Archiwum
Wszelkie prawa zastrzezone. Publikowanie bez wiedzy i zgody autora zabronie.
1.
Był 16 czerwca 1992, zdaje się, że czwartek. Krótkie pożegnanie z najbliższymi i w drogę. PKS-em do Lublina, aby
zdążyć na pociąg do Berlina. Kilka miesięcy temu zostałem zakwalifikowany do pracy na Campie w Stanach.
Wiedziałem tylko, że będzie to gdzieś koło Nowego Jorku. Wylot miałem z Londynu. Cale szczęście, że organizator
opłacał bilet lotniczy i dawał zakwaterowanie, bo nigdy nie byłoby mnie stać na taką wycieczkę. Jako student piątego
roku historii, ledwo wiązałem koniec z końcem. Mój kumpel z akademika, Amerykanin, pokazał mi niewielkie
ogłoszenie, które ukazało się w Gazecie Wyborczej: “"Camp America" organizuje nabór w Warszawie”. Powiedział: “
Spróbuj”, no i spróbowałem. Z wizą nie było problemów, pamiętam jednak, że potrzebowałem wizy tranzytowej do
Wielkiej Brytanii. Bez niej nie dostałbym sie na pokład samolotu Londyn-Nowy Jork.  Promesse dali, ale pani w
okienku widząc mój indeks, krzyknęła tylko: "Przecież on nie wróci".
Pociąg Lublin - Berlin, dotarł na miejsce z samego rana. Jeszcze w akademiku dostałem namiary na parking, z
którego można złapać stopa. Cel podroży Dortmund. Mieszkał tam gość, którego mój brat poznał pół roku wcześniej,
w czasie podróży po Europie. Miesiąc temu odwiedził nas w domu. Przejechał kilkaset kilometrów, aby spędzić z
nami weekend. Berlin wydał wtedy mi się jakiś szary. Polska cierpiała na brak kolorów, ale stolica Niemiec zrobiła na
mnie fatalne wrażenie. Na dworcu poznałem młodego Polaka, który, tak jak ja, chciał dotrzeć do zachodnich landów.
Wspólnie wybraliśmy się na obrzeża miasta i półgodziny później siedzieliśmy już w samochodzie jakiegoś człowieka,
który jechał we właściwym kierunku. Po kilku godzinach dotarłem wreszcie na miejsce. Niestety, pocałowałem
klamkę. Nie ma to jednak jak sąsiedzi. Skontaktowali się z ciotką kumpla. Przesiedziałem u niej do momentu, aż  się
pojawił. Przespałem się u niego jedną noc. Pamiętam kilka piw pod prysznicem i głośne Guns'n'Roses. Następnego
dnia musiałem z powrotem zameldować się u jego ciotki. Swój pobyt w Dortmundzie planowałem na 2-3 dni. Starsza
pani miała hopla na punkcie rowerów, zjeździliśmy kawałek okolicy. Pod wieczór nóg nie czułem. Zrobiła mi też
niespodziankę, kupiła bilet autobusowy do Londynu. Nie musiałem już martwic się, jak tam dotrzeć.
Przeprawa przez kanał przebiegła bez problemu, ale po brytyjskiej stronie musiałem spotkać się z urzędnikiem i
wyjaśnić cel podróży. Dostałem wizę na 48 godzin. Autobus dotarł do Victoria Coach Station. Wylot miałem
następnego dnia, zostało, więc sporo czasu do zabicia. Chciałem trochę pozwiedzać, zobaczyć te znane miejsca.
Zarzuciłem plecak przez ramie i wypadłem na ulice. Zrobiłem dwa kroki i od razu przyskoczyła do mnie młoda
dziewczyna z oferta zatrzymania się w niewielkim hoteliku. Proponowała taksówkę i śniadanie. Ta cała przyjemność
miała mnie kosztować 8 funtów. Grzecznie odmówiłem, bo z 10 funtami w kieszeni nie mogłem za bardzo poszaleć.
Całkiem przypadkowo dotarłem na dworzec kolejowy, szukałem punktu informacyjnego, w którym mógłbym dostać
mapę Londynu i metra. Tuż przede mną, w kolejce, dwie Amerykanki nie mogą dogadać się z panią w okienku. Niby
mówią tym samym językiem, a jednak. Teraz moja kolej. Musiałem wzbudzić jej zainteresowanie, bo już po kilku
sekundach zapytała mnie skąd jestem. Okazało się, że to rodaczka. Zaprosiła do środka. Chciała pomoc,
wypytywała o moje plany. Nocleg w jej mieszkaniu nie wchodził w grę. Pomogła jednak tak, jak potrafiła. Kupiła
kanapkę i coś do picia. Najważniejsze jednak, że mogłem zostawić u niej na kilka godzin bagaż. Dzięki temu miałem
wolne ręce i mogłem pozwiedzać miasto.
Kupiłem całodniowy bilet na metro oraz trochę chleba na „czarna godzinę”. Po 10 funtach nie pozostał nawet ślad.
