Archiwum
81.
Dzięki naszym rozmowom, miałem możliwość lepszego poznania jej kultury. Osoba postronna może odnieść
wrażenie, że społeczność latynoska stanowi jakąś jednolitą,  bliżej nieokreśloną masę. Nic bardziej mylnego. Sam
często denerwuję się, kiedy słyszę “Polak?, “,A jesteście jak Rosjanie”. Moja żona nie może znieść, kiedy twierdzę,
że Bangladesz, Pakistan i Indie to ta sama rodzina. W końcu kiedyś stanowili jedną całość. Dla niej  tożsamość ma
ogromną wartość. Podobnie w grupie Latynosów. Różnice mają znaczenie. Są wśród nich równi i równiejsi, “lepsi i
lepsiejsi”. Puerto Rico to nie to samo, co Meksyk, Dominikana jest lepsza od Peru, a Argentyńczycy uważają się za
arystokrację. No i wszyscy jeszcze współczują Kubańczykom. Kiedy dojdzie do tego kolor skóry, to mamy istny
galimatias. Biały kolor nobilituje, jakby to ktoś powiedział “bielszy odcień bluesa”. Kiedyś strzeliłem gafę. Gość, który
z nami pracował  w firmie kurierskiej był bielszy ode mnie. Ku mojemu zaskoczeniu płynnie przeskoczył na
hiszpański. Okazał się być imigrantem z Dominikany. Ojciec Boba Marleya, legendy muzyki reggae, pochodził ze
Szkocji. Od czasu do czasu pewnie wystawiał na słonce swoje białe kolana, a wiatr podwiewał mu kusą spódniczkę.
Bob jednak mógł sobie co najwyżej pożyczyć od ojca kobzę i udawać Szkota.
Poznałem niedawno osobę pochodząca z Kuby. Niezwykle sympatyczny człowiek, w swoim kraju był nauczycielem
matematyki. Tutaj pracuje jako “odźwierny”. Jego brat w dalszym ciągu mieszka pod kuratelą El Comendante.
Wyjazd do Stanów był zbiegiem okoliczności. Wraz z żoną zamieszkiwał wtedy niewielkie mieszkanie w Hawanie.
Jeden z jego kuzynów, który był już wtedy w Stanach, poprosił go pomoc w wychowaniu córki. Wyrwała się z
niewielkiej górskiej wioski i osiadła na pewien czas w stolicy. Powiał wiatr zmian i Fidel postanowił pozbyć się części
kryminalistów. Zgodnie z  ugodą z rządem USA, Kubańczycy mieszkający w Stanach mogli wystąpić o wizę
imigracyjną dla swoich bliskich.  By zwiększyć ilość uprawnionych, nie ograniczono się tylko do pokrewieństwa, ale
zezwolono na przyjazd wszystkim osobom zamieszkującym i zameldowanym w danym mieszkaniu. Dziewczyna złożyła
podania także dla nich i w ciągu 24 godzin po załatwieniu wszystkich formalności, w przyspieszonym trybie, opuścili
wyspę. Od tego czasu był z wizytą na Kubie. Miał całkiem ciekawe spostrzeżenia, ale o tym wspomnę innym razem.

82.
“Sticky fingers” (lepkie paluchy) – uliczny sprzedawca żywności konsumowanej w biegu.
Na przeciwko domu towarowego w Lublinie, mieszczącego się tuż przy Krakowskim Przedmieściu, znajdował się
kiedyś mój ulubiony bar mleczny. Z racji wystroju wnętrza nazwaliśmy go pieszczotliwie “łazienką”. Całość wyłożona
była białymi kafelkami, od podłogi, aż po sufit. Klientela też była przednia. Wspaniale smakuje zupa mleczna z ryżem
w towarzystwie cygańskiej kapeli po nocnych występach. Tuż przed moim wyjazdem do Stanów lokal został
zlikwidowany. Kiedy w poszukiwaniu utraconych smaków dotarłem na Greenpoint, zajrzałem do pierwszej lepszej
jadłodajni. Odżyły wtedy wspomnienia stolików pokrytych ceratą. Lokal, który mieści się na rogu Norman Street,
przypominał najlepsze czasy PRL-u. Super miejsce do ćwiczenia nadgarstków w przykręcaniu talerza do blatu
stolika.
