Prasa
Śmierć Latarnika
tekst: MICHAŁ GARAPICH
W pełnych emocji, jeśli nie histerii relacjach prasowych na temat migracji z Polski do Wielkiej Brytanii, w obu tych krajach zapanowała
wiele mówiąca symetria. Nad Tamizą burza trwała od początku roku (kiedy konserwatywna opozycja zaatakowała rząd za decyzję
otwarcia rynku pracy dla obywateli krajów wstępujących do UE) do 1 maja, dnia wstąpienia Polski do Unii... i jak nożem uciął, ucichła.
Wówczas pałeczkę przejęły polskie media, wcześniej milczące, w pierwszych miesiącach z emfazą, czy wręcz paniką opisujące
autobusy pełne ludzi i nadziei na lepsze jutro.
Oba skoki zainteresowań nie mają wiele wspólnego ze stanem faktycznym. Migracje zarobkowe na zachód miały miejsce grubo przed
1 maja, a autobusy pełne chętnych do pracy, czy też powracających zawiedzionych, kursowały w te i we wte już od ponad dziesięciu lat.
1 maja jest pewną cezurą, ale na szerszym planie na pewno nie bardziej przełomową, niż zniesienie wiz w połowie lat 90.
Zostanie heroiczne
Skąd więc to zaklinanie rzeczywistości i emocje wokół pełnych autobusów uciekających Polaków? Negatywne reakcje odnośnie
migracji w obu krajach są przeciwstawne: W Wielkiej Brytanii wzbudzają je przybywający, w Polsce - niestety - wciąż ci którzy decydują
się na wyjazd.
Ale tak jak strach przed napływem (zazwyczaj są to "barbarzyńcy", nikt nie broni się rękami i nogami przed noblistami) obcych jest dość
uniwersalny, polski strach - przed opuszczaniem Polski przez jej obywateli - jest partykularny i ściśle związany z lokalnym wzorem
kultury. Dzisiaj jednak, wymaga przewartościowania. Wymaga tego nie tylko zdrowie psychiczne społeczeństwa, ale i gospodarka.
Wskutek pogmatwanych zawirowań historii, kultura polska wypracowała mechanizmy, czyniące emigrację w powszechnej
świadomości czymś co najmniej dwuznacznym, a najczęściej etycznie nagannym będąc tożsamą z degradacją, nawet zdradą.
Wyrażenie "wyjazd za chlebem" jest ukrytym potępieniem faktu, iż opuszcza się Ojczyznę dla pieniędzy. Przez niemal 200 lat akt
pozostania w kraju był dowodem na heroizm i patriotyzm, a ci którzy wyjeżdżali w celach indywidualnego rozwoju traktowani byli co
najmniej jako oportuniści. Skoro każdy człowiek w Polsce był potencjalną cegłą w murze oporu przeciwko najedźcy, każdy wyjazd był
powolnym osłabianiem społeczeństwa, wzmacniając stan niewoli. Jedyną dopuszczalnie moralnie emigracją, była emigracja
polityczna, a i ta musiała często gęsto się tłumaczyć ze swej decyzji.
Ów ambiwalentny stosunek wynika z polskiego sprzężenia tożsamości z poczuciem etniczności. Nie myślimy jeszcze o sobie jako o
mieszkańcach regionu, obszaru kultury, lub po prostu osobach o określonej kompetencji cywilizacyjnej. Dominujący dyskurs każe nam
o sobie wciąż jako o Polakach na pierwszym miejscu. A Polak poza Polską to jakaś aberracja, to wciąż wyjący z tęsknoty Latarnik. Od
konfederatów barskich do barmanów i od powstańców listopadowych do polskich listonoszy w Londynie – Polak wyjęty ze swojego
geograficznego kontekstu wzbudza żal i emocje niczym dzikie zwierze pozbawione swojego ekosystemu. To definiowanie aktu
mobilności w kategoriach nienaturalnego zjawiska wynika z dość konkretnej narodowocentryczcnej antropologii człowieka, w której
każda istota ludzka przypisana jest nakazem moralnym do jednego kontekstu kulturowego a więc jednej struktury społecznej i systemu
władzy. To mocno konserwatywne stanowisko traktujące wszelką ludzką mobilność – społeczną i fizyczną jako potencjalnie
zagrażającą systemowi jest stare jak cywilizacja, niemniej to dominująca rola państwa narodowego w narzucaniu sposobu myślenia
uczyniła zeń aksjomat nad którym się już nie zastanawiamy.