W ciągu trzech, czterech godzin zaliczyłem najważniejsze miejsca, Parlament, Picadilly Circus, Buckingham Palace.
Kiedy zapadał zmierzch, ponownie zjawiłem się na dworcu. Odebrałem bagaż i zastanawiałem się nad następnym
krokiem. Co dalej zrobić, z tak pięknie rozpoczętym wieczorem? Do odlotu miałem jeszcze czas. Łażąc we wszystkie
strony, zauważyłem reklamę firmy Guinness, ktoś rozdawał za darmo piwo w ramach promocji. Musiałem się czegoś
napić. Usiadłem sobie z butelką pod ścianą. Dosyć szybko pojawił się obok mnie młody Anglik. Od słowa do słowa,
nawiązała się nić porozumienia. Zaskoczył mnie swoją wiedzą na temat Polskich Kolei Państwowych oraz
pozytywnym nastawieniem do prędkości taboru kolejowego.   Swoją wiedzę nabył w czasie krótkiego pobytu w
naszym kraju.  Kilka razy powtarzał z zachwytem: „Macie naprawdę super wolne pociągi”. Był chyba mieszkańcem
tego dworca. Zaproponował, aby każdy z nas zrobił kilka rundek po darmowe piwo. Potem całą siatkę wymieniliśmy
u babci klozetowej na kilka kanapek. Kolację miałem więc z głowy. Wreszcie dotarłem na Heathrow, gdzie
przespałem się na ławce. Rano poznałem pewnego Węgra, który, tak jak ja, wybierał się do Stanów na Camp. On
był już  dobrze przygotowany do tej wyprawy. Nie rozstawał się z czapką basebollówką i cały czas gadał coś o NBA.

2.
Lot do NY trwał trochę ponad 6 godzin. Jak zabić taki kawałek czasu? Nie mogłem obejrzeć żadnego filmu, gdyż tuż
przede mną siedział człowiek, który wystawał o głowę ponad oparcie siedzenia. Niejako więc, z konieczności,
musiałem słuchać muzyki. Nałożyłem słuchawki i poprosiłem stewardesę o piwo. Od razu poprawił mi się humor.
Zacząłem gibać się w rytm dzwięków.
Przylecieliśmy. Jesteśmy wreszcie na miejscu. Sala przylotów British Airways nie wyglądała najlepiej. Przypominała
bardziej nasze stare Okęcie. Wszyscy wychodzą i ustawiają się karnie w kolejce. Gdzieś tak w połowie drogi do
okienka, dostałem pierwsze sygnały, że plastikowe jedzenie, które zjadłem w czasie lotu, ma mnie już serdecznie
dość i chce się za wszelką cenę wydostać. Jak tu wytrzymać? Do samolotu nie mogę już wrócić. Co za pech.
Wreszcie jestem sam na sam z urzędniczką. Patrzy nieufnie w mój paszport, coś przegląda. Zadaje pytania.
- Jaki jest cel podróży?
- Praca na Campie.
- Co będziesz robił?
- Nie wiem, może będę w kuchni.
- To po to przyjeżdżasz do Stanów, aby w kuchni pracować?
Zrobiłem jakąś głupią minę. Kończ wreszcie babo. Dłużej nie wytrzymam. Zaraz będę miał sraczkę, że palce lizać. Z
pewnym ociąganiem podbiła dokument. Pobiegłem szybko do hallu i rzuciłem plecak. Gdzie jest ta toaleta? Już
jestem w środku. Otwieram kibel, a tam woda po brzegi. Co jest? Chyba zepsute. Otwieram następny i znowu woda.
No trudno, nie ma co, muszę skorzystać, najwyżej nie przyznam się, gdyby było na mnie. Spokojniejszy i o kilka kilo
lżejszy  wróciłem na swoje miejsce. Razem ze mną leciało ponad 100 osób. Wszyscy spokojnie czekali na dalszy
ciąg programu. Nikt nie wiedział, co dalej. Po pół godzinie zapakowali nas wszystkich do autobusu i w drogę. Kiedy
przylecieliśmy była już noc, do tego bardzo gorąca. Miałem wrażenie, że ktoś zapomniał wyłączyć suszarkę. Pojazd
ruszył. Jedziemy, ale nic właściwie nie widać. Za oknami, żadnych budynków, trochę drzew. Podróż raczej
monotonna, do momentu wjechania na most. Cały autokar nagle zamilkł. Naszym oczom ukazał się Manhattan w
nocy. Niesamowity widok, który będę pamiętał, do końca życia. Można to porównać do nagłego zderzenia ze ścianą
migających światełek.