W upalne dni, w niektórych częściach miasta, szczególnie na Queensie lub Brooklynie, można natknąć się na
człowieka pchającego niewielki wózek z czymś, co ma przynieść ochłodę. Pod niewielkim parasolem spoczywa bryła
lodu przykryta mokrą i nie pierwszej już czystości ściereczką. Tuż przed nią rząd różnej butelek wielkości,
wypełnionych częściowo przeróżnymi sokami.  Właściciel interesu z wprawą skrobie lód i pakuje kawałeczki do
papierowego kubka, całość zalewa kolorowym płynem. Mniam, mniam.
Amatorzy szybkiej przekąski mają w Nowym Jorku ogromny wybór. Co kilka przecznic stoją na skrzyżowaniach
blaszane wózki oferujące hot-dogi, precle, lub większe porcje ryżu wymieszanego z kawałkami mięsa. Kilka lat temu
jeden z kanałów TV zrobił badania na temat ich czystości. Efekt reporterskiego śledztwa był szokujący. Brudne
przewoźne “restauracje” były przechowywane w nocy w jeszcze brudniejszych hangarach. Zapach cebuli i
przypiekanego kurczaka rozchodzi się w bliskiej odległości od straganu. Kolejka chętnych, śliniąc się, cierpliwie
czeka na swoją porcję. Mnie osobiście gnębi pytanie innej natury. Człowiek, który pracuje przy takim straganie, w
ciągu kilku godzin pracy musi przecież skorzystać choćby raz z toalety. W większości miejsc jest to właściwie
niemożliwe, ze względu na brak tego dobrodziejstwa. A jeżeli już takie znajdzie, to krótka wycieczka na stronę może
zakończyć się kradzieżą cebuli, podwójnej porcji ryżu i resztek kurczaka. Namawiałem kiedyś kumpla na ciepłe danie
u ulicznego sprzedawcy.
- Dlaczego nazywasz ich lepkie paluchy?
- Dlatego, że mają problem z oddawaniem moczu. Popatrz w około, gdzie tu można skorzystać z toalety? Do tego te
wózki nie są najczystsze.
-Ale to naprawdę wspaniale pachnie.
- Zgadza się, a może ty masz ochotę?
- Nie, dzięki, żona mi zabroniła,
- Dlaczego?
-        Bo kumpel się kiedyś strasznie zatruł i teraz mam zakaz.


83.
Od samego rana byłem już lekko zdenerwowany. Spotkanie z urzędnikiem imigracyjnym to przecież spore przeżycie.
Jeszcze raz sprawdziłem w pamięci, szczegóły z naszego pożycia małżeńskiego. Kolor szczoteczki do zębów,
wspólnie obejrzany film, kto śpi na którym miejscu, jak się wchodzi do szafy itp. itd. Jak na złość w pamięci tkwiły
sceny z filmu “Zielona Karta” z Depardieu i Andy McDowell. Chlapnę coś przez pomyłkę i będę później do Niej pisał
listy o tym, jak zachowują się “słonie w Afryce”.
Biurowiec urzędu imigracyjnego znajduje się w dolnej części Manhattanu, pomiędzy Chinatown oraz ratuszem. Na
początku lat 90-tych działy się tam dantejskie sceny. Kolejka osób chętnych do wejścia, wiła się we wszystkich
możliwych kierunkach. Nie było zmiłuj się. Upał czy mróz, każdy musiał swoje odstać na świeżym powietrzu. Później
obsługę trochę usprawniono i postawiono nawet dosyć dużej wielkości namiot. W pewnym sensie, petenci zostali
“zamiecieni pod dywan”. Obecnie nie ma już takich problemów, każdy oczekujący ma wyznaczoną godzinę przyjęć i
cały ruch przepływa bezproblemowo przez jedno z wejść. Istnieje też różnica w sposobie traktowania
odwiedzających. Ci, którzy chcą pobrać druki i zadać jakieś pytanie, mają najgorzej. Obcesowość oraz brak
szacunku jest na porządku dziennym. Ci, którzy ubiegają się o zieloną kartę, nie odczuwają też specjalnej poprawy.