Siedzieć w miejscu to nie kwestionować
Ponieważ emigracja z Polski zahacza o kwestie tożsamości, tradycyjne podejście najlepiej widać na przykładzie ujmowania tematu
przez dyskurs narodowy, według którego istnieją sztywne, jasno definiowalne granice między grupami ludzi. Negatywne piętnowanie
wyjeżdżania z Polski jest w końcu lustrzanym obliczem ksenofobii - kryje się za tym założenie, iż wyjazdy, migracje, wykorzenienia są
stanami patologicznymi, a jedynem właściwym stanem życia ludzkiego jest życie osiadłe. To zaś stanowi element tradycyjnej koncepcji
państwa i społeczeństwa, wedle której porządanym stanem jest statyczne, niezmienne społeczeństwo, w którym wszyscy siedzą na
ziemiach praojców, zachowując dzięki temu nietknięte przez wpływy i "obcych" tradycyjne struktury społeczne i wartości. W końcu wizyta
u "innych" może owocować jakimiś wywrotowymi myślami. Wiedzieli o tym architekci Utopii od Platona przez Bacona po Lenina,
zakazujący obywatelom idealnego państwa wyjazdów poza granice "raju". Fizyczna separacja od własnych struktur społecznych niesie
przecież za sobą wolność, a to oznaczać może kontestację.
Relikty takiego państwotwórczego myślenia z nacjonalistycznym zabarwieniem wciąż dyktują polski sposób patrzenia na migracje
zarobkowe. "Gdyby Polska była autentycznie wolna, gdyby jej mieszkańcy byli traktowani podmiotowo i czuli się gospodarzami we
własnym kraju, gdyby mogli wspólnie korzystać z owoców swej pracy i bogactw jakich dostarcza im własna ziemia, z pewnością nie
pragnęli by nigdzie wyjeżdżać na stałe" - uważa filozof kultury, profesor KUL Piotr Jaroszyński, dodając iż "wyjazd w celu osiedlenia się
za granicą, był zawsze decyzją trudną i przykrą, bo nie leży w naszym charakterze ekspansja i podboje, raczej kochamy nasz własny kąt
ojczysty". Rozumiem, że profesor Jaroszyński chętnie przeniósłby się do czasów Piasta Kołodzieja, kiedy to, jak wiadomo, Słowianie
znad Wisły cieszyli się reputacją pokojowego ludku, okazjonalnie tylko urządzając sobie pokazy ogni sztucznych z palonych na stosach
wdów, ewentualnie igrzyska prapiłki nożnej z użyciem głowy lokalnego głupka wioskowego. Ale żaden ze współczesnych socjologów
nie bierze jak sadzę koncepcji profesora na serio, nie przystaje ona bowiem nawet do opisu wczesnych społeczeństw agrarnych czy
łowiecko-zbierackich. Historia ludzkości to historia migracji. Tam gdzie nie było migracji panował zastój. Bez ekspansji, nie ma
cywilizacji. Społeczności, których nie charakteryzowała ekspansja (o ile w ogóle takowe były) już nie ma, chyba że na Andamanach
ewentualnie na kulowskim kampusie. Profesor Jaroszyński nie wie o czym mówi i lepiej, aby ktoś mu to szczerze powiedział, dla dobra
jego doktorantów. Niestety myślenie w tym stylu przewija się wszędzie. Lider LPR, Roman Giertych na moje pytanie o korzyść jaką
zyskują polscy obywatele w postaci otwartych unijnych rynków pracy odpowiedział: - To nie jest korzyść, ułatwianie wyjazdu Polakom nie
leży w polskim interesie. Więc co? Zakazać?