Zakwaterowali nas wszystkich w hotelu Sheraton w New Jersey. Bałagan organizacyjny był niesamowity. Nie miałem
przydzielonego pokoju. Zostałem umieszczony na dostawkę z jakimiś Anglikami. Próbowałem zasnąć, ale co
kilkanaście minut ktoś wchodził, włączał światło i chciał oglądać telewizję. Potem już nic nie pamiętam. Rano
śniadanie. Wszystkich dzielą na grupy. Wsiadam do żółtego, szkolnego autobusu i w drogę. Jedziemy na północ od
Nowego Jorku. Wtedy, po raz pierwszy poczułem, że jestem w Ameryce. Za oknami widoki dobrze mi znane z filmów,
typowe domki i stacje benzynowe. Jesteśmy na miejscu. Obóz dla młodzieży położony nad jeziorkiem. Dookoła same
lasy. Teren zamknięty. Duża brama wejściowa z napisem "Welcome - Shalom". Kurde, gdzie ja jestem?

3.
Zaraz po przyjeździe zostaliśmy podzieleni na grupy i określono, gdzie, kto będzie pracował. Wszelkie prace na
terenie obozu nadzorował człowiek o bardzo powściągliwym usposobieniu. Miał dwóch pomocników. Jeden z nich
dostał od Anglików ksywkę Chewie, a drugi Jubiler. Oba przezwiska pasowały do nich jak ulał. Pierwszy swoim
wyglądem przypominał małpoluda z filmu Star Wars, a drugi, Meksykanin z pochodzenia, nosił kilka złotych
łańcuchów i co najmniej cztery pierścionki na kilku palcach.
Nie byłem jedynym Polakiem w grupie przybyłych. Było nas w sumie trzech. Poza tym, byli też Słowacy, Węgier i
NRD- owiec, który udawał Węgra. Większość ludzi pochodziła jednak z Anglii oraz Holandii. Znaleźli się nawet dwaj
Australijczycy, którzy przyjechali ze swoimi deskami i mieli zamiar po zakończeniu obozu pojechać na zachodnie
wybrzeże, by popływać w oceanie. Jakoś dziwnie podzielono prace. Ludzie z  Europy Wschodniej dostali przydziały w
kuchni oraz przy czyszczeniu kibli. Tak, więc moja przygoda z Ameryką zaczęła się dosłownie od sprzątania toalet.
Pracowałem razem z chłopakiem ze Wschodnich Niemiec. Był to niesamowity obibok. Dosyć dobrze znał węgierski,
zdaje się, że studiował w Budapeszcie. Wcześniej służył w wojsku. Zawsze szukał sposobu na to, jak się wymigać od
pracy i zarobić dodatkowe pieniądze.
Na terenie obozu były też domki dostępne dla turystów. Raz w tygodniu zjeżdżali się ludzie, głównie z Nowego Jorku.
Organizowano dla nich różnego rodzaju seminaria. Naszym zadaniem było wskazać kwaterę i pomóc taszczyć
bagaże. To zajęcie zostało opanowane przez ludzi z demoludów. Anglicy tylko na początku próbowali nam dorównać
kroku.  Z biegiem czasu, kiedy zauważyli, że nic nie zarobią, zrezygnowali z tego zajęcia. NRD- owiec był z nas
wszystkich najszybszy i najbardziej przebiegły. Dochodziło do tego, że w weekendy nie pojawiał się w ogóle w pracy.
Znikał na kilka godzin i z żelazną konsekwencją wyciskał kolejnego dolara z każdego nowego turysty. Anglicy mieli
lepsze zajęcie. Grupa, która pracowała razem z Chewiem trafiła na żyłę złota. Zbierali puszki z terenu całego obozu i
oddawali je na recycling. Za każdą z nich dostawali zwrot 5 centów. Tygodniowo wyciągali ponad $200 do podziału.
Wszystkich jednak przebił Holender, który kupił używany samochód. W wolnych chwilach świadczył usługi dowożąc
ludzi do najbliższej stacji kolejowej lub do Nowego Jorku. Cena biletu - $10. Chętnych nie brakowało. Po kilku dniach
dałem sobie spokój z noszeniem bagaży. Marnowanie całego dnia, żeby zarobić 5 dolarów nie miało sensu.
Pieniądze te były głównie przeznaczone na piwo.
Tuż za bramą obozu była mała stacyjka i niewielki bar. Można tam było napić się jakiegoś lokalnego napoju.
Barmanka, kiedy zobaczyła nas, nie mogła uwierzyć, że mamy skończone 21 lat. Kategorycznie zażądała dowodów
tożsamości. Innych rozrywek w okolicy właściwie nie było. Piesza wycieczka skończyła się zatrzymaniem przez policję
i sprawdzeniem moich dokumentów. Innym razem wybrałem się na rowerze do supermarketu, który znajdował się
jakieś 2 mile od obozu. Rower należał on do jednego ze Słowaków. Chudzina był niesamowity, ale miał chyba niezłą
krzepę, bo nieźle sobie radził z pojazdem, który nie miał przerzutek. Ja poradziłem sobie jakoś tylko jedną stronę. W
drodze powrotnej nie byłem już w stanie wspinać się po wzniesieniach.