Dopiero w momencie egzaminu na obywatelstwo, można usłyszeć: “Proszę bardzo, dziękuje, proszę spocząć”.
Wydzielona sala, w której oczekują wezwani, różni się też wystrojem od pozostałych pomieszczeń. Cisza, spokój,
brak tłumów, pełny relaks. Miałem możliwość spędzić tam jakiś czas, gdy czekałem na żonę, która zdawała egzamin.
Teraz jestem kilka pięter niżej niż wtedy. Moja kolej.
Siedzę w tłumie przestraszonych ludzi, spoglądających niepewnie jeden na drugiego. Od czasu do czasu można
było zauważyć jakiegoś prawnika, szeptem rozmawiającego ze swoim klientem. Urzędnik, młody wiekiem Azjata,
zaprowadził nas do swojego biura. Usiadłem na krześle i już się z niego nie ruszyłem. Więcej, nie odezwałem się
słowem przez cały czas naszego pobytu. W tym czasie, przeglądnął uważnie nasze podanie, sprawdził
zaświadczenie o ślubie i przejrzał album ze zdjęciami. Po kilku minutach, wpisał coś do dokumentów i paszportu.
Jesteście “obywatelu” szczęśliwym posiadaczem zielonej karty. Ile to lat minęło? 9.

84.
Ulicą idzie młody człowiek, jakiś czas temu opuścił Indie i osiedlił się w Stanach. Wprawną ręka poprawia fantazyjnie
zawiązany szalik, który oplata jego głowę. Wygląda jakby wybierał się z bólem zęba do dentysty. Na widok młodej
dziewczyny ożywia się. Próbuje zwrócić jakoś jej uwagę. Z jego ust płyną dobrze znane słowa melodii, “dziewczyno,
dziewczyno…”
Kilka lat temu na listy przebojów trafił utwór zespołu Cornershop “Brimful of Asha”. Prosty rytm, przyjemna gitara, a
w tle wyliczanka imion i nazwisk. Połączenie rocka i tradycji indyjskiej. Wśród obco brzmiących nazw jest też i to
najważniejsze, Asha Bhosle, królowa muzyki, której słuchają kolejne pokolenia. Oglądając swój pierwszy indyjski film
byłem zaskoczony połączeniem muzyki i fabuły. W całkiem niespodziewanym momencie aktorzy przerywają akcję i
zaczynają pląsać wśród łanów zbóż. On i Ona splatają dłonie, wymieniają uściski, jego usta zbliżają się do jej warg i
w tym momencie reżyser pewnie krzyczy “Stop”. Wystarczy, za dobrze się bawiliście. W trakcie teledysku, aktorzy
wydają głos z siebie, ruszają się wargi, ale to nie oni śpiewają. To Asha i jej koledzy podkładają głosy. Każdy aktor
ma swojego “podkładacza”, którego charakterystyczny głos robi karierę wraz z kolejnym filmem  idola Bollywood.
Muzyka i taniec, dwie rzeczy, bez których nie można sobie wyobrazić filmu indyjskiego. Stanowią one o jego sile i
popularności. Co tydzień są układane listy przebojów najpopularniejszych piosenek, niektóre zapadają dłużej w
pamięci, inne znikają na zawsze. Nie powinno to dziwić przy produkcji kilkuset filmów rocznie. Fabuła jest prawie
zawsze taka sama, janosikowa “trudno miłość”, ojciec despota, lokalny kacyk, “zbrodnia to niesłychana” ktoś zabija
pana, wreszcie akt zemsty. Trzy godziny przeciwstawnych uczuć. Tych dobrych filmów jest niestety niewiele, raz na
kilka lat zjawiają się jak meteor. Prawdziwym hitem jest do dzisiaj “Kuch kuch hota hai” (Coś się zbliża). Kasowiec i
wyciskacz łez. Niedawno podjęto też próbę zapoznania polskiego kinomana z produkcją Bollywood’u. Na ekrany
wszedł film “Czasem słońce, czasem deszcz”. Efekt i odczucia publiczności były mieszane, od uwielbienia po
oskarżenia o kicz. Główny zarzut? “Po co te emocje”.