"Emigrantów pcha w świat jedynie pragnienie godniejszego życia. Wszyscy oni, bez wyjątku, woleliby prowadzić godne życie w swojej
ojczyźnie" - brzmi końcowa konkluzja artykułu we "Wprost"na temat rosnącej migracji ekonomicznej we współczesnym
zglobalizowanym świecie. Skąd ta pewność? A może ludzie jadą po to bo mają dość własnego grajdołka, wsi, miasta? A może jadą po
przygodę, a może dobrze się czują w skórze cudzoziemca? Skąd to naiwne i nieracjonalne przekonanie, że ludzie z definicji przepisani
są do jednego tylko miejsca niczym krowy na pastwisku? Dlaczego wciąż uważamy, że pełnię szczęścia każdy osiąga tylko w miejscu
urodzenia?
Kozioł wariat stracił zmysły
Dyskurs a la Giertych nie ma jednak takiego zasięgu rażenia jak lektura Koziołka Matołka autorstwa Kornela Makuszyńskiego z
ilustracjami Mariana Walentynowicza. Sądzę, że miliony drukowanych egzemplarzy takich gniotów jak “Pan Tadeusz” czy opowiadań
Sienkiewicza nie uczyniło dla naszego spojrzenia na migracje tyle, co bestseller autorstwa tych dwóch panów. Trzy generacje Polaków,
kilkadziesiąt milionów ludzi wchłaniało dzień w dzień od wieku lat 2 tę specyficzną wersję polskiego Tintina. Historia kozy, która
podróżuje po świecie z okazjonalnym pobytem w przestrzeni kosmicznej lub pod ziemią, jest archetypiczną konfiguracją polskiego mitu
o emigrancie, specyficzną adaptacją Odysei na potrzeby polskiej mitologii migracji. W skrócie: na początku jest nawet nieźle, Matołek
cieszy się ze zrzucenia ciasnych, narzuconych przez konserwatywną strukturę koziego społeczeństwa (chyba pasterskiego?) pęt: „Kiedy
znalazł się na drodze, po raz pierwszy na wolności, skoczył w górę nasz koziołek, aby rozprostować kości”. Potem jednak jest już tylko
gehenna.
Spotykają go głównie przykre przygody podróżnika: nieznajomość języka i lokalnego prawa doprowadza go do skazania na ścięcie
głowy, nie ma pieniędzy, musi harować w kopalni (znajduje wprawdzie złoto, ale i tak oddaje je państwu polskiemu zanosząc do
najbliższej placówki MSZ), ścigają go zbójnicy, wystrzeliwują go z armaty, kilkakrotnie tonie, dzikie zwierzęta, zoofile i murzyni chcą go
zjeść... Na końcu pierwszej księgi jest jasne, że wyjeżdżając z kraju kozioł popełnił błąd: „I znów poszedł, biedaczysko; Po szerokim
szukać świecie; Tego co jest bardzo blisko”. Kiedy na końcu sagi okazuje się, że kozioł podróżował kompletnie bez sensu, pacanowski
mędrzec, a więc tradycja, mówi: „Po co ci odmiany? Tak żyj, jak cię Pan Bóg stworzył”. I jeszcze: „Patrz jak ślicznie w naszej Polsce; Jak
cudownie słońce świeci; Machnij łapą na podkowy; Bo cię wszystkie wielbią dzieci”. Nacjonalistyczno-państwotwórczy dyskurs nie mógł
tego zgrabniej ująć. Prawem naturalnym i boskim, ludzie przypisani są do jednej tożsamości, jednego narodu. Jakakolwiek mobilność,
nawet społeczna nie ma sensu. Zdekonstruowany Koziołek to nie tylko komiksowa wersja Dmowskiego, stoi za nią cała tradycja
konserwatywnej myśli politycznej z podejrzliwością traktująca zachodzące od początku okresu industrializacji zmiany w
społeczeństwach zachodnich.