Seminaria dla turystów prowadził profesor historii, który urodził się w naszym kraju. Zaproponowałem mu, że jako
kolega po fachu też mogę co nie co poopowiadać. Stanowczo odmówił. Poznałem jego przeszłość. Przeżył okupację,
ale zaraz po pogromie kieleckim postanowił opuścić nasz kraj. Jako pierwszy etap swojej emigracji wybrał Niemcy.

4.
Mój pobyt na Campie postanowiłem wykorzystać maksymalnie, jak tylko się da. Według kontraktu, miałem tam
przebywać dwa miesiące z łączną zaplata $ 400. Z takim zarobkiem nie miałem gdzie wybrać się po zakończeniu
obozu. Osobom, które chciały jeszcze dorobić, zaoferowano przedłużenie pobytu z wynagrodzeniem $ 20 za dzień. Z
oferty tej skorzystali głównie ludzie z Europy Wschodniej. Praca, którą wykonywałem, nie była ciężka. Każdego
ranka, obchodziliśmy żeńskie baraki. Kilka szurnięć mopą i jedziemy dalej. Dwie, trzy godziny pracy dziennie i reszta
dnia była wolna. Co drugi dzień, po południu, na zmiany wydawaliśmy dzieciakom mleko i ciastka. Osoby, które
pracowały w kuchni, miały znacznie gorzej. Jeden z pracujących tam Polaków narzekał, że od mycia naczyń zaczęły
robić mu się wypryski na rękach. To była ciekawa postać. Miał rodzinę w Chicago, do której chciał się wybrać po
zakończeniu obozu. Jego marzeniem było zarabiać $10 na godzinę i pracować w biurze. Kilka miesięcy później
zadzwonił do mnie. Nic nie układało się tak, jak sobie to wcześniej zaplanował. Rodzina owszem, przyjęła go
sympatycznie, ale pracy nikt nie załatwił. Podłamany takim obrotem sprawy, postanowił wrócić do kraju.
Któregoś dnia, na Camp, przyjechała rodzina z dzieckiem. Opiekunką była Polka. Od słowa do słowa okazało się, że
mamy wspólnych znajomych. Małżeństwo, z którym przyjechała, było bardzo sympatyczne. Już na wstępie zadali mi
pytanie, czy mam zamiar zostać. Zgodnie z prawdą, odpowiedziałem, że nie wiem. Nawet, gdybym chciał, to jak to
zrobić? Gdzie się udać? Będąc jeszcze na studiach, poznałem pewnego Amerykanina, który przyjechał do Polski na
ślub swojego byłego pracownika.  Nasze spotkanie, na ulicy, trwało niecałe pięć minut. Na do widzenia wręczył mi
swoją wizytówkę. Wiedziałem też, że w Stanach przebywa jeszcze jedna osoba z mojego roku i że prawdopodobnie
pracuje obecnie u niego. Skontaktowałem sie z nim. Kilka dni później dostałem telefon i zaproszenie do Nowego
Jorku. Powiem szczerze, że nie planowałem przedłużenia swojego pobytu w Stanach. Miałem zamiar wrócić do kraju i
dokończyć pisanie pracy magisterskiej. Mój kolega i jego żona namawiali mnie gorąco, abym został przynajmniej na
rok. Miałem zamieszkać razem z nimi. Pozostała jeszcze kwestia dziekanki. Musiałem wykonać kilka telefonów do
Polski. Sprawę załatwił mój wujek. Zgodnie z oświadczeniem dziekana, mogłem bronić się nawet za 10 lat. Innych
przeszkód nie było.

5.
W połowie września 1992 roku, kupiłem bilet kolejowy do Nowego Jorku, w jedną stronę. Miałem wrażenie, że
wychodzę na wolność oraz świadomość, że kieruję się w nieznane.
Kilka tygodni wcześniej po raz pierwszy postawiłem swoje kroki na Manhattanie. Na zwiedzanie miasta wybraliśmy się
w cztery osoby. Organizatorem wycieczki był Holender z samochodem. Mimo, że nie był to jego pierwszy raz, pogubił
się trochę przy wjeżdżaniu do miasta. Gdzieś na południowym Bronksie postanowiliśmy zatrzymać się i zasięgnąć
języka. Wyciągnęliśmy mapę. Uchyliłem szybę i w tym samym czasie dotarło do nas gromkie: “Spierdalajcie stąd,
was tu w ogóle nie powinno być", wykrzyczane z trzeciego pietra. Szyby w górę, pisk opon i jedziemy dalej. Trafiliśmy
wreszcie na Manhattan. Samochód zostawiliśmy na strzeżonym parkingu przy 44 ulicy & 8 Avenue. W tamtym
okresie, była to nieciekawa okolica. Pełno podejrzanych typów, peep-shopów i prostytutek. Po kilku godzinach
łażenia, mamy spotkać się na rogu 5 Avenue & 42 ulicy. Tuż przy bibliotece są małe schodki, na których można
spokojnie usiąść. Moją uwagę zwrócił pewien Chińczyk z wielką tekturą na piersiach z napisem "Jezus przyjdzie 28
Października". Kilka razy próbował wdrapać się na metalowe pudło. Policjant, który stał tuż obok, pilnował, by mu się
to nie udało. Kilka minut później, ulicą przejechała limuzyna. Z tyłu, gdzie jest bagażnik, był mały basenik, takie
Jacuzzi, w którym siedział nagi facet i popijał drinka. Jakby tego było mało, pojazd ozdabiały z tylu dwa kandelabry.