85.
Życie na styku trzech kultur, polskiej, amerykańskiej i bengalskiej. 25 lat spędzone w Polsce, to coś, czego nie
można się pozbyć, wspomnienia, przyzwyczajania, nawyki. Język, który jest cały czas obecny. Pamięć o tym, że na
święta należy się podzielić opłatkiem, że powinna być Wigilia. Zwyczaje, które można przekazać. Co roku,
“przygotowuję” nasze święta i co roku też słyszę od jej rodziny pytania, “będzie barszcz, będziemy się dzielić jajkiem,
co z opłatkiem?” Zwyczaje, które przyjęli za swoje, coś, co wydaje im się naturalne. Moje pierwsze spotkanie z ich
kulturą nastąpiło zaraz po ślubie. Spotkanie w gronie rodzinnym, sposób okazania szacunku polegający na
dotknięciu stóp starszej osoby, przyłożeniu swojej dłoni do ust i czoła. Szacunek jest chyba tym, na co są
szczególnie wyczuleni. Poczucie własnej godności,  które może się nawet wydać zbyt przesadzonym, jest bardzo
charakterystyczne dla ludzi pochodzących z półwyspu Indyjskiego. Zaraz po tragedii tsunami, która dotknęła rejonu
Oceanu Indyjskiego, pierwszą reakcją była odmowa przyjęcia pomocy humanitarnej. Indie potrafią. Do tego
dochodzi pewna obawa, w jaki sposób można być odebranym przez innych. W trakcie wizyty u znajomego Hindusa,
zaskoczyło mnie, w jak obcesowy sposób traktuje swoją żonę. Prośba o szklankę wody była prawie wykrzyczana.
Znam ich od wielu lat i wiem, że na co dzień tak się nie zachowują. Weszli w pewne role, które musieli wypełnić.
Szacunek dla drugiej osoby może też przybrać inną formę. Wielokrotnie zdarza się, że kiedy wracam późno do
domu, żona czeka na mnie z kolacją, to znaczy czeka na mnie, abyśmy wspólnie zjedli kolacje. Pomimo moich próśb,
aby tego nie robiła, nie ma zamiaru nic zmieniać. Jak sama twierdzi, robi to przez “szacunek do męża”.

86.
Miałem dostarczyć przesyłkę do sądu, który mieści się przy Foley Square. Szybkim krokiem kierowałem się w stronę
głównego wejścia. Moją uwagę zwróciła para, która nadchodziła z na przeciwka. Ona wysoka, szczupła o niezwykłej
urodzie i On, też jak z okładki. Dopiero po kilku sekundach zorientowałem się, że są parą mieszaną. Ona z Indii, a
On przedstawiciel białej rasy. Zauważyłem też ich zmieszanie, spowodowane moim przedłużającym się wpatrywaniem.
Wraz z zawarciem małżeństwa, przekroczyłem niewidzialną granicę. Znalazłem się po drugiej stronie. Zawsze
uważałem, że nie wszystko da się wytłumaczyć kolorem skóry. Po prostu spotyka się ludzi i "taborety”. Czasami takie
meble pracują w różnych restauracjach.
-Kurczaka nie ma i nie będzie.
-Ale przecież piecze się cała bateria.
-Nie ma, trzeba było zadzwonić z samego rana, to by był. Nie ma i tyle.
Zrobiło nam się trochę głupio. Co za dziwna jadłodajnia typu “ryż i fasola”, gdzie trzeba składać zamówienia z
samego rana, przed pójściem do pracy. Będziemy musieli obejść się smakiem i obiecać sobie, żeby tu więcej nie
zaglądać. Adios amigo, non passaram. To był już drugi przepadek jawnej niechęci, poparty tym razem
racjonowaniem żywności. Za pierwszym razem odmówiono nam mieszkania. Wtedy sakramentalne: „Nie”
wypowiedziała łamaną angielszczyzną była mieszanka byłej Jugosławii.