Co bardziej nieuświadomione, dyskurs nacjonalistyczny dotyczący migracji ładuje się nam w życie prywatne. Każdy komu nieobce jest
doświadczenie migracyjne przyzna, iż kwestia tęsknoty dotyczy przede wszystkim najbliższej rodziny i wspólnoty, a nie jakiegoś bliżej nie
zdefionowanego bytu, któremu na imię Polska. Wprzęgnięcie prywatnych uczuć tęsknoty i nierzadkiego poczucia winy jakie odczuwa
jednostka za granicą w kategorie państwotwórcze karmiąc mity narodowe, to nie tylko symboliczna przemoc, to grube nadużycie ze
strony so called moralnych autorytetów, którzy reprodukują ów dyskurs na tysiące różnych sposobów.
Praca (nawet u obcego) nie hańbi
Negatywny stosunek do migracji zarobkowej widać wszędzie: w relacjach prasowych ("sprząta u Hindusa" "pracować u obcych" - jak
wiadomo, lepiej sprzątać u swojego; czy podkreślanie przez media faktu, iż za granicą Polacy pracują tylko fizycznie, a więc w domyśle
staczają się), w wypowiedziach polityków, w kazaniach biskupów, wyrażających troskę, iż tylu młodych ludzi wyjeżdża z kraju, czy w
dyletanckich działaniach polskiego MSZ, który polskim migrantom ekonomicznym do Unii Europejskiej nie zapewnia żadnego zaplecza
prawno-konsultacyjnego.
Abstrahuję już od nieetycznego postawienia tak sprawy, gdyż jak wiemy żadna praca nie hańbi, zastanawia jednak jedno. Traktowanie
widoku autobusu pełnego ludzi jadących do pracy do Anglii jako zapowiedzi upadku Polski, po prostu mija się z rzeczywistością. W
dzisiejszych czasach ludzie wyjeżdżają bo mogą, bo chcą poznać świat, coś zarobić, poszerzyć horyzonty, nauczyć się języka. Robią, to
co ich równieśnicy w Wielkiej Brytanii, Francji, Australii czy Norwegii. Po prostu eksplorują kurczący się świat w jakim żyją. To zaś w
bezpośredni sposób przekłada się na szeroko rozumiane wykształcenie Polaków, ich adaptacyjność i zdolność do znalezienia się we
współczesnym świecie. Nie ulega wątpliwości, iż Polska korzysta na migracjach nie tylko w postaci przekazów piężniężnych idących w
setki milionów dolarów, ale i w sensie awansu cywilizacyjnego i edukacyjnego tysięcy Polaków, którzy skonfrontowani zostają z
ustabilizowanymi systemami gospodarki wolnorynkowej i dojrzałymi demokracjami. To oni - wraz z stypendystami Harvardu i LSE -
przekazują wiedzę swoim bliskim w Polsce o tym "jak to jest w normalnym kraju".
Za koniecznością zmiany naszego społecznego postrzegania migracji przemawiają fakty. Jak wskazują badania nad migracjami, od
1989 dominuje w nich model cyklicznych wahadłowych wyjazdów, gdzie jednostki poruszają się w przestrzeni, którą traktują jako po
prostu większy rynek pracy. Migracja z kraju stała się tymczasowym, odwracalnym wyborem. Coś, co dla pokolenia naszych rodziców
było decyzją na całe życie - dzisiaj jest zwykłym poszerzaniem spektrum możliwości zawodowych i życiowych, wypadem w
konkurencyjny rejon, wizytą w mieście, które tak się składa leży w Niemczech, Austrii czy Walii.