Tego samego dnia, tuż obok, odbywał się wiec wyborczy senatora Billa Clintona. 42 Ulica została wyłączona z ruchu.
Postawiono kilka namiotów. Komik Jim Carrey, kiedy po raz pierwszy pojawił się w popularnym programie Late Night
Show, założył się z Jay Leno, że doprowadzi publiczność do szaleństwa. Wypowiadał „cynamon” i cała sala
wrzeszczała. Potem zaledwie szeptał, a ludzie zebrani w studiu stawali się jeszcze głośniejsi. Kilka lat później Bill
Clinton rzucał hasło: " I feel your pain", a wyborcy wpadali w ekstazę. Po dniu pełnym wrażeń wracaliśmy do obozu
jadąc na północ, przez Central Park West. Na wysokości Harlemu, Holendrowi coś odbiło. Raptownie skręcił w
prawo, pakując się prosto w nieoświetloną ulicę. 125 ulica, która stanowi centrum tej dzielnicy, jest raczej spokojna i
bezpieczna. Są jednak takie miejsca, gdzie lepiej nie zaglądać. Oprócz wypalonych domów można tam spotkać
same czarne kłopoty.
W Nowym Jorku zamieszkałem razem z moimi znajomymi. Na kilka miesięcy ich mieszkanie przy Norman Street na
Ridgewood stało się moim domem. Odziedziczyłem materac i miejsce w living roomie. Przez kilka pierwszych dni
trochę obawiałem się wychodzić na ulicę. Człowiek naogląda się głupich filmów i ma wrażenie, że za każdym rogiem
czyha na niego gość ze spluwą, z zamiarem odebrania siatki z zakupami. Musiałem jednak usamodzielnić się i
przestać prosić kolegę o eskortę. Z bijącym sercem, ściskając bochenek chleba i gazetę, przemierzałem odległość
od polskiego sklepu do domu. Na tej samej ulicy mieszkało kilkoro niezwykle grubych ludzi. Nazywaliśmy ich rodziną
"balonów". Kilka lat później, najgrubszy z nich trafił na czołówki gazet. Policja i straż pożarna uratowały mu życie,
wyburzając ścianę i wyciągając z mieszkania na wysięgniku. Trafił do szpitala na przymusową dietę. W fałdach jego
skóry odnaleziono kawałki starej pizzy i pilot do telewizora.

6.
Poszukiwania pracy rozpocząłem od zwiedzania okolicy, w której mieszkałem. Miałem nadzieję, że natrafię na napis
"Help Wanted" (potrzebna pomoc). Szwalnia, która znajdowała się tuż obok naszego mieszkania, zatrudniała już
sporo Polaków. Zacząłem też przeglądać prasę polonijną. Było to zajęcie dosyć frustrujące. Samych ogłoszeń było
niewiele i większość w zawodach, o których nie miałem pojęcia, albo, do których się nie nadawałem. Po tygodniu
bezproduktywnych poszukiwań, doszedłem do wniosku, że najwyższy czas odwiedzić którąś z polskich agencji na
Greenpoincie. Jej pracownik chętnie wziął zapłatę i skierował mnie na budowę, gdzieś w okolicach dzielnicy
Woodhaven. W środku niedokończonego budynku było już kilka osób. Zastałem ich przy śniadaniu. Każdy siedział,
na czym mógł. Kilka cegieł, porozrzucane deski, a pośród nich dwa materace. Panował tu twórczy bałagan. Szef
towarzystwa wziął mnie na stronę i rozpoczął przepytywanie ze znajomości cali i stóp. Na nic zdały się moje
tłumaczenia, że jestem pojętny. „Wracaj bracie skąd przyszedłeś”. Nie było rady, musiałem ponownie odwiedzić
agencję. Mój widok nikogo nie zdziwił. Chciałem odebrać swoje pieniądze i spróbować szczęścia w innym miejscu.
Młody chłopak, który załatwił mi fuchę na budowie, ani myślał rozstawać się z opłatą.  Ku mojemu zaskoczeniu,
wyciągnął z pod lady, „po znajomości”, ofertę z firmy ogrodniczej. Amerykanin, który odebrał telefon, okazał się
całkiem sympatyczny. Zdziwił się jednak trochę, gdy usłyszał, że potrafię obsługiwać kosiarkę.
