turbanie. Odgrażał się, że zniszczy Amerykę. Niech sobie gada, nikt nie będzie brał wariata na poważnie. Wywiad
ten przypomniał mi się w momencie, kiedy na ekranie telewizorka w hiszpańskim sklepiku, oglądałem walące się
wieże. Wtedy dopiero naprawdę się przestraszyłem.
Dym spowił cały dolny Manhattan. Uświadomiłem sobie: “Przecież tam jest moja żona”. Próbowałem się z nią
skontaktować, bez skutku. Telefony nie działają, jest Internet, ale dostaje głównie pytania z Europy: “Czy wszystko w
porządku? Czy żyjecie?” Ja tak, ale nie wiem, co z Nią. Pojechała do pracy i nie mam od niej żadnych informacji.
Pracuje tuż przy Fulton Street. W momencie, kiedy wychodziła ze stacji metra przy Wall Street, której jedno z wejść
mieści się w budynku banku Chase, tłum ludzi wciągnął ją do środka. Drugi samolot właśnie uderzał w wieże. Stacja
mieści się o pięć minut od WTC. Wystarczy przejść Broadway, potem niewielki skwerek i jesteśmy na miejscu.
Wszystkie osoby zgrupowano w podziemiach. Wśród nich były te, które tam pracowały, jak i te, które szukały
schronienia z ulicy. Część z opatrunkami. Musiały na nich spaść fragmenty tynku. W tym zamkniętym pomieszczeniu
przesiedziała mniej więcej do godziny 13tej. Powoli zaczęto wypuszczać ich na ulicę. Razem z nieznajomą Chinką,
trzymając się za ręce, w gęstym dymie, który ograniczał widoczność, kierowały się w kierunku północnym. Około
godziny 16tej dostałem telefon, że jest, że żyje i że dzwoni ze stacji kolejowej Penn Station na 34 ulicy. Będzie
próbować dostać się jakoś do domu. Dzięki pomocy ludzi, których dopiero co poznała, dotarła wreszcie na miejsce
późnym wieczorem. Tak minął pierwszy dzień.
W ciągu kilku następnych, mieliśmy możliwość poznać skalę zniszczeń. World Trade Center przestało istnieć. Przed
atakiem chyba nie zdawaliśmy sobie sprawy, jak ważne było to miejsce dla funkcjonowania miasta. Wcześniej były to
tylko dwa budynki, może niezbyt piękne, ale za to naprawdę wysokie. Miałem okazję być tam wiele razy, co najmniej
kilkadziesiąt. Były dni, że wjeżdżałem na wyższe piętra 2 lub 3 razy. Dla mnie jednak World Trade Center, to był cały
kompleks sklepów i sklepików, który mieścił się w podziemiach. Trzy stacje metra, linii 1, 9 przy Cortland Street,
stacja linii R oraz końcowa stacja linii E. Jeszcze niżej mieściła się stacja kolejki Path, łącząca Manhattan z New
Jersey. Nad stacją sklep firmy GAP, po drugiej stronie bank, obok jubiler.  Długi pasaż łączył dwie wieże, które
potocznie były zwane “jedynką” i “dwójką”. Zastawiam się, czy wszyscy zdążyli stamtąd uciec. Zaraz po wejściu przez
obrotowe drzwi, po prawej stronie, mieściły się stanowiska kontroli, do którego musieli zgłosić się wszyscy
odwiedzający. Zabezpieczenia te wprowadzono po pierwszym ataku w 1993 roku. Wieczorem, tylko osoby
uprawnione i zarejestrowane mogły wjechać na wyższe piętra. Drobiazgowo sprawdzano dokumenty i zdjęcia
odwiedzających. Same windy dojeżdżały tylko do polowy wysokości budynku. Potem należało przesiąść się do
następnej windy, która zabierała chętnych na najwyższe piętra. Tylko jedna z nich dojeżdżała bezpośrednio na taras
widokowy. Oczywiście była ona przeznaczona dla turystów, których nigdy tam nie brakowało. Widok z górnych pięter
był niesamowity. W dniach, kiedy pogoda nie dopisywała, były one spowite chmurami.
Mieliśmy szczęście, tragedia 9/11 osobiście nas nie dotknęła, ale kilka dni później dowiedziałem się, że odszedł od
nas Erik. Zostawił żonę oraz córkę. Tego feralnego dnia dowiedziałem się też, że był strażakiem.

80.
Istnieje przekonanie, że bliższe znajomości z “ tuziemcami ” są bardzo utrudnione,  a wręcz niemożliwe. Rozmowa
może się ograniczyć do wytrenowanych stwierdzeń typu: “Wszystko jest OK”. W rzeczywistości jednak  
przekroczenie bariery niechęci jest możliwe po zadaniu kilku dociekliwych pytań. Z reguły nie słychać wtedy: “ To nie
twoja sprawa”. Po okazaniu niewielkiego zainteresowania, ta druga strona zaczyna wylewać swoje “żale”. Znika
wtedy przyklejony do twarzy uśmiech, a na pytanie o pracę można usłyszeć: “SOS”, czyli “same old shit”.
W mojej firmie większość osób szukała innego zatrudnienia, lub miała zamiar to zrobić. Zawsze można przecież
znaleźć lepszą pracę. Jeden z kumpli miał na swoim komputerze kilka wersji  życiorysu. Ponieważ na pulpicie
znajdowało się kilkadziesiąt ikon różnych programów i plików, żaden postronny obserwator nie byłby wstanie
zorientować się w jego zamiarach. Co ciekawe, był kolejną osobą, która nie posiadała wyższego wykształcenia.
Moja profesor od Finansów, na LaGuardii twierdziła, że tytuł “bachelora” jest jak legitymacja związku zawodowego,
która otworzy drzwi kariery. Tu, po raz kolejny miałem do czynienia z osobą, która  poszła na skróty. Podobnie jak
kobieta w średnim wieku, imigrantka urodzona w Ekwadorze. Jej praca polegała na wypełnianiu różnego rodzaju
formularzy o pomoc stanową, niezbędną dla funkcjonowania naszej firmy. W pewnym sensie była nie do
zastąpienia, gdyż pozostałe osoby, włącznie z kierownictwem,  nie miały pojęcia, na czym polegają jej obowiązki.
Zaczęła rozglądać się za nowym zajęciem w momencie, kiedy stało się jasne, że szef nie ma zamiaru dać jej
podwyżki rzędu 10 tysięcy dolarów. Rozesłała swój życiorys w kilka miejsc. Brak dyplomu oczywiście utrudniał
poszukiwania. W pewnym momencie rozważała nawet “zakupienie” z internetowej oferty dokumentu wydanego
“małym drukarzem”. Wspólnie doszliśmy do wniosku, że nie jest to najlepsze rozwiązanie. Jej determinacja w
szukaniu nowej pracy była spowodowana koniecznością opłacenia czesnego dla swoich dwóch córek. Początkowo
obie uczęszczały do nowojorskich szkół publicznych. Ponieważ wybijały się ponad przeciętność, zostały wyłuskane z
tłumu przez system oświaty. Obie otrzymały oferty nie do odrzucenia i okres nauki w High School spędziły już w
elitarnych szkołach zlokalizowanych gdzieś na terenach Massachusetts. Po kilku tygodniach poszukiwań, moja
znajoma znalazła wreszcie upragniona pracę. Lepsze zarobki, mniejszy stres. Utrzymuję z nią w dalszym ciągu
kontakt. Nadzoruje teraz  dział księgowości w  firmie o podobnym profilu. Snuje też śmiałe plany na przyszłość