Zapomniano też zupełnie o tym, iż z pozycji ubogiego migranta pracującego na czarno "u Araba" (sic) czy "obcego" Polak za granicą
ewoluował do pozycji pełnoprawnego aktora politycznego w krajach osiedlenia. Prawo do głosowania w wyborach lokalnych jakie
otrzymali ludzie, którzy nie tak dawno łamali nagminnie przepisy migracyjne, kwalifikowali się do deportacji przebywając na dole drabiny
społecznej, czyni z nich potencjalnych uczestników tworzonego europejskiego społeczeństwa obywatelskiego. To między innymi od
działań państwa i społecznego i kulturowego traktowania setek tysięcy polskich migrantów zależy, czy będą oni w krajach Unii nadal
tkwić w stanie marginalizacji przyglądając się biernie jak inne mniejszości i grupy imigranckie aktywizują się obywatelsko zapełniając
pustą na razie przestrzeń kulturową zwaną europejskim obywatelstwem, czy też wejdą na ścieżkę partycypacji, awansu i rzeczywistego,
a nie jedynie nominalnego stawania się Europejczykiem. I nie chodzi tutaj tylko o prasę. Wystarczy uważnie przyglądnąć się
działalności MSZ-u, porozmawiać prywatnie z kilkoma konsulami, aby przekonać się, że generalnie polskich imigrantów MSZ traktuje
jako uprzykrzających się petenentów, a nie potężną siłę ekonomiczną wspierającą dziesiątki tysięcy budżetów domowych. Przed i po
poszerzniu UE, MSZ nie poczynił żadnych kroków, aby w minimalny sposób ułatwić, czy wspomóc osoby wyjeżdżające w celach
zarobkowych. Patologie i oszustwa na rynkach pracy, które miały miejsce w niektórych krajach – jak Wielkiej Brytanii, Włoszech i
Hiszpanii, ściągnęły uwagę Rzecznika Praw Obywatelskich i związków zawodowych, które zwróciły się do rządu o wyjaśnienie co
zostało uczynione, aby pracownikom polskim zapewnić ochronę prawną i dostęp do pełnej informacji. Nie zrobiono nic.
Latarnika już nie ma
A świat się zmienia. Stara polska idea emigracji - siedzenia w odciętym gettcie bez wiadomości z kraju - to przeszłość. Stereotyp
Polaka wyjącego z nostalgii nad miską podrabianego bigosu - staje się zupełnie anachroniczny. Wskutek ekspansji nowoczesnych
środków komunikacji, tanich lotów, tanich rozmów telefonicznych, internetu - zamiast Latarników, mamy tysiące dynamicznych Polaków
robiących kariery w niemal każdej dziedzinie gospodarki, którzy jednocześnie bywają w Polsce częściej niż niejeden krakowianin w
Warszawie. Zapewniam, iż wielu biznesmenów polskich w Londynie, czy w Chicago w większym stopniu uczestniczy w polskiej
ekonomii i życiu społecznym, aniżeli niejeden "kochający ojczyste kąty" mieszkaniec Warszawy. Partycypacja w przestrzeni którą
nazywamy Polską nie zakłada już bowiem fizycznego w niej przebywania. Miliardy dolarów przesyłane w postaci przekazów
piężniężnych, czy ponad 80 tysięcy Polaków głosujących zagranicą w referendum europejskim są tego najlepszym przykładem. Każdy
imigrant - a są to jednostki z definicji innowacyjne, gotowe podejmować ryzyko - to potencjalna kopalnia kapitału społecznego.
Negatywna percpecja migracji działa tylko Polsce na szkodę.
Transfer pieniędzy, towarów i kapitału ludzkiego jest dwukierunkową jezdnią, która coraz szybciej zamienia się w autostradę. Wystarczy
zapytać jaką rolę migracja odgrywa w społeczności Siemiatycz, na Podhalu czy Sokółce. To dźwignia wzrostu i sposób na pomoc
krajowi, a nie (zawsze z pogardliwym, wielkopańskim sarkazmem) "sprzątanie u obcych", lub jak wyraził się na łamach
"Rzeczpospolitej" szef wydziału analiz UKIE Maciej Duszczyk, "konieczność i krok nieco desperacki". Owszem - obserwując polski rynek
pracy w Londynie spotkałem sporo desperatów. Ale spotkałem też ogromną liczbę, dla których wyjazd był zwykłą racjonalną kalkulacją i
którzy fakt opuszczenia Polski traktują identycznie jak mieszkaniec małego miasta swój wyjazd po pracę do Warszawy. Ot normalny
proces mobilności społecznej. Desperatami są ci, którzy siedzą na tyłkach i nie robią nic, aby zmienić własną sytuację.