Przez następne dwa lata, codziennie rano dojeżdżałem na Greenpoint, a dalej samochodem, razem z dwójką innych
osób, jechaliśmy na Bayside. Firmę prowadziło dwóch Włochów słusznej postury. Tak słusznej, że kiedy coś się
miedzy nimi nie układało, urządzali sobie „zawody” w rzucaniu 20 kilowymi workami z nawozami. Były to dwa
odmienne charaktery. Jeden milczek, który dobre słowo zatrzymywał tylko dla siebie. Wiecznie niezadowolony. Drugi
za to, niezwykle wylewny, dbał o nasze dobre samopoczucie. Z warunków socjalnych było tylko mydło. Przebierać
musieliśmy się pod blaszaną wiatą. W lecie można było jeszcze wytrzymać, ale późną jesienią, wraz z podmuchami
zimnego powietrza, odliczaliśmy sekundy do rozpoczęcia pracy. Bieg z kosiarką „na czas”, był jedynym sposobem
rozgrzania się. Do pracy zostałem przyjęty na miejsce chłopaka, który miał inne plany na przyszłość. Już wtedy
pracował na noce w firmie cateringowej. Ze dwa razy zaliczył taki maraton. Następnego dnia pojawiał się ponownie u
nas. Nie wiem, jak był w stanie to fizycznie wytrzymać. Z fantazją wydawał zarobione pieniądze. Restauracje,
koncerty i inne atrakcje. Wydanie $200 - $300 nie stanowiło dla niego problemu. Spotkałem go, przypadkiem na
ulicy, kilka lat później. Wypiliśmy po piwie i porozmawialiśmy o dawnych czasach. Wydał mi się jakiś zrezygnowany,
brakowało mu celu w życiu, mimo że miał pracę związaną z budownictwem. Z naszej rozmowy zapamiętałem jeden
szczegół:  w dalszym ciągu miał talent do robienia długów.

7.
Kiedy przyjechałem do Stanów, wydawało mi się, że znam angielski w stopniu pozwalającym na dogadanie się.
Rzeczywistość zweryfikowała moje wyobrażenia. Podstawy języka poznałem jeszcze  w szkole podstawowej,
pobierając prywatne lekcje. Wystarczyło to, aby powiedzieć kilka prostych zdań. Potem nie miałem kontaktu z
językiem w takiej formie. Nigdy też nie wkuwałem słówek na pamięć. Najlepszy jest kontakt z żywym językiem.
Słuchanie radia Luxemburg czy BBC World Service to było moje hobby. Niewiele z tego rozumiałem, ale liczyła się
sama przyjemność. Będąc na studiach, razem z kumplem uskutecznialiśmy podróż za jeden uśmiech. Podczas
naszej wędrówki po Europie robiłem za tłumacza. Używając kilku prostych słów zawsze można było dogadać się.
Język angielski wydaje się być niezwykle prostym i zrozumiałym. Schody zaczynają się dopiero w momencie, kiedy
nasz rozmówca wymawia słowa z trochę z innym akcentem. Będąc jeszcze w Londynie, kilka razy prosiłem
przechodniów o pomoc. Za każdym razem słyszałem, co innego. To było jednak nic, w porównaniu z wymową
Anglików, z którymi dzieliłem barak na campie. Trójka chłopaków z Yorkshire wprowadzała mnie w kompleksy. Z
wielki trudem wyłapywałem co drugie słowo. Jednym z nawyków jest tłumaczenie sobie na język polski tego, co się w
danym momencie słyszy. Przez dłuższy okres czasu nie mogłem się przemóc. Pomogło mi słuchanie radia. Szybki
potok słów uniemożliwił zastanawianie się nad ich znaczeniem. Niezwykle ważna jest też sama wymowa. Ludzie, dla
których angielski nie jest językiem ojczystym, dosyć łatwo dogadają się ze sobą. Obie strony prezentują większy
stopień tolerancji dla odmiennej wymowy. Amerykanie oczekują, że słowa mają być wypowiedziane w pewien
określony sposób. Większość osób, która przyjechała do Stanów, ma problem z pozbyciem się charakterystycznego
akcentu. Dzieci, w wieku poniżej 12 lat, bardzo łatwo dostosowują się do nowych brzmień. Dorośli mogą, co najwyżej
walczyć ze swoimi ułomnościami. Dosyć często zdarza się, że jestem brany za przedstawiciela innej nacji. Polska
sąsiadka uznała, że jestem Japończykiem. Większość nieznajomych bierze mnie jednak za Irlandczyka. Pewna
Amerykanka, słysząc moją wymowę, poszła jeszcze dalej uznając, że jestem Niemcem. „Chwileczkę”, mówi, "słyszę
twój akcent". A teraz? „Nie, tego wcześniej nie słyszałam".
Szef-ogrodnik był przekonany, że mój angielski ogranicza się do znajomości kilku słówek. Otworzył swoje serce nad
bruzdą ziemi, wyrwał kilka chwastów i kategorycznie stwierdził: "Ty i tak nic nie rozumiesz”. Będąc kiedyś w
restauracji, zamówiłem sobie cheeseburgera. Ktoś kiedyś napisał: "Aby język giętki powiedział wszystko, co pomyśli
głowa", więc głowa pomyślała i powiedziała kelnerce na odchodnym: "Tylko bez sera proszę".

8.
Pracę w firmie ogrodniczej rozpocząłem we wrześniu. Zdawałem sobie sprawę, że wraz z nastaniem zimy pójdę na
przymusowy urlop. Postanowiłem więc, wykorzystać maksymalnie te kilka miesięcy i zaoszczędzić najwięcej jak tylko
się da. Numer social security załatwiłem sobie, będąc jeszcze na campie. Jeden z Anglików pokazał mi niewielki
kartonik z charakterystycznym nadrukiem.. Nie bardzo wiedziałem, do czego służy, ale skoro on to miał, to dlaczego
ja miałbym z niego zrezygnować. Kilka tygodni później miałem dokument w ręku. Zaraz po przyjeździe, do Nowego
Jorku, założyłem sobie konto w amerykańskim banku. Przy okazji złożyłem też podanie o kartę kredytową. Ku
mojemu zaskoczeniu, otrzymałem ją bez problemu. Niewielki kredyt $ 800, traktowałem jako zabezpieczenie na
ciężkie chwile. Mogłem, więc teraz spokojnie pracować i odkładać pieniądze. Dostawałem $ 6.25 na godzinę. Nie jest
to jakaś zawrotna suma, ale po moich wcześniejszych doświadczeniach, kiedy po 2.5 miesiącach pracy zarobiłem
trochę ponad $ 500, wydawało mi się, że tygodniówka w wysokości $ 250 - 300 jest wystarczająca. Niskie zarobki
wielu szefów rekompensuje zwiększoną ilością godzin. Dzień pracy wydłuża się wtedy do granic wytrzymałości. W
mojej firmie, niezależnie od pory roku, pracę rozpoczynaliśmy od godziny 8 rano, a kończyliśmy wraz z zachodem
słońca. Kolega, który pracował kiedyś w polskim sklepie, bił rekordy wytrzymałości. 80 godzin pracy w tygodniu
dawało mu przywilej spania na zapleczu. Przy takich przeciążeniach przestaje mieć znaczenie, jaki jest dzień
tygodnia. Codzienne wstawanie o wczesnej godzinie, wyrabia nawyk, który uaktywnia się niezależnie od tego, czy
jest dzień pracy, czy też nie. Trudno opisać zmęczenie fizyczne. Był taki moment, kiedy zapomniałem jak się
nazywam i skąd przyjechałem. Biała plama. Miałem nieodparte wrażenie, że przebywam w Stanach całą wieczność.
Nie mogłem sobie przypomnieć, co robiłem kilka miesięcy wcześniej. Zamawiając obiad w polskiej restauracji,
poprosiłem o sałatkę z niebieskiej kapusty. Sny nie dawały wytchnienia. Alarm budzika brzmiał prawie w tym samym
czasie, w którym przykładałem głowę do poduszki. Nawet nie zauważałem, że spałem. Były też sny przyjemne,
niezwykle intensywne i bardzo sugestywne w swoim przekazie. Jestem ponownie w Polsce, poznaję stare kąty i
odwiedzam znajomych. Biegam w prawo i w lewo. Zahaczam o skrawek zieleni. Dlaczego tak ciężko? Już widzę
znajome twarze. Jeszcze tylko popchnę tę... kosiarkę i będę w domu.

9.
Pierwsze kilka tygodni w Nowym Jorku przebiegły bez żadnych problemów. Praca zajmowała mi większość czasu,
jedynie niedziele miałem wolne. Mieszkanie dzieliłem wraz z moimi znajomymi z roku oraz dziewczyną, która
zajmowała oddzielny pokój. Raz na jakiś czas przyjeżdżała do nas na weekendy jej koleżanka. Pracowała gdzieś na
"domku" opiekując się dziećmi. Któregoś dnia zdecydowała się wyjechać z miasta i zamieszkać w klasztorze
buddyjskim, który mieścił się gdzieś w okolicach Providence. Jak sama stwierdziła, religia katolicka „nic jej nigdy nie
dała”. Nasza współlokatorka miała hopla na punkcie telefonu. Codziennie wieczorem, po przyjściu z pracy, zamykała
się w swoim pokoju i godzinami rozmawiała ze swoimi znajomymi. Jej adoratorów nigdy nie poznaliśmy, zauważyliśmy
jednak, że dożywia jednego z nich przed naszym domem.
Tuż przed świętami, po kilku miesiącach wspólnego mieszkania, moi znajomi doszli do wniosku, że muszą sobie
znaleźć osobne miejsce. Po ich wyprowadzce byłbym na lodzie, a wynajmować tych dwóch pokoi z kuchnią nie
miałem zamiaru. Moja praca skończyła się na tydzień przed świętami. Przerwa miała trwać do około 15 marca.
Musiałem znaleźć jakiś sposób na przezimowanie.
Będąc jeszcze w liceum w Polsce, dałem ogłoszenie w amerykańskim magazynie, BOP, że chętnie nawiążę listowny
kontakt z rówieśnikami. Dostałem masę listów z różnych zakątków Stanów. Było ich tak dużo, że Poczta Polska
odmówiła przynoszenia ich do domu. Większość z nich rozdałem znajomym. Krążyły później po mieście,
przekazywane z rak do rak. Mojego brata zaciekawiła jedna osoba mieszkająca w Teksasie. Jej list wybijał się
pozytywnie na tle innych. Ich wspólne pisanie przerodziło się bardzo szybko w całkiem fajną znajomość. Zaraz po
przyjeździe, dałem jej znać, że jestem w Stanach. Postanowiłem odwiedzić ją w Houston i rozejrzeć się, jakie
możliwości stwarza to miasto. Miałem też zamiar odwiedzić rodzinę Amerykanina, który mieszkał ze mną w akademiku
w Polsce. Po miesięcznym pobycie w Teksasie, następnym etapem podróży miało być miasto Omaha w Nebrasce.

10.
W piątkowy wieczór, na kilka dni przed Sylwestrem, znalazłem się na Port Authority na Manhattanie. Ogromny
dworzec autobusowy, z ponad czterystoma stanowiskami, znajduje się po zachodniej stronie wyspy przy 8 Avenue i
42 ulicy. Ze względu na cenę biletu, zdecydowałem się na podróż Greyhoundem. Planowałem robić postoje w
większych miastach i pozwiedzać co ciekawsze miejsca. Poza tym, podróż autobusem wydała mi się atrakcyjna ze
względu na możliwość oglądania krajobrazów. Oczywiście zatrzymywaliśmy się po drodze w większych lub mniejszych
miejscowościach. O spaniu raczej nie było mowy. Pierwszy większy przystanek mieliśmy w Waszyngtonie. Zespół
Dżem kiedyś śpiewał: "Poznałem go po czarnym kapeluszu". Zwiedzając dworzec autobusowy zostałem zaczepiony
przez jednego pasażera. " Ja ciebie znam". Skąd? O czym on mówi? „ Kilka dni temu, widziałem cię na dworcu
autobusowym w Nowym Jorku. Poznaję cię po twoich butach". Całkiem niespodziewanie rzuca propozycję, "Idziemy
w miasto”. Szybkie spojrzenie na wskazówki zegara przyniosło otrzeźwienie. Przechadzka z nieznajomym po
ciemnych ulicach to nie dla mnie. Tak zaczynają się kryminalne historie. Dziękuję, postoję. Po drodze
zatrzymywaliśmy się jeszcze kilka razy. Atlanta wydała mi się całkiem ładna w nocy. Krajobrazów za bardzo nie
widziałem. Podróż autostradą jest bardzo monotonna, a okolice są mało atrakcyjne i do tego głównie w szarych
kolorach.
Po kilkunastu godzinach jazdy przeszła mi ochota na zwiedzanie. „Spuchłem” od ciągłego siedzenia i wypatrywania
atrakcji za oknem. Chciałem już jak najszybciej dotrzeć na miejsce. Z odrętwienia wyrywały mnie krótkie postoje. Im
bardziej na południe, tym bardziej robiło się ciekawiej. Zawsze można natknąć się na jakiegoś oryginalnego
pasażera. W jednej z niewielkich miejscowości, chyba w Mobile, do terminalu autobusowego wszedł autentyczny
miłośnik Dzikiego Zachodu. Miał wszystko na sobie, począwszy od kapelusza, obcisłych spodni i butów z ostrogami.
Ich odgłos przykuwał uwagę wszystkich zebranych. Zainteresowanie, jakie wywołał, mogę porównać tylko do
pojawienia się transwestyty, który czmychnął mi przed oczami o 4 nad ranem na stacji kolejowej w Brnie. Zjawisko
samo w sobie.
Dalsza podróż wydaje mi się męką. W dzień moje zmysły są przytępione przez brak snu. Po całym dniu jazdy,
siedzenie zaczyna parzyć. Dobrze, że w nocy wymieniają autobusy. Zauważyłem, że mają one obicia fotela
wykowane z trochę lepszego materiału. Jedzenie po drodze jest raczej kiepskie. Wybór też niewielki. Witamin i
owoców brak. W menu króluje za to hamburger w rożnych postaciach. Zaczynam tracić poczucie odległości. Z
radością witam napisy typu: Nowy Orlean 300 mil. Jesteśmy już prawie na miejscu.
Gdzieś w Luizjanie zadzwoniłem do mojej znajomej. „Jeszcze chwilka i się spotkamy”. Umówiliśmy się, że odbierze
mnie z dworca. Wreszcie koniec. Podróż zacząłem w piątek wieczorem, a do Houston dotarłem już po północy, z
poniedziałku na wtorek. Obiecałem sobie „raz na jutro”, nigdy więcej podróżowania autobusem.