Odbyliśmy kiedyś romantyczne wakacje w Disney World na Florydzie. Na przeciwko naszego hotelu mieściło się
restauracja, gdzie za opłatą około $10 od osoby można było najeść się na kilka dni naprzód. Było to najlepsze
miejsce w okolicy, zawsze wypełnione tłumem turystów. Co ciekawe, większość stanowili przybysze z Europy, głównie
Anglicy i Francuzi. Obsługa też była międzynarodowa. Zwróciliśmy uwagę młodego kelnera pochodzącego z Egiptu.
Sympatyczny człowiek szukał kontaktu na wypadek, gdyby kiedyś zawitał do Nowego Jorku na dłużej. Nie wiem,
dlaczego wybrał nas na swój cel. Próbowałem sugerować mu nawiązanie kontaktu z lokalną społecznością arabską.
“Absolutnie” mówi, “żadnych Arabów”. Nie był On jedyną osobą, która miała nas na oku. Za każdym razem, kiedy
wędrowaliśmy z naszymi talerzami do stolika, cichły rozmowy, kolejne twarze odwracały się w naszym kierunku, oczy
unosiły się w górę i patrzyły, patrzyły, patrzyły.

87.
Dawno, dawno temu...(Rok 1991)
Kolejny przystanek naszej podroży, Verona, z krótkim pobytem w Mediolanie. Noc spędzona na dworcowej posadzce
z butami przy uchu, a potem przebudzenie w wykonaniu człowieka, który zamiatał hall. Z gracją i ze śpiewem na
ustach machał miotłą we wszystkie strony. Koncentrował się na większych śmieciach, te mniejsze nie były godne
jego uwagi. Tuż przed wyjazdem z kraju, dzięki uprzejmości znajomego księdza dostaliśmy adres jego znajomych
pod Veroną. Carlo i jego rodzina okazali się niezwykle gościnni. Nikt w rodzinie nie mówił po angielsku, ale
wystarczyły dobre chęci, aby się dogadać. Tego samego dnia, kiedy się u nich zjawiliśmy, zostaliśmy zaproszeni na
ślub i wesele. Po drodze do kościoła, nasz gospodarz, jak królowa angielska machał ręką do każdego napotkanego
człowieka. W ciągu kilku minut przywitał się chyba z całą wioską. Prawdziwy festiwal San Remo urządzili sobie
uczestnicy ceremonii w kościele i, choć nigdy nie byłem wielbicielem Al Bano i Romina Power, w jakiś dziwny sposób
odczuwałem błogostan, poparty zmęczeniem. O czasu do czasu wybudzały mnie tylko wyższe tony. Dopiero
wieczorem wróciły siły witalne. Dwa talerze spaghtetii, ciasto, wino i rozmowy z ludźmi, których dopiero co poznałem,
przywróciły mnie do rzeczywistości. Uroczystość była szybka, praktyczna, na plastikowych talerzykach. Po kilku
godzinach było już pozamiatane. Żadnego zbędnego przesiadywania do rana na świeżym powietrzu.
Będąc już w Stanach, miałem możliwość bawienia się na kilku weselach. Polskim, ale już w tradycji amerykańskiej, z
wyborem dwóch dań i z kartką, gdzie kto ma usiąść. Hinduskim, gdy ślub brali nasi znajomi. Wszystko odbyło się w
jednej Sali. Państwo młodzi siedem razy obchodzą w koło niewielki ołtarzyk pod baldachimem. Tak się złożyło, że
byłem jedyną białą osobą w tym towarzystwie. Nie stroniłem jednak od jedzenia i od tańca. Let’s Bhangra! Zupełnie
innym doświadczeniem było wesele naszych znajomych pochodzących z Ekwadoru. Sala na wysoki połysk, czyste
obrusy i jedzenie w półmiskach. Trochę przystawek i wino na dobry początek. Zasiedliśmy wreszcie do stołu, w ruch
poszły widelce. Pomiędzy trzecim a czwartym kęsem, gruchnęła muzyka. Szybkie latynoskie rytmy poderwały całe
towarzystwo na nogi. Rzucili się w wir tańca przełykając ostatnie kawałki. Jak na rozkaz starzy i młodzi zaczęli ruszać
biodrami. Z zainteresowaniem obserwowali nas, jedyną parę, która pozostała przy swoich talerzach.

88.
Poruszanie się stopem po Włoszech, to istna mordęga. Wybraliśmy się na jednodniową wycieczkę do Wenecji.
Kiedy wreszcie trafiliśmy za opłotki Verony, przez dłuższy czas nie mogliśmy dorwać żadnego samochodu. Wreszcie
zatrzymała się wreszcie była mieszkanka Jugosławii. Po raz kolejny mieliśmy problem z dogadaniem się. Jedynym
pozytywem naszej wymiany zdań było stwierdzenie, że wojna to “sranje”. Co za ciekawe  słowo. Muszę przyznać, że
po tych doświadczeniach zwątpiliśmy w możliwość wydostania się z Włoch o własnych siłach. Ze względu na
oszczędności, bilet kolejowy, który wykupiliśmy w Warszawie, miał kończyć naszą trasę w Genui. Do Werony
dotarliśmy na gapę. W taki sam sposób mieliśmy zamiar odbyć drogę powrotną. Obawialiśmy się jednak, co dalej.
Młoda bileterka w niewielkiej agencji turystycznej, na nasze pytania o koszt biletu do Innsbrucku, opryskliwie
wyrzuciła nas za drzwi. Zresztą cena była dla nas zbyt wygórowana.
Być może pod wpływem uroku Wenecji, “ w tak pięknych okolicznościach przyrody”, dopuściliśmy się rzeczy
nikczemnej. Dopisaliśmy kilka stacji na naszym bilecie i tak zadowoleni, po zakończeniu naszego pobytu w Weronie,
ruszyliśmy na północ w stronę Austrii. Już po godzinie jazdy zostaliśmy wyłuskani przez konduktora. Apelował nam
do sumienia, okrzykami: “Il Papa, papa ”(Papież, Papież),  potem szybko dorzucił: “Chuligani wysiadka” i kilka minut
później rozkładaliśmy już nasze śpiwory na ławkach niewielkiej poczekalni pomiędzy peronami.
Z samego rana obudziło mnie szturchnięcie i ponaglanie o zmianę miejsca zamieszkania. Błąkając się trochę,
trafiliśmy wreszcie w pobliże jakiegoś warsztatu naprawczego. Kumpel rozłożył się na trawie, a ja wybrałem się na
poszukiwanie transportu. Przejeżdżających samochodów było jak na lekarstwo. Niestety, kierowcy ignorowali moje
machania ręka. Zdesperowany i tak trochę dla żartu, wystawiłem kciuk w kierunku nadjeżdżającego rowerzysty.
Uśmiechnął się tylko i ku mojemu zdziwieniu zatrzymał. Chyba żartuje, ma za krótką ramę.
-Gdzie chcesz jechać?
-Do Innsbrucku.
-Posłuchaj, za kilka godzin odbieram samochód z naprawy, mogę zabrać jedną osobę.
-Ale nas jest dwóch.
-Nie wiem, mogę zabrać jedną, jak chcesz jechać, to czekaj tutaj na mnie o czwartej.


89.
Nasza współpraca od jakiegoś czasu nie układała się najlepiej. Wprawdzie szef podjął próbę zintegrowania grupy na
pokładzie swojej łodzi oceanicznej. Po całym zdarzeniu pozostał jednak niesmak, cierpki, jak wymioty “młodego wilka
morskiego”. Intencje były dobre, ale w naszych relacjach nie miało to żadnego znaczenia. Podpadłem mu chyba
pierwszym powitalnym pytaniem: “Skąd jesteś?”  Nie odpowiedział nic, przez dwa lata trzymał odpowiedź w tajemnicy.
Nie, żeby to miało jakieś dla mnie znaczenie, tylko czasem tak człowiek chlapnie coś bez zastanowienia i potem nie
wiadomo jak to odkręcić. Można przecież dla towarzystwa wyrzygać się zespołowo za burtę. Już od jakiegoś czasu
planowałem odwrót na z góry upatrzone pozycje.
Miałem zamiar wrócić do szkoły w większym wymiarze godzin. Na przeszkodzie stała moja obecna praca. “Rozstania
już nadszedł czas” nuciłem pisząc podanie o zwolnienie. “Zwracam się z uprzejmą prośba o wykreślenie z listy….”
Zadziwiające, że kiedy człowiek stara się o podwyżkę, to można usłyszeć głownie narzekania na jakość pracy. Kiedy
jednak wręczy się podanie o zwolnienie, to wszystko idzie w niepamięć i stajemy się wzorowym pracownikiem. Skoro
jest tak źle, to dlaczego jest tak dobrze? Na pierwszy ogień idą argumenty logistyczne: “Nie opuszczaj bracie w
potrzebie”, “Nie damy rady”, “Może coś wspólnie wymyślimy”. Potem szczypta zachęty finansowej: “Mógłbym ci płacić
te same pieniądze za mniejszą ilość godzin”. Następnie krótkie, “ale”.....musiałbyś się wykazać, zainteresować, wziąć
przykład z…”.
W trakcie naszej rozmowy, dowiaduję się wreszcie, że pochodzi z Libanu. Perfekcyjny angielski,  koszula zawsze
dopięta na ostatni guzik, Mercedes w garażu i zarobki grubo powyżej średniej krajowej. Do tego żona i dwójka
dzieci. “Tak samo jak ty, jestem imigrantem. Kiedy przyjechałem do Stanów, nie mówiłem ani słowa”. Wreszcie
przechodzi na poziom irracjonalny poparty wiedzą statystyczną: “Masz zamiar być jednym z tych absolwentów, którzy
ukończyli studia i nie mają pracy?” Nie wiem, będę próbował, walczył, tak dla siebie. Zastanowił się chwile i szybko
dodał:
- A tak w ogóle, to po co Tobie te studia?


90.
“Beam me up Scotie”, (przenieś mnie na pokład), słowa te już od kilku pokoleń są dobrze znane Amerykanom.
Pochodzą z serialu Star Trek, który przez wiele lat, w rożnych wcieleniach gościł na ekranach telewizorów. Tylko z
pozoru są to opowieści z dziedziny science fiction. Twórcy tego dzieła przyświecała idea znacznie głębsza,
mianowicie  przedstawienie społeczeństwa idealnego. Świadomie lub też nieświadomie przeniósł jednak na pokład
statku kosmicznego rzeczywistość, którą dobrze znal. Przez lata serial ewoluował, zmieniał załogę i spojrzenie na
świat. Po pierwszej serii z William Shatnerem w roli głównej, na fotelu kapitana zasiadł Jean Luc Picard, Francuz z
urodzenia, którego odgrywał mówiący z brytyjskim akcentem Patrick Stewart. Biała w większości załoga wymieszała
się z przedstawicielami innych ras i przynależności planetarnych. Zgodnie z poprawką do konstytucji, wszyscy
załoganci byli traktowani na równych prawach.
Prawie 300 milionów ludzi zamieszkuje tereny pomiędzy Atlantykiem a Oceanem Spokojnym. Pan Lee, który mieszka
w San Francisco, nie odczuwa pokrewieństwa z Johnem, który chodzi po ulicach Manhattanu. Poza nawiasem jest
też Jose, który pracuje w swojej restauracji na przedmieściach Miami. Żadnych cech wspólnych, kulturowego
dziedzictwa, przynależności do ziemi lub ciągłości historycznej, tak charakterystycznej dla społeczeństw
europejskich. W sensie socjologicznym, eksperyment na niespotykaną skalę. Każdy nowy obywatel, wraz z
certyfikatem otrzymuje list od prezydenta Stanów Zjednoczonych. Witaj na pokładzie. “Wszyscy pochodzimy z
rożnych miejsc na ziemi, łączą nas idee oraz wartości,  które wyznajemy”. Tym, co spaja tkankę społeczną jest flaga
amerykańska.
Po tragedii 9/11, doszło do kilku incydentów. Ofiarami napaści stały się osoby o odmiennym kolorze skóry.
Właściciel stacji benzynowej został zastrzelony przez ignoranta, któremu turban kojarzył się z terroryzmem. Ludzie
spontanicznie zaczęli demonstrować przynależność do społeczeństwa amerykańskiego. Na drzwiach mieszkań, w
klapach marynarek, w miejscach widocznych dla każdego, pojawiły się amerykańskie flagi różnej wielkości.