Młodzi tradycyjni
Na początku roku w "Gazecie Wyborczej" miała miejsce debata, zapoczątkowana tekstem "Kraj sportów ekstremalnych" autorstwa
Michała Olszewskiego. Młode pokolenie - wydawałoby się - do wyjazdu z Polski mieć będzie podejście zdrowsze. "Może teraz, w wolnej
Polsce, marzenia o zjednoczonej Europie odciążyły nieco ten etos, ale moje pokolenie musiało decydować szybko: albo zdecydujesz
się zostać i przybrać jedną ze sprawdzonych postaw poprzednich pokoleń, albo decydujesz się wyjechać i w jakimś sensie, zostawić,
zdradzić tych, którzy zostali" - wyraziła nadzieję Ewa Stachniak, polska pisarka mieszkająca w Kanadzie, autorka opowiadań o tematyce
migracyjnej.
Niestety - debata zdominowana była przez próbę odpowiedzi na pytanie: co mnie tu trzyma? Olszewski okazał się wiernym czytelnikiem
Sienkiewicza i Makuszyńskiego, powielając postrzeganie wyjazdu z kraju w kategoriach nieodwracalnego i degradujacego aktu
moralnego. Widzianemu jako ucieczka, panaceum na polską beznadzieję, a stąd uwikłanemu w polską historię zdrady sprawy
narodowej, wyjazdowi, imigracji, podróży nie pozwolono być tym, czym jest dla milionów młodych ludzi na świecie: normalnym etapem
edukacji, przygodą, poszerzeniem horyzontów, zdobyciem zawodowego doświadczenia, szkołą życia, obyciem w świecie czy
normalnym poszukiwaniem realizacji samego siebie (nawet jeśli w grę wchodzi fizyczna degrengolada wywołana zbytnią sympatią do
używek). Został zdefiniowany w paradygmacie patriotycznym, w postaci alternatyw znanym naszym : Ojczyna czy zagranica, patriotyzm
czy zdrada, Polska, czy nie-Polska. W sumie lekcja jaką daje nam Olszewski pokazuje jak ciężko wyjść z kolein wyżłobionych przez
naszych przodków.
Tkwiąca w latarnikowej i koziołkowomatołskiej tradycji nieodwracalności i moralnego uwikłania aktu wyjazdu z Polski debata w "GW",
dla wielu Polaków, którzy znaleźli się poza krajem, po prostu z samego faktu dążenia do szczęścia, z pewnością trąciła myszką. Dla
nich pobyt zagranicą, to normalny etap życia zawodowego. Żadna emigracja, po prostu zglobalizowany rynek pracy. Najwyższy czas,
abyśmy zaczęli patrzeć na migracje ekonomiczne z Polski w tych kategoriach, a nie bić na alarm, że młodzi uciekają. Młodym liźnięcie
świata nie zaszkodzi.
W tej chwili usłyszę zapewne larum na temat drenażu mózgów. Oczywiście, ma miejsce, dewastuje niektóre kraje Trzeciego Świata i
lepiej abyśmy byli bardziej atrakcyjni dla rodzimych naukowców. W warunkach przestrzeni wolnorynkowej to zjawisko normalne i jedyne
co państwo może, to zwiększyć swoją konkurencyjność. Brytyjczycy nie rozdzierają szat, iż ich lekarze, biotechnolodzy i genetycy
masowo migrują do Stanów Zjednoczonych gdzie zarabiają kilkakrotnie więcej. Ich odpowiedzią jest zatrudnianie Polaków, Hindusów i
Filipińczyków. Pamiętajmy, że drenaż to zjawisko często krótkotrwałe, zależne od wahań na rynku pracy czy dostępu do możliwości. A
jeśli chodzi o tych najlepszych - czyż naprawdę sądzimy, że Maria Skłodowska zdobyłaby Nobla w Warszawie, gdzie byłaby
prawdopodobnie tylko nauczycielką? Czy Bronisław Malinowski stałby się ojcem antropologii społecznej na Uniwersytecie
Jagiellońskim? Nie przesadzajmy z tym drenażem naukowców i fachowców. Dzisiejszy świat jest zbyt mały, ażeby od Polski można było
uciec.
Źródło: www.ha.art